3144 – co najmniej tyle pozwów związanych z pandemią COVID-19 do ubiegłego tygodnia uzbierało się w amerykańskich sądach federalnych i stanowych. I nie ma dnia, żeby nie wpłynęło kilkanaście nowych.
Reklama
Dane na ten temat monitoruje na bieżąco Hunton Andrews Kurth, duża kancelaria prawna zazwyczaj reprezentująca przedsiębiorców w sprawach dotyczących bezpieczeństwa produktów i szkód zbiorowych. To jedna z wielu firm prawniczych za oceanem, które zorientowały się, że katastrofa zdrowotna i lockdown gospodarki nie muszą oznaczać paraliżu ich branży. Wręcz przeciwnie – szybko wyczuły, że bezprecedensowe restrykcje w prowadzeniu działalności gospodarczej i nieprzygotowanie pracodawców na zagrożenie staną się pożywką dla niekończących się sporów prawnych. Zwłaszcza w społeczeństwie amerykańskim, które – według danych organizacji biznesowej U.S. Chamber of Commerce – wydaje ok. 2,3 proc. swojego PKB na procesy sądowe (rocznie 3,3 tys. dol. na gospodarstwo domowe).
Hunton Andrews Kurth, jak przystało na kancelarię z prestiżowej listy Legal 500, podeszła do sprawy innowacyjnie i prokliencko: stworzyła interdyscyplinarny zespół prawników, który oferuje firmom pełną obsługę spraw dotyczących narażenia personelu na koronawirusa w miejscu pracy, niezapewnienia mu odpowiednich środków ochronnych czy odmowy wypłaty wynagrodzenia za czas postoju. Do tego firma zbudowała bazę pozwów covidowych wraz z interaktywną mapą USA pokazującą największe w kraju skupiska procesów.

Wirus czy lockdown

Największą grupą postępowań są spory z ubezpieczycielami o odszkodowania za utracone dochody na skutek zakłóceń w biznesie. W całych stanach już przeszło 700 małych i średnich przedsiębiorców – m.in. z branży restauracyjnej, hotelarskiej, sportowej i dentystycznej – złożyło w tej sprawie pozwy. American Property Casualty Insurance Association (APCIA), organizacja skupiająca ok. 300 zakładów ubezpieczeniowych, szacuje, że w każdym miesiącu pandemii i lockdownu straty ponoszone przez mały biznes w USA wynosiły średnio 383 mld dol.
Większość zakładów ubezpieczeniowych odmawia wypłaty odszkodowań, twierdząc, że podstawowe polisy nie gwarantują świadczeń na wypadek zamrożenia działalności gospodarczej przez rząd. Ubezpieczyciele powołują się przy tym na wyłączenie odpowiedzialności na wypadek wystąpienia szkody w wyniku chorób zakaźnych. Umowy ubezpieczenia przerwy w działalności (tzw. business interruption) wymagają zaś powstania jakichś szkód fizycznych na majątku podlegającym ochronie. Branża wyciągnęła w ten sposób wnioski z poprzednich epidemii wirusów – SARS-CoV-1, ziki i eboli – wprowadzając do ogólnych warunków umów odpowiednie wyjątki.
Firmy, które wystąpiły z pozwami, dowodzą jednak, że ich straty nie są wynikiem samego koronawirusa, lecz zawieszenia aktywności gospodarczej przez władze stanowe i miejskie. Podkreślają też, że zarazek może utrzymywać się na powierzchniach przez kilka godzin, a nawet dni, stwarzając w ten sposób ryzyko dla klientów. Reuters donosił niedawno, że kancelarie reprezentujące firmy z kilku stanów chcą połączyć kilkaset pozwów federalnych, aby ułatwić rozstrzygnięcie sporów, lecz także wzmocnić pozycję przetargową drobnego biznesu względem ubezpieczycieli.
Próbę przyjścia na pomoc przedsiębiorstwom w walce o pieniądze z polis podjęły legislatury w kilku stanach – m.in. w Pensylwanii, Nowym Jorku i New Jersey. Zaproponowano tam projekty regulacji, które nakazywałyby wypłatę firmom odszkodowań w związku z utratą zysków spowodowaną postojowym, które wymusił COVID-19 (częściowo pokryłby je stworzony w tym celu fundusz gwarantowany przez stan). Swoje poparcie dla takich przepisów zadeklarował nawet publicznie prezydent Donald Trump. Jak dotąd lobby ubezpieczeniowe skutecznie się jednak broni. „Pandemie są wyłączone z ubezpieczenia, bo są nieubezpieczalne. (…) Podjęcie kroków prawnych bądź uchwalenie przepisów nakładających na zakłady ubezpieczeniowe retroaktywny obowiązek objęcia polisą wirusów wymagałyby od nich natychmiastowej wypłaty świadczeń, która zagrażałaby ich wypłacalności oraz zdolności do wywiązywania się z zobowiązań wynikających z zawartych umów” – stwierdził w oświadczeniu David A. Sampson, szef American Property Casualty Insurance Association. Zdaniem prawników uchwalenie regulacji pozwalających firmom ubiegać się o odszkodowania za COVID-19 oznaczałoby jednocześnie otwarcie innego frontu walki sądowej – ubezpieczyciele mogliby je zaskarżyć, powołując się na klauzulę z art. 2 par. 10 konstytucji, która zakazuje stanom wydawania ustaw naruszających zobowiązania umowne.

Więzienne ogniska

Druga największa kategoria pozwów (również grupowych) dotyczy naruszenia wymogów sanitarnych w więzieniach i aresztach – miejsc szczególnie sprzyjających plenieniu się wirusów z powodu zatłoczenia i słabej opieki medycznej. W połowie czerwca „New York Times” pisał, że pięć największych ognisk epidemii w USA to właśnie zakłady karne. Łącznie od końca marca na skutek COVID-10 zmarło ok. 550 osadzonych, a 68 tys. zachorowało. W niektórych jednostkach wybuchły zamieszki i strajki głodowe, gdy pomimo kolejnych przypadków zakażeń nie zapewniono im dodatkowych środków higieny osobistej.
Osadzeni z kilku stanów, reprezentowani przez organizacje na rzecz praw obywatelskich, domagają się na drodze sądowej, by w zakładach wdrożono lepsze zabezpieczenia przed koronawirusem (m.in. nieograniczony dostęp do mydła, płynu odkażającego i maseczek) lub zezwolono na odbywanie kary w domu. Ich zdaniem warunki, w jakich są przetrzymywani, sprowadzają się do okrutnego traktowania, którego zakazuje konstytucja. Władze federalnych i stanowych instytucji bronią się, że robią tyle, na ile pozwalają im budżety i sytuacja epidemiczna.
Niektórzy skarżący szukają oparcia w autorytecie Sądu Najwyższego USA – jako instancji odwoławczej dla federalnych i stanowych sądów apelacyjnych – składając petycję o wydanie writ of certiorari. Jest to specjalna procedura, w której SN wstępnie bada spór rozstrzygnięty przez niższe instancje, a następnie podejmuje dyskrecjonalną decyzję, czy zajmie się nim merytorycznie. Certiorari jest przyznawane szczególnie w sytuacjach, gdy w podobnych sprawach o doniosłym z punktu widzenia konstytucji znaczeniu sądy apelacyjne wydały sprzeczne orzeczenia.
W dotychczasowych decyzjach SN przychylał się do argumentacji zarządów więzień. W ocenie sędziów powodowie nie potrafili przekonująco udowodnić, że w świetle posiadanych informacji o rozwoju pandemii władze zakładów karnych zaniechały odpowiednich działań w celu ograniczenia infekcji. Nie wykazali też, że inne środki bezpieczeństwa niż te, które zastosowano, byłyby skuteczniejsze. Na przykład pod koniec maja Sąd Najwyższy odrzucił wnioski osadzonych z Teksasu i Luizjany, uznając, że nie przedstawili wystarczających dowodów na to, że kierownictwo jednostek penitencjarnych zlekceważyło ryzyko zakażeń. W innej sprawie – więzienia o niskim rygorze w Elkton w stanie Ohio – sędziowie SN zablokowali wykonanie orzeczenia sądu federalnego o przeniesieniu części osadzonych do domowej izolacji (co najmniej 20 proc. z nich było zakażonych). W ten sposób Departament Sprawiedliwości USA, który nadzoruje więziennictwo, kupił sobie więcej czasu, aby podważyć decyzję o ewakuacji.

Prawa i wolności

Na sporą grupę spraw covidowych składają się też spory z władzami lokalnymi na tle lockdownu zadekretowanego przez nie na przełomie marca i kwietnia. Chodzi o rozporządzenia nakazujące zamknięcie wszystkich sklepów i punktów usługowych – poza tymi niezbędnymi (jak supermarkety) – a mieszkańcom pozostanie w domach (tzw. stay-at-home orders). To na stanach spoczywa bowiem ogólny obowiązek ochrony zdrowia publicznego. Sąd Najwyższy USA po raz pierwszy potwierdził, że samorządy mają prawo ograniczać w tym celu wolności indywidualne w sprawie Jacobson v. Massachusetts z 1905 r. dotyczącej przymusowych szczepień na ospę. W swoim wyroku sędziowie podkreślili, że zapewnienie bezpieczeństwa ogółu – w tym jego ochrona przed chorobami zakaźnymi – może czasem wymagać ograniczenia swobód obywatelskich, zatem wymóg szczepień nie jest ani opresyjny, ani arbitralny, bo nie wykracza poza to, co konieczne dla zniwelowania zagrożenia epidemicznego.
Właśnie na to rozstrzygnięcie powoływały się sądy, oddalając pozwy kwestionujące legalność rozporządzeń antycovidowych – m.in. SN Michigan, Pensylwanii i Oregonu. Ale były też wyjątki. Najgłośniejszy z nich to wyrok SN Wisconsin z 13 maja uznający niekonstytucyjność rozporządzenia o lockdownie wydanego przez stanowego sekretarza ds. zdrowia. Zdominowany przez konserwatywnych sędziów skład orzekający podkreślił, że mieszkańcy stanu nie wyrazili zgody na to, aby urzędnik bez demokratycznego mandatu uzurpował sobie kompetencje narzucania ludziom powszechnie obowiązującego prawa. Zdaniem sądu był to skok na władzę, a jego orzeczenie chroni społeczeństwo przed „tyranią rządu”. „To szeroko zakrojone roszczenie do kontrolowania praktycznie każdego aspektu życia człowieka jest czymś, co normalnie kojarzymy z więzieniem, a nie wolnym społeczeństwem, w którym panują rządy prawa” – stwierdził sędzia Daniel Kelly.
Kolejny strumień spraw związanych z zamrożeniem gospodarki zainicjowali przedsiębiorcy, którzy znaleźli się na skraju bankructwa, bo ich usług nie uznano za konieczne dla funkcjonowania społeczeństwa – przynajmniej w czasie pandemii. To głównie małe biznesy, często wspierane przez konserwatywne i libertariańskie organizacje: od restauracji, hoteli i parki rozrywki po kluby fitness, sklepy z modą ślubną i fabryki instrumentów muzycznych. Ich zdaniem granica między usługami, które zakwalifikowano jako niezbędne, a tymi, bez których można się obyć, jest nieostra i arbitralna. Świadczy o tym choćby to, że listę branż „koniecznych do życia” korygowano i rozszerzano. Przedsiębiorcy uważają, że w ten sposób naruszono konstytucyjną klauzulę równej ochrony, a także due proces (prawo do rzetelnego procesu). „Poprzez swoje rozporządzenia gubernator zadecydował, kto będzie zwycięzcą, a kto przegranym” – napisała grupa właścicieli barów w Teksasie w swoim pozwie przeciwko gubernatorowi Gregowi Abbottowi. Kolejny zarzut dotyczy łamania przez rząd zakazu ingerowania we własność prywatną bez adekwatnego odszkodowania.
Wstrzymanie gospodarczego krwiobiegu utrudniło też korzystanie z praw, które w czasach przedcovidowych były motorem amerykańskich wojen kulturowych. Pandemia nie tylko ich nie zastopowała, lecz wręcz dała pretekst do kolejnych batalii sądowych – jak w przypadku prawa do aborcji. Pod koniec marca wielu gubernatorów zakazało szpitalom wykonywania procedur medycznych, które nie służą ratowaniu życia lub zdrowia pacjentów, aby wszystkie rezerwy rzucić na pacjentów z koronawirusem. Władze Arkansas, Teksasu, Luizjany i wielu innych stanów za taki „niekonieczny” zabieg uznały terminację ciąży i zawiesiły jego przeprowadzanie pod groźbą kary grzywny lub więzienia (w niektórych miejscach zakaz obejmował nie tylko do aborcje chirurgiczne, lecz także farmakologiczne). Decyzja natychmiast zderzyła się z falą pozwów organizacji walczących o prawa reprodukcyjne, które przekonywały, że konieczność oszczędzania maseczek i łóżek szpitalnych to tylko wymówka, aby uniemożliwić realizowanie prawa do przerywania ciąży, bo tylko ułamek wykonywanych aborcji wymaga hospitalizacji – np. w Teksasie 90 proc. z nich polega na przyjęciu leków. Poza Arkansas organizacjom kobiecym udało się doprowadzić do odblokowania zabiegów przez sądy lub obowiązywanie zakazów wygasło. W niektórych przypadkach minął jednak miesiąc. W efekcie, jak donosiły media, wiele kobiet wybierało ryzykowną podróż poza swój stan (np. najbliższa Houston w Teksasie klinika przeprowadzająca aborcje znajdowała się w Nowym Meksyku, 13 godz. jazdy samochodem).
W kilku stanach organizacje zrzeszające amatorów strzelania i samoobrony pozwały gubernatorów za zamknięcie sklepów z bronią i niezaliczenie ich do biznesów niezbędnych dla społeczeństwa. „Potrzeba samoobrony jest najpilniejsza w czasach niepewności i kryzysu, kiedy nie można całkowicie polegać na organach ścigania” – stwierdziła koalicja miłośników broni z Massachusetts. Federalny sąd okręgowy orzekł, że stanowe restrykcje nadmiernie krępują uprawnienia przyznane obywatelom w drugiej poprawce do konstytucji. Ostatecznie nakazał otwarcie sklepów z bronią pod warunkiem, że klienci i sprzedawcy będą nosić maseczki i przestrzegać rygorów sanitarnych.
Do sądu poszło też wiele stowarzyszeń religijnych, według których wymóg społecznego dystansowania się narusza wolność praktykowania religii, a msze i inne obrzędy nie są traktowane na równi z aktywnościami biznesowymi. W większości stanów w pierwszej fazie lockdownu zabroniono zgromadzeń religijnych liczących więcej niż 10 osób, ale w niektórych pozwolono na działalność barom i restauracjom pod warunkiem zachowania odpowiednich odległości. Jedna ze spraw – Kościołów zielonoświątkowych przeciwko gubernatorowi Kalifornii Gavinowi Newsomowi – trafiła na wokandę Sądu Najwyższego USA. Duchowni argumentowali, że skoro mieszkańcy przy zachowaniu środków ostrożności mogą robić zakupy w hipermarketach czy sklepach z mari huaną, to nie ma powodu, aby zakazywać im praktykowania wiary z podobnymi obostrzeniami. Jeden z pastorów, cytowany przez „Los Angeles Times”, napisał w pozwie, że „Pismo Święte każe mu kłaść ręce na ludziach, także chorych”. Pod koniec maja SN w stosunku 5:4 głosów orzekł jednak, że stanowe zasady społecznego dystansowania nie naruszają wolności religijnej ani nie dyskryminują Kościołów względem świeckich biznesów. „Nasza konstytucja powierza ochronę bezpieczeństwa i zdrowia ludzi funkcjonariuszom stanowym, którzy ponoszą odpowiedzialność polityczną” – zaznaczył w większościowej opinii John Roberts, prezes SN (reprezentujący jego konserwatywne skrzydło).
Wyrok ten był manifestacją sędziowskiej powściągliwości w sprawach dotyczących poważnego kryzysu zdrowotnego. W przeciwieństwie do orzeczenia z Wisconsin, które zapadło po linii ideologicznej, najważniejszy sąd w kraju wyszedł z założenia, że rządzący – nie sądy – mają przewagę informacji i dowodów naukowych, stąd są w lepszej pozycji, by podejmować właściwe decyzje.
Profesor Eric Posner, konstytucjonalista z Uniwersytetu w Chicago, zwraca też uwagę na asymetrię wbudowaną w amerykański system wymiaru sprawiedliwości. Kiedy rząd przyjmuje regulację ograniczającą wolności, dotknięci nią obywatele zgodnie z tradycją konstytucyjną mogą zażądać od sądu jej zawieszenia. Kiedy zaś rząd zaniecha wydania potrzebnych przepisów, sąd nie jest kompetentny, by wymusić na nim działanie. To zaś oznacza, że miłośnicy broni czy religijni aktywiści mają przywilej kwestionowania rozporządzeń uderzających w ich wartości, ale już osoby starsze, z obniżoną odpornością czy pozbawione ubezpieczenia zdrowotnego nie mogą pozwać państwa za to, że nie zapewnia im ochrony. „Sędziowie nie są ekspertami od zdrowia publicznego, w środku kryzysu nie mają możliwości pełnego wysłuchania urzędników, a prawnicy – wzięcia tych ostatnich w krzyżowy ogień pytań i ustalenia wszystkich faktów. Zdecentralizowanie naszego wymiaru sprawiedliwości sprawia zaś, że sądy nie są w stanie stworzyć jednolitej odpowiedzi na pandemię, tak jak mogą to zrobić politycy. A zatem system, w którym sądy mają prawo blokować działania rządu, ale już nie zmuszać go do działania, może tylko osłabić system ochrony zdrowia” – pisze Posner na łamach „Washington Post”.

Ryzykowne luzowanie

Wraz ze znoszeniem kolejnych restrykcji przedsiębiorcy borykają się z nowym zmartwieniem: pozwy od pracowników i klientów za niezapewnienie im należytej ochrony przed zakażeniem. Pierwsze postępowania są już w toku. Rodzina zmarłej na COVID-19 pracownicy Walmartu w Illinois zarzuca koncernowi, że nie ustanowił zasad dystansu, zaniedbał dezynfekcję swoich obiektów, a personelu nie zaopatrzył w rękawiczki i maseczki. Podobne skargi złożyli też m.in. pracownicy Amazona i McDonalda. W przypadku zatrudnionych uzyskanie rekompensaty jest relatywnie proste, bo istnieje przyspieszona ścieżka rozstrzygania takich spraw, nawet bez udziału sędziego i ławy przysięgłych (odszkodowania w takich wypadkach są za to niższe niż w „normalnych” procesach). Przyjmuje się wówczas domniemanie zakażenia w miejscu pracy. Za to klient, który podejrzewa, że zakaził się w sklepie czy restauracji, stanie przed praktycznie niewykonalnym wyzwaniem: musiałby udowodnić, że nie miał infekcji, zanim wszedł do lokalu, który chce pozwać, ani kontaktu z chorym w drodze do domu.
U.S. Chamber of Commerce wieszczy, że nadchodząca fala pozwów od pracowników może skończyć się wieloma upadłościami i podobnie jak inne organizacje biznesowe lobbuje w Kongresie za uchwaleniem specjalnych gwarancji chroniących pracodawców przed pozwami. Mitch McConnell, lider republikanów w Senacie, w maju sugerował, że odpowiedni glejt dla przedsiębiorców będzie zawierał następny pakiet stymulacyjny dla gospodarki, choć demokraci i związki zawodowe ostrzegają, że byłaby to tylko zachęta do dalszego luzowania standardów pracy. Jak donosił niedawno Reuters, niektóre miejsca – parki rozrywki, salony kosmetyczne, biura nieruchomości czy siłownie – już wymagają podpisania klauzuli zrzeczenia się odpowiedzialności i roszczeń w przypadku zakażenia od każdego, kto chce przekroczyć ich próg.