Uchwały Krajowej Rady Sądownictwa o przedstawieniu prezydentowi kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego w najbliższym czasie będą zaskarżane do Naczelnego Sądu Administracyjnego
Reklama
Wiele wskazuje na to, że odwoływać będą się nie tylko ci sędziowie, którzy od początku kwestionowali procedurę jako niekonstytucyjną, ale także ci, którzy do tej pory sympatyzowali z obecną władzą, a co najmniej przymykali oko na to, co ta robi z sędziowską niezawisłością.
Dokonane na ostatnim posiedzeniu personalne wybory KRS zmierzające do obsadzenia wakatów w SN nie są tak oczywiste, jakby się to wydawało na pierwszy rzut oka. Kosza od rady dostały bowiem także takie osoby, które od lat są kojarzone z prawą stroną sceny politycznej, a przez to w środowisku sędziowskim uchodziły za pewne kandydatury. Najsilniejsze polityczne powiązania występują w przypadku Ewy Stryczyńskiej, sędzi Sądu Apelacyjnego w Warszawie, która kandydowała do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN. A to dlatego, że w latach 2006–2010 zasiadała w KRS jako przedstawicielka prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Później przez wiele lat pełniła w tym organie funkcję dyrektora wydziału prawnego. Tak było do połowy marca, kiedy to minister sprawiedliwości cofnął Stryczyńskiej delegację do pracy w KRS. Już wówczas spekulowano, że to z powodu negatywnych opinii, jakie kierowany przez Stryczyńską wydział wystawił na temat przygotowanych przez resort sprawiedliwości projektów dotyczących zmian w sądownictwie. Teraz ta teoria zdaje się potwierdzać.
– KRS ewidentnie chodzi na pasku ministra sprawiedliwości. Przykro patrzeć na to, jak sędziowie zasiadający w tym organie dają sobą kierować – komentuje Sławomir Pałka, sędzia, były członek KRS. Jak zauważa, ostateczna decyzja rady w przypadku sędzi Stryczyńskiej jest tym bardziej kontrowersyjna, że zespół, który oceniał jej kandydaturę, zaopiniował ją pozytywnie.

Reklama
Nieoficjalnie słyszymy, że Stryczyńska była w gronie prawników, z którymi prezydent konsultował przygotowane w resorcie Ziobry pierwsze projekty dotyczące KRS i SN. Te, które później Andrzej Duda zawetował. Warszawska sędzia miała je ostro skrytykować.
– A takich przewin minister Ziobro nie zapomina – słyszymy od jednego z sędziów.
Wśród odrzuconych przez radę znaleźli się również sędziowie mocno powiązani z Krajową Szkołą Sądownictwa i Prokuratury, która jest nadzorowana przez ministra sprawiedliwości.
– To dziwi, zwłaszcza że stojąca na jej czele Małgorzata Manowska została przecież pozytywnie zarekomendowana przez radę – zauważa jeden z sędziów.
Wśród odrzuconych osób jest np. Robert Pelewicz, sędzia Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu. Jest on nie tylko związany z KSSiP (jest wieloletnim jej wykładowcą), ale także z ministrem sprawiedliwości. Ziobro bowiem powołał Pelewicza w skład utworzonego w 2017 r. zespołu do opracowania projektu zmian przepisów prawa karnego wykonawczego. Tarnobrzeski sędzia nie po raz pierwszy zresztą idzie pod prąd. Wbrew apelom swojego środowiska wystartował bowiem w wyborach do obecnej KRS. Wówczas również otrzymał kosza od obecnej władzy, gdyż nie został wybrany do tego organu.
KRS odrzuciła także kandydaturę Jerzego Menzela, sędziego Sądu Okręgowego we Wrocławiu, który także od wielu lat wykłada w KSSiP. Menzel również kandydował do Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN. Nieoficjalnie słyszymy, że teraz rozważa on zaskarżenie uchwały KRS do NSA.
– Pytanie, czy to nie strategia obliczona na to, aby całkowicie nie stracić twarzy w środowisku. Osoby, które wzięły udział w tej z gruntu niekonstytucyjnej procedurze i się przeliczyły, bo rada je odrzuciła, mogą chcieć teraz ratować swoją reputację, właśnie składając odwołania do NSA – słyszymy od jednego z sędziów.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku tych osób, które od początku zgłaszały się do konkursu tylko po to, aby móc zakwestionować procedurę przed NSA. W tej grupie są członkowie Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Z nieformalnych rozmów wynika, że ich odwołania zostaną złożone najszybciej, jak to będzie możliwe, a więc po doręczeniu im uchwały KRS. Znaleźć się w nich mają argumenty dotyczące niekonstytucyjności całej procedury (Iustitia od samego początku stoi na stanowisku, że obwieszczenie prezydenta o wolnych stanowiskach w SN powinno mieć kontrasygnatę premiera). Niewykluczone również, że NSA stanie przed koniecznością dokonania oceny samej KRS, która zdaniem wielu prawników została ukształtowana w sposób niezgodny z ustawą zasadniczą.