Sąd Najwyższy właśnie orzekł, że nie może oceniać zgodności z prawem przepisów o wyborach, które były kwestionowane w skierowanych do niego skargach w sprawie ważności wyboru prezydenta. W ten sposób wskazał, jak można sfałszować wybory i fałszerstwo to uprawomocnić. Jest to recepta na fałsz doskonały.
Zbliża się termin wyborów do Sejmu i Senatu. Sondaże pokazują, że większość parlamentarna może nie powtórzyć sukcesu wyborczego z ostatnich wyborów. Posłowie rządzącej większości składają więc projekt zmiany kodeksu wyborczego. Zgodnie z nowymi przepisami głos oddany przez członka partii (jakiejkolwiek) liczy się jako dwa głosy. PKW ma przygotować specjalne karty do głosowania dla członków partii politycznych. Listę członków partie polityczne składają do PKW nie później niż trzy dni przed wyborami. Obwodowa komisja wyborcza po stwierdzeniu, że głosujący jest członkiem partii, wydaje mu specjalną kartę do głosowania. Wszystkie kluby są za tym projektem, licząc na szansę dla swoich partii w nadchodzących wyborach. Sejm, a następnie Senat przegłosowują projekt, mimo uwag zgłaszanych przez legislatorów z Biura Analiz Sejmowych i opinii Biura Legislacyjnego Senatu, że projekt jest sprzeczny z art. 96 ust. 2 i art. 97 ust. 2 konstytucji, z których wynika, że wybory do Sejmu i Senatu powinny być formalnie równe. Prezydent podpisuje ustawę, mimo sprzeciwów organizacji pozarządowych, kwestionujących tryb zmiany kodeksu wyborczego (na 30 dni przed terminem wyborów), a także jawną sprzeczność przepisów z konstytucją. Niezwłocznie po ogłoszeniu ustawy wszystkie partie polityczne zaczynają zachęcać do wstępowania w ich szeregi. Wybory zostają przeprowadzone, a do Sądu Najwyższego trafiają protesty wyborcze, w których obywatele kwestionują ważność wyborów z uwagi na naruszenie konstytucji. Sąd Najwyższy, powołując się na swoje własne orzecznictwo, stwierdza ważność wyborów, ponieważ nie jest uprawniony do oceny zgodności z konstytucją przepisów, na podstawie których wybory zostały przeprowadzone, ani przepisów regulujących tryb ich przeprowadzenia. Wybory wygrała partia X, która w ciągu 20 dni przyjęła milion nowych członków, zdobywając w ten sposób 2 mln głosów w wyborach.
Reklama
Przedstawiony scenariusz jest celowo przejaskrawiony. Powstaje jednak bardzo ważne pytanie o kognicję Sądu Najwyższego w procedurze badania ważności wyborów (inna sprawa, to czy rzeczywiście protesty wyborcze dotyczące ważności wyborów, oparte na zarzucie sprzeczności przepisów z konstytucją, mogą zostać pozostawione przez Sąd Najwyższy bez dalszego biegu w świetle art. 243 w zw. z art. 241 kodeksu wyborczego). Zgodnie z art. 101 ust. 1 konstytucji ważność wyborów do Sejmu i Senatu stwierdza Sąd Najwyższy (podobnie w przypadku wyborów prezydenckich – art. 129 ust. 1 konstytucji). Jest to zatem jedyny organ w państwie, który rozstrzyga o ważności wyborów. Jego rozstrzygnięcie jest ostateczne. Przyjmijmy więc, że Sąd Najwyższy ma rację, uważając, że skoro przepisy kodeksu wyborczego oraz przepisy, na podstawie których zostają zarządzone wybory, nie podlegają jego kontroli, a może je kontrolować jedynie Trybunał Konstytucyjny. Co by to oznaczało w opisanej wyżej sytuacji? Wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją wspomnianych przepisów mogą złożyć jedynie podmioty wymienione w art. 191 ust. 1 pkt 1 konstytucji (pozostałe podmioty – wymienione w pkt 2‒6 tego przepisu – raczej nie mają w takiej sprawie legitymacji). W opisanej sytuacji nie ma podmiotu, który mógłby wystąpić z wnioskiem o zbadanie zgodności przepisów z konstytucją, zwłaszcza gdy piastunami stanowisk wymienionych w art. 191 ust. 1 konstytucji są osoby wskazane przez rządzącą większość i prezydenta reprezentującego tę samą opcję polityczną. Nawet jednak, gdyby któryś z uprawnionych podmiotów wystąpił z takim wnioskiem, Trybunał Konstytucyjny nie jest ograniczony żadnym terminem do jego rozpatrzenia. Co więcej, gdyby TK starał się jak najszybciej rozpatrzyć wniosek, to mając na uwadze przepisy o postępowaniu przed trybunałem, musiałby się zwrócić o zajęcie stanowiska do właściwych uczestników postępowania i nie byłby w stanie wydać wyroku jeszcze przed rozpatrzeniem sprawy ważności wyborów przez Sąd Najwyższy. Wyrok TK wymaga także ogłoszenia, a jak uczy nas doświadczenie, zdarza się, że orzeczenia trybunału nie są publikowane miesiącami.
Gdyby jednak taki wyrok TK, kwestionujący zgodność z konstytucją przepisów, na podstawie których przeprowadzono wybory lub regulujących sposób ich przeprowadzania, został wydany po ogłoszeniu postanowienia Sądu Najwyższego o ważności wyborów, nie ma możliwości wznowienia postępowania przed SN w sprawie ważności wyborów. Jest tak z dwóch przede wszystkim powodów. Po pierwsze, stwierdzenie nieważności wyborów po wielu miesiącach lub latach od ich przeprowadzenia spowodowałoby chaos w państwie. W razie zakwestionowania w ten sposób ważności wyborów do Sejmu i Senatu czy ważności wyboru prezydenta należałoby bowiem przyjąć, że wszystkie akty prawne uchwalone przez parlament oraz wszystkie działania prezydenta (np. nominacje sędziów, ratyfikacja umów międzynarodowych) są nieważne (nie zostały podjęte przez właściwy organ).
Po drugie, w takiej sytuacji o ważności wyborów współdecydowałby Trybunał Konstytucyjny, a to Sąd Najwyższy według konstytucji ma wyłącznie decydować o ważności wyborów (art. 101 ust. 1 i art. 129 ust. 1 konstytucji). Tym samym okazuje się, że wykładnia przyjęta przez Sąd Najwyższy co do zakresu sprawowanej przez niego kontroli ważności wyborów stwarza doskonały patent na legalizację fałszerstwa wyborów, zwłaszcza gdy większość rządząca kontroluje całość procesu legislacyjnego.
W istocie Sąd Najwyższy uchyla się od wykonania swojego konstytucyjnego zadania kontroli ważności wyborów, wyłączając z oceny jeden z podstawowych elementów procedury wyborczej. Czy tak samo postąpiłby, gdyby np. już po wyborach w ekspresowym trybie parlament (mamy przykłady uchwalenia ustawy w ciągu jednego dnia) uchwalił ustawę, w której stwierdzałby, że Sąd Najwyższy może badać skargi na ważność przeprowadzonych wyborów złożone wyłącznie przez wyborców (kobiety i mężczyzn) zamieszkujących w Polsce, mających niebieskie oczy i blond włosy, czy może czekałby na wydanie rozstrzygnięcia o zgodności takich przepisów z konstytucją przez Trybunał Konstytucyjny?
W istocie Sąd Najwyższy uchyla się od wykonania swojego konstytucyjnego zadania kontroli ważności wyborów, wyłączając z oceny jeden z podstawowych elementów procedury wyborczej