Powody przewlekłości spraw sądowych są rozmaite. Od przeładowanych formalizmami procedur przez obstrukcyjne działania stron czy ich pełnomocników po banalne w postaci braków kadrowych czy niedoboru sal rozpraw. A przecież przynajmniej tę ostatnią kwestię można by łatwo i szybko rozwiązać.
Pamiętam, jak nieżyjący już Czesław Jaworski, jeden z najbardziej zasłużonych adwokatów, nie mógł zrozumieć, dlaczego teraz po godz. 16 praktycznie nie ma rozpraw. W okresie jego młodości, jak mi mówił, na porządku dziennym były rozprawy prowadzone do niemal północy. Oczywiście sędziowie nie tylko orzekają, powinni mieć jeszcze czas na przygotowywanie się do rozpraw czy pisanie uzasadnień, a także – skoro już muszą – na sen czy jedzenie. Ale jeśli brakuje sal dla rozpraw w godzinach 8–16, to nie dlatego, że ich nie ma, lecz po prostu nieroztropnie się nimi zarządza.
Przykładowo powszechnie wiadomo, że najbardziej zawalone sprawami są sądy stołeczne. A w Warszawie sale rozpraw stoją puste. Przynajmniej w gmachu Trybunału Konstytucyjnego przy al. Szucha. Wystarczy rzut oka na wokandę, by się przekonać, że utrudzeni ubiegłorocznym wysiłkiem sędziowie sądu konstytucyjnego nie wyznaczyli na ten rok jeszcze żadnego posiedzenia. W planie na styczeń, luty, marzec i kolejne miesiące nie ma ani jednej sprawy, którą TK zamierzałby rozstrzygnąć.