To się musiało tak skończyć. Sądownictwo administracyjne, któremu dotąd udawało się pozostawać na obrzeżach trwającej niemal od trzech lat walki o kształt ustroju w naszym państwie, teraz znalazło się w samym jej środku.
Że tak się stanie, było wiadomo co najmniej od grudnia zeszłego roku. To wówczas ustawodawca ostatecznie zdecydował, że odwołania od uchwał Krajowej Rady Sądownictwa o wyborze kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego będzie rozpatrywał Naczelny Sąd Administracyjny. Od tamtego momentu minęło ponad dziewięć miesięcy. Tymczasem sędziowie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie byli na to przygotowani.
Mam tutaj na myśli tych sędziów NSA, którzy mają podjąć decyzję w sprawie wniosków o udzielenie zabezpieczenia. Te pojawiły się w związku z odwołaniami, jakie złożyli do NSA ci, którzy bezskutecznie starali się o miejsce w SN. Wnioskują oni m.in. o to, aby NSA zakazał osobom wytypowanym przez KRS na sędziów SN odbierać akty powołania na urząd lub też zakazał im podejmować czynności orzeczniczych. Mówiąc wprost i zupełnie nie po prawniczemu: celem tych wniosków jest uniemożliwienie PiS obsadzenia SN swoimi ludźmi. Zadanie więc, trzeba przyznać, postawiono przed NSA niełatwe. Nic dziwnego, że sędziowie potrzebują czasu do namysłu. Z drugiej jednak strony sąd powinien działać zgodnie z przepisami prawa, a te jasno stanowią, że taki wniosek powinien być rozpatrzony niezwłocznie, nie później jednak niż w terminie tygodnia od dnia jego wpływu. Problem polega na tym, że ten tydzień minął wczoraj. A decyzji jak nie było, tak nie ma. Nie bez znaczenia dla oceny takiego sposobu procedowania NSA jest także dynamika wydarzeń, z jaką mamy do czynienia w przypadku SN. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami swoistego wyścigu z czasem, w którym na razie rządzący zdają się zawsze być o jedną długość przed sędziami. I to właśnie nie kto inny jak NSA ma dziś w rękach narzędzie, które może choć na chwilę tę sztafetę zatrzymać. O ile oczywiście zawodnicy będą grać fair.