statystyki

Karanie za edukację seksualną? Małecki: W tym projekcie wszystko jest postawione na głowie

autor: Piotr Szymaniak29.10.2019, 10:19; Aktualizacja: 29.10.2019, 10:19
Proponowane przepisy nie przeszłyby testu proporcjonalności. Istotna jest również wysokość sankcji. Przewidywane kary są rażąco nieproporcjonalne, a więc niekonstytucyjne

Proponowane przepisy nie przeszłyby testu proporcjonalności. Istotna jest również wysokość sankcji. Przewidywane kary są rażąco nieproporcjonalne, a więc niekonstytucyjneźródło: ShutterStock

- W projekcie wszystko jest postawione na głowie, bo z przestępstwa o wiele bardziej społecznie szkodliwego robi się czyn zagrożony niższą karą – mówi o ewentualnej karalności edukacji seksualnej dr Mikołaj Małecki

W ostatnim czasie wiele kontrowersji wzbudził obywatelski projekt nowelizacji kodeksu karnego. Zmierza on do wprowadzenia kar za „deprawację seksualną i demoralizację” szerzoną poprzez edukację seksualną, jak to nazywają zwolennicy ustawy, lub po prostu kar za prowadzenie edukacji seksualnej, jak mówią jej przeciwnicy. Obydwie tezy są wywodzone z lektury uzasadnienia tego projektu. Czy kiedy spojrzymy na samą treść projektowanych przepisów, również możemy mówić, że penalizują one edukację seksualną?

Moim zdaniem nie można tych przepisów wyłożyć w ten sposób, żeby na ich podstawie karać za edukację seksualną. Jest duża różnica pomiędzy edukacją, czyli przekazywaniem wiedzy, a propagowaniem lub pochwalaniem, o których mowa w projektowanych par. 2–4 z art. 200b kodeksu karnego. Dlatego uzasadnienie projektu jest sprzeczne z treścią zaproponowanych przepisów – przepisy mówią o czymś innym niż uzasadnienie. Jeśli nauczyciel na lekcji historii opowiada o sposobach działania Trzeciej Rzeszy, to przecież nie pochwala np. Nocy Kryształowej, obalenia demokracji czy eksterminacji ludności żydowskiej. On po prostu informuje o faktach. Czyli nie każde edukowanie jest propagowaniem lub pochwalaniem. Aby można było mówić o propagowaniu jakichś treści, konieczne jest to, by oprócz ich przedstawienia nastąpiła pewna forma perswazji, próba skłonienia odbiorców do ich pozytywnego obioru. Samo przedstawianie informacji, np. na temat tego, w jaki sposób stosować antykoncepcję, jest tylko upowszechnianiem wiedzy, a nie propagowaniem antykoncepcji. Jeszcze większego zaangażowania po stronie nadawcy potrzeba, by można było mówić o pochwalaniu jakiejś idei lub zjawiska. Pochwalać to znaczy pozytywnie coś oceniać, sprawca uważa, że coś jest dobre i z tego powodu zachęca innych do robienia określonych rzeczy. Samo przekazywanie informacji czy mówienie o faktach nie musi wiązać się z ich wartościowaniem.

Czyli np. o propagowaniu, a wręcz pochwalaniu możemy mówić wtedy, gdy ucząc o cukrzycy, miażdżycy czy otyłości, nauczyciel biologii zachęca do zdrowego odżywiania, a nauczyciel wf do aktywnego spędzania czasu...

Samo zachęcanie do zdrowego odżywiania, jeśli mówi się o warunkach prawidłowego funkcjonowania organizmu zgodnie z wiedzą biologiczną, to po prostu edukowanie, a nie propagowanie. Oczywiście w pewnym sensie lekcja zdrowego odżywiania może być określona jako propagowanie danego stylu życia. Tylko czy o to chodzi w przepisach, o których mówimy? Wszystko zależy od tego, kto, w jakim celu i z jakim nastawieniem będzie interpretował przepisy. Jeśli uprzemy się na wykładnię czysto językową, to jednym ze znaczeń słowa propagować w języku polskim jest upowszechnianie jakiejś wiedzy. I taka literalna interpretacja mogłaby prowadzić do wniosku, że pod art. 200b par. 4 podpada właśnie edukacja seksualna. Przy takiej interpretacji przepisu uzasadnienie jest zgodne z projektem – chodzi o zakaz edukacji seksualnej. Byłaby to jednak wykładnia przeprowadzona w bardzo niekonstytucyjnym duchu. W praworządnym państwie przepisy te nie mogą zostać wyłożone w ten sposób, że chodzi o zakazywanie prowadzenia merytorycznych zajęć edukacji seksualnej zgodnych z aktualnym stanem wiedzy. Nie można poprzestać na wykładni literalnej, szczególnie gdy prowadzi ona do kontrowersyjnych społecznie rezultatów. Trzeba wziąć pod uwagę chociażby takie konstytucyjne wartości jak prawo do zdobywania wiedzy, wolność wyrażania poglądów, a nawet prawo do ochrony zdrowia. To wszystko jednak oznacza, że czym innym jest odpowiednia interpretacja przepisu, a czym innym ryzyko związane z jego brzmieniem. Niestety projekt otwiera pole do ogromnych nadużyć.


Pozostało jeszcze 68% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Komentarze (6)

  • Juliusz (2019-10-29 14:03) Zgłoś naruszenie 310

    Dr Małecki ze swoimi tezami powinien się schować

    Odpowiedz
  • czytelnik(2019-10-30 08:56) Zgłoś naruszenie 21

    obecnie najważniejszy problem to edukacja seksualna, czyżby ci co biją pianę w tym temacie mieli jakieś kompleksy, uwaząm, że są ważnejsze sprawy do rozwiążania w szkole

    Odpowiedz
  • I dobrze(2019-10-29 18:45) Zgłoś naruszenie 26

    Moze i teoretycznie ma rację, ale rodzice i tak popierają każde rozwiazanie chroniące przed praniem za ich plecami mózgów dzieci. Ci skryci homo-edukatorzy sami sobie są winni.

    Pokaż odpowiedzi (1)Odpowiedz
  • o(2019-10-30 08:54) Zgłoś naruszenie 11

    niby dlaczego bredzi, rodzice powinni wiedzieć kto i co ładujś ich dzieciom

    Odpowiedz
  • jul(2019-10-30 07:26) Zgłoś naruszenie 12

    tylko pleps nie wie co mówi - swoje przeżyłam i jestem jak najbardziej za edukacją seksualną w szkołach - religia to jest pseudo religia won ze szkół - jak widzę ************** pisuarowskich to wiem że w życiu jeszcze z niejednym będą musieli się zmierzyć o ile będą mieli dzieci a i ci co mają to też nie wiedzą co ich czeka a ujadają jak rotwilery

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Polecane