Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek przedstawił kolejną koncepcję reformy KRS w ramach szeroko zakrojonego planu przywracania praworządności. Tym razem, oprócz likwidacji politycznego trybu wyboru do sędziowskiej części rady i wykluczenia z kandydowania sędziów niepraworządnych, minister postanowił wysoko postawić poprzeczkę dla kandydatów. Każdy z nich będzie musiał zebrać 100 podpisów. Dla porównania – kiedy wybierano „pisowską” radę, wystarczyło poparcie 25 sędziów (lub 2 tys. obywateli), a i tak sprawiało to duży problem. Historie o „koalicjach” wsparcia były szeroko opisywane w mediach, dość kompromitujące, czyniące z samej KRS instytucję mniej poważną.

Teraz zamysł Waldemara Żurka, aby los kandydata zależał od 100 sędziów, wywołał konsternację nawet w sojuszniczej wobec ministra Iustitii, sędziowskim stowarzyszeniu, którego przedstawiciele aktywnie uczestniczą w pracach legislacyjnych dotyczących usuwania nieprawidłowości z lat poprzednich.

Sędziowie i pisanie ustaw – czy nie od tego się zaczęło w 2015 r. z prezesem TK Andrzejem Rzeplińskim?

Nie wiem, czy sędziowie powinni pisać dla siebie ustawy. Raczej nie, bo nie taka jest ich rola i zadania konstytucyjne. Prawo pisze i uchwala ktoś inny. Jednak w ostatnich latach wydarzyło się tak wiele, że problem ten stał się niedostrzegalny. Gdyby sięgnąć pamięcią, kryzys wokół sądownictwa rozpoczął się właśnie od pisania i uchwalenia ustawy, którą w 2015 r. prof. Andrzej Rzepliński przygotował prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. Napisał ją wraz z innymi sędziami z Trybunału Konstytucyjnego – dla siebie, co rozpoczęło długi ciąg zdarzeń trwający do dziś.

Wysokie poparcie dla kandydata do konstytucyjnego organu, jakim jest KRS, nie musi być złym pomysłem. Jeżeli chcemy, aby trafiali tam ludzie rzeczywiście ponadprzeciętni i szanowani w środowisku, może to być dobra droga. Pod warunkiem jednak, że wybór nie przekształci się w frakcyjny plebiscyt sędziowski, w którym przedstawiciele różnych organizacji budują poparcie na masie członkowskiej, a kompetencje i autorytet stają się sprawą wtórną.

Czy ministerstwo sprawiedliwości stworzyło polityczną platformę porozumienia z prezydentem Karolem Nawrockim?

To temat do dyskusji. Mnie jednak zastanawia coś innego. Co z tego, że powstał kolejny projekt ustawy o KRS, skoro wciąż nie spełniono podstawowego warunku, aby miał jakiekolwiek prawdopodobieństwo na wejście w życie? Tym warunkiem jest kompromis między rządem a Pałacem Prezydenckim. Bez niego nie ma najmniejszych szans na uchwalenie projektu – niezależnie od tego, czy o poparciu kandydata będzie decydować 10, 100 sędziów czy 1000.

Oczywiście można bawić się w politykę, tworząc pozory, że coś się chce naprawić. Ale lepiej na początku zadbać o fundamenty. Stworzyć platformę porozumienia gwarantującą, że istotne zmiany przejdą proces legislacyjny, a nie, jak teraz, zostaną zaprzepaszczone, zanim jeszcze maszyna legislacyjna wystartuje.

Jeżeli to podejście się nie zmieni, za chwilę będziemy mieli kolejne projekty o KRS, dalsze koncepcje nowych i starych ministrów, aż pobijemy jakiś rekord, który inni wpiszą ku przestrodze do Księgi Rekordów Guinnessa. Będzie to jeszcze jeden dowód dla ludzkości, jak to Polacy nie potrafią się między sobą dogadać.

A może jednak warto spróbować? Nowe wybory do KRS już na wiosnę 2026 roku, jest zatem szansa na przywrócenie normalności w tej instytucji, na wygaszenie największego ogniska zapalnego w wymiarze sprawiedliwości. Kolejna okazja będzie dopiero w 2030 roku.