Wraz z osłabnięciem politycznej burzy wokół afery reprywatyzacyjnej bezpowrotnie tracimy szansę na jej wyjaśnienie. Faktem jest, że intensywnie działa prokuratura, ale w najlepszym razie dojdzie do skazania kilkunastu przekręciarzy.
Reklama
Tymczasem najważniejsze dla państwa powinno być to, by rozgryźć model oszustwa, przeanalizować, jak do niego nie dopuścić w przyszłości oraz zmienić prawo tak, by podobne przekręty nie były możliwe. Co ważne – podobne, nie identyczne. Państwo bowiem wyspecjalizowało się w zabezpieczaniu się przed tym, co już się zdarzyło. Brakuje zaś myślenia przyszłościowego i ochrony przed zachowaniami bazującymi na analogicznym schemacie, ale odrobinę się różniącymi. W efekcie będziemy żyli od afery do afery. I za każdym razem będziemy się dziwić, jak to było możliwe.
Do napisania niniejszej opinii zachęciła mnie informacja, że Jan Śpiewak został skazany na 5 tys. zł grzywny oraz 10 tys. zł nawiązki (na razie nieprawomocnie) za zniesławienie prawniczki, która była kuratorem nieznanej z miejsca pobytu 118-letniej osoby. 118-letniej, rzecz jasna, tylko na papierze, gdyż osoba, którą reprezentowała prawniczka, już od dawna nie żyła.
Nie mam zamiaru bronić Jana Śpiewaka z dwóch powodów. Po pierwsze, zdarza mu się powiedzieć o dwa słowa za dużo. W sprawach reprywatyzacyjnych widzi on świat w sposób czarno-biały. Mogło być więc tak, że rzeczywiście zarzucił prawniczce coś, czego ona nie zrobiła. Nie wiem tego, a zatem nie mogę stać murem za Śpiewakiem. Po drugie – i to jest oburzające – jawność postępowania karnego, w którym Śpiewaka skazano, była wyłączona. Nie wiem, a chciałbym wiedzieć, co mówił Śpiewak, co mówiła prawniczka i wreszcie, co wskazał sąd w ustnych motywach uzasadnienia. Tymczasem wymiar sprawiedliwości postanowił wszystko zrobić za zamkniętymi drzwiami. Uważam to za skandal, ale zarazem nie mogę bronić Śpiewaka.

Reklama
Jednocześnie uważam, że Jan Śpiewak jest człowiekiem, bez którego działalności kilku osobom prokuratura nie skróciłaby nazwisk do inicjału. Już to kiedyś pisałem, ale powtórzę, bo przyznawać się do błędów i wypada, i warto.
Pięć lat temu uważałem Jana Śpiewaka za nawiedzonego człowieka, który robi burzę w szklance wody, młodego faceta, który wykrzykuje nośne hasła, stojąc na tle starych ruder. Tymczasem prokuratura umarzała jedną sprawę za drugą, a sądy wydawały nieruchomości w imponującym tempie. Urzędnicy z kolei mówili, że takie są przepisy, że tak trzeba. Nie interesowałem się sprawą na tyle, by wnikliwie się z tymi przepisami zapoznać. Przyjmowałem wiele zapewnień „na wiarę”. Między innymi dlatego, że nawet gdy już jakimś cudem ktoś trafił na ławę oskarżonych w sprawie reprywatyzacji, kończyło się to szybkim uniewinnieniem.
Rację miał jednak Śpiewak, a ja się myliłem. Jego wołanie zostało wreszcie usłyszane. Przestał być traktowany jak oszołom. Czy z tego powodu wszystko mu wolno? Oczywiście nie. Ale sytuacja, w której to właśnie on jest już od lat ciągany po sądach i staje się jedyną polityczną ofiarą afery reprywatyzacyjnej, zakrawa na tragifarsę. Lokalni kacykowie partyjni, którzy przyczynili się do krzywdy tysięcy lokatorów, zmieniają tylko stanowiska. Ćwiczą przed lustrami frazy „nie pamiętam” i „nie wiedziałem”, które stanowią najlepszą wymówkę. A konsekwencje dalej ponosi jedynie Jan Śpiewak.
Nie bronię więc Jana Śpiewaka w tym konkretnym postępowaniu sądowym, w którym przegrał. Być może przegrać powinien. Ale namawiam do wspierania Jana Śpiewaka jako obrońcy systemu prawnego – kogoś, kto zwarcia w instalacji wyłapał, zanim spostrzegli je urzędnicy i politycy. Jako jeden z niewielu zachęcał, by bulwersującym tematem zainteresowali się wszyscy. Udało mu się to. Politycy na aferze reprywatyzacyjnej zbili kapitał. Przemielili ją i gdy skończyło się paliwo polityczne, wyrzucają ją na śmietnik. Ze Śpiewaka zaś znów robi się oszołoma.
To niebezpieczny wyrok. Chociaż nie bronię przesady w dyskursie publicznym i uważam, że ludzi obrażać nie należy, to Śpiewak był jednym z najistotniejszych sygnalistów po 1989 r. Moim zdaniem zaś sygnalistom wolno więcej. Korzyści, które wynikają z ich działań, daleko wykraczają poza to, co można im zarzucić. To oczywiście kłopot, bo korzyść jest społeczna, a krzywda pomówionego – osobista. Mimo wszystko apelowałbym o wstrzemięźliwość w karaniu tych, którzy ujawniają i opisują ogromne afery gospodarcze. Przede wszystkim dlatego, że w przyszłości inny aktywista, nauczony historią Jana Śpiewaka, może dojść do wniosku, że nie warto się angażować, że na walce z przestępczą hydrą można tylko stracić i że przed tą hydrą nie obroni nawet państwowy aparat.
Ten zresztą w aferze reprywatyzacyjnej wykazuje się niesłychaną ospałością. Powstała komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji. Chwalę jej działalność, ale zgadzam się z krytykami – komisja bierze na warsztat sprawy medialne, dobrze wypadające w telewizji. Nie zajmuje się natomiast systemowo problemem tego, co błędnie nazywamy reprywatyzacją (powinniśmy bowiem określać to oszustwem i wyłudzaniem kamienic). Działa też prokuratura. Ostatnie lata jej funkcjonowania w zakresie spraw reprywatyzacyjnych należy oceniać wysoko. Dawniej nikt ze śledczych nie wiedział, o co chodzi w reprywatyzacji. Dziś tymi sprawami zajmują się całe piony, a prokuratorzy są świetnie przygotowani. Wskutek działań prokuratury zapewne kilkanaście osób trafi za kratki. Sęk w tym, że osadzenie kilku urzędników, kilku adwokatów, paru rzeczoznawców i biznesmena jest wyłącznie konsekwencją wykrycia afery. W żaden sposób nie zapobiega powstawaniu kolejnych.
Na tle afery reprywatyzacyjnej widać, jak niebezpieczny był styk biznesu z urzędnikami. Państwo, by ograniczyć takie przypadki, nie zrobiło nic.
Widać, jakie szkody przynosi urzędniczy tumiwisizm oraz jedynie wykonywanie poleceń przełożonego, bez jakiejkolwiek analizy zasadności tychże poleceń. Państwo, by ograniczyć takie przypadki, nie zrobiło nic.
Widać, jak wartościowe jest wsłuchiwanie się przez władzę ustawodawczą w głos samorządu lokalnego. Niektórzy stołeczni urzędnicy, gdy w najlepsze trwał proceder, zwracali uwagę na to, jak należało załatać niedoskonałe prawo. Bezskutecznie. Nikt ich nie słuchał. Ba, nawet nie mieli do kogo pójść. Państwo, by ograniczyć takie przypadki, nie zrobiło nic.
Można pokusić się o generalną tezę: państwo nic nie zrobiło, by w przyszłości nie pojawiła się afera analogiczna do reprywatyzacyjnej.
Gdy przeprowadzałem na przełomie 2017 i 2018 r. wywiad z Jerzym Mrygoniem, byłym zastępcą dyrektora biura gospodarki nieruchomościami w warszawskim urzędzie, któremu postawiono zarzuty niedopełnienia obowiązków, spytałem go, czy reprywatyzacyjne szambo w najbliższych latach wybije. Stwierdził, że jest przekonany, iż tak – ale nie w Warszawie. W innych miastach za to bez wątpienia oszuści będą chcieli oszukiwać. Bo tak naprawdę nic się nie zmieniło.
Cała sprawa pokazuje niemoc państwa do systemowego myślenia. Wypisz, wymaluj jak w sprawach piramid finansowych. Gdy w 2012 r. z hukiem upadło Amber Gold, a ludzie stracili ponad 600 mln zł, wszyscy byliśmy przekonani, że po tak dużym przekręcie nareszcie uwolnimy się od piramid. Zaczęło się jednak polityczne rozliczanie afery, twórców Amber Gold osadzono w areszcie. Nie zadziałano jednak systemowo, nie zabezpieczono obywateli przed powtórką. W efekcie w ubiegłym roku Polacy stracili w piramidach finansowych ponad 500 mln zł, czyli niewiele mniej niż w Amber Gold. I dopiero gdy na łamach DGP to ujawniliśmy, poszczególne urzędy zaczęły przygotowywać przepisy chroniące konsumentów przed oszustwami. Sześć lat po aferze!
Mamy w Polsce tendencję do legislacyjnego działania na rympał. Albo przyjmujemy nierozsądne przepisy pod wpływem chwili, w dzień lub najdalej w tydzień po tragicznym wydarzeniu, albo nie przyjmujemy ich wcale, żyjąc w przekonaniu, że „to się już nie powtórzy”. A przecież afera reprywatyzacyjna wróci, choć zapewne będzie już wyglądać inaczej. A wtedy drugiego Śpiewaka zabraknie. Smutna wizja po niezdanym przez państwo egzaminie.