VI wydział Sądu Rejonowego Lublin-Zachód, powszechnie zwany e-Sądem, obecnie pracuje na oprogramowaniu w wersji 1.99. Zwiastuje to nieodległą kluczową aktualizację do tytułowej wersji 2.0.
Przy tej okazji warto zwrócić uwagę na kilka kwestii wymagających zmiany (także ustawowych), gdyż e-Sąd w obecnej formie wydaje się skazany na powolną agonię. Tezę tę formułuję z pozycji zwykłego użytkownika, prawnika z dorobkiem dziesiątek e-spraw, mającego jednak dodatkowe wykształcenie techniczne związane z systemami informatycznymi. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że mój ogląd nie jest pełny i z pewnością heavy users (firmy windykacyjne, banki, firmy telekomunikacyjne czy kancelarie specjalizujące się w drobnych roszczeniach oraz kadra e-Sądu) mogliby go uzupełnić.
Na początek o zaletach i wadach samej instytucji. Jakkolwiek stała się ona synonimem masowych pozwów o przedawnione roszczenia, często z posłużeniem się nieaktualnym adresem dłużnika – ma wiele dobrych stron. Sąd ten przyjmuje rocznie około 2–3 mln pozwów, co stanowi aż jedną czwartą wszystkich sygnatur nadawanych w polskich sądach. Orzekanie w e-Sądzie to nawet 1,5 minuty. Do tego kilka-kilkanaście minut pracy biurowej. Łącznie można przyjąć, że w e-Sądzie jedna sprawa – od wpływu do nadania klauzuli zajmuje łącznie do 30 minut pracy wszystkich pracowników.
Taka sama sprawa w zwykłym sądzie to już nakład pracy na poziomie kilkuset minut (z czego minimum pół godziny to zaangażowanie referendarza lub sędziego). Oszczędność nakładu pracy jest ogromna (a do tego dochodzi równie duża oszczędność zasobów rzeczowych). Taka sama oszczędność czasu występuje po stronie powodów. Tu jednak zaleta stała się jednoczenie wadą. Przyczyniła się ona do formułowania powództw o drobne lub wątpliwe (np. przedawnione) roszczenia. Jeśli złożenie pozwu wymaga kilku kliknięć i jednej czwartej zwykłej opłaty to... dlaczego nie.
Tym niemniej wspomniane wady przechodzą do historii w związku z już dokonanymi nowelizacjami przepisów dotyczących postępowania elektronicznego oraz przedawnienia roszczeń. Dziś nie ma wątpliwości, że korzyści z e-Sądu dominują, a uśmiercenie go miałoby katastrofalne skutki dla polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Jednym z podstawowych problemów są obecnie wykorzystywane przez tę instytucję technologie. Są one po prostu przestarzałe. Java to oprogramowanie niewspierane przez żadną z wiodących przeglądarek internetowych, więc do obsługi e-Sądu trzeba sięgać do archiwalnego wydania Internet Explorera. Certyfikaty użytkownika (wykorzystywane do podpisu pozwów i pism) to z kolei rozwiązanie nieprzystające do e-administracji upowszechniającej dość nowoczesny ePuap. Wydaje się, że w tym obszarze wystarczyłoby czerpać z doświadczeń innych urzędów i banków, gdzie korzysta się z portali webowych (rozwiązań bezpiecznych i multiplatformowych), bez sięgania po zewnętrzne technologie desktopowe.
Samo zaprojektowanie procesów e-Sądu to już kwestia bardziej przyzwyczajenia, które trudno zmienić – choć pewne elementy można tu poprawić, poczynając od kwestii drobnych (np. brak podglądu wniosków egzekucyjnych), po bardziej kluczowe, takie jak np. brak obsługi elektronicznych potwierdzeń odbioru. Jest swego rodzaju paradoksem, że teoretycznie najnowocześniejszy sąd w Polsce jest jednym z ostatnich, który nie obsługuje EPO.
Wydajność infrastruktury jest zadowalająca, choć nie sposób pominąć przypadków, gdy kilkadziesiąt minut pracy nad pozwem przepada z uwagi na „błąd zapisu”.
Przejdźmy jednak do uwag kluczowych, jaką jest z pewnością czas trwania e-postępowania. Początkowo e-nakaz wydawany był w ok. 3 dni. Później okres ten wzrósł do około miesiąca. W 2016 roku – w związku z „zamieszaniem” z odsetkami za opóźnienie – wynosił aż 6 miesięcy. Obecnie: 2–3 miesiące. Do tego dochodzi czas oczekiwania na klauzulę. Początkowo około miesiąc. Obecnie ok. 3–4 miesiące.
To niewielkie obecnie obserwowane przyspieszenie w e-Sądzie jest marną pociechą w sytuacji, gdy zaledwie co drugi pozew jest uwzględniany, a pozostałe są przekazywane według właściwości ogólnej. Jeszcze niedawno odmowa wydania nakazu była rzadkością, przy standardowych pozwach „z faktur” praktycznie nienotowaną. Nawet jeśli następowała, to miała swoje solidne uzasadnienie.
Obecnie (co wynika z doświadczeń moich, jak i wielu znajomych) tak kończy się około połowy spraw, nawet tych prostych (powództw „z niezapłaconej faktury”). Dodatkowo następuje to bez uzasadnienia dłuższego niż jedno zdanie: „Sąd stwierdził brak podstaw do wydania nakazu zapłaty”. Skarga na referendarza także mija się z celem gdyż jej rozpoznanie (choć często pozytywne – tzn. skutkujące nie tyle merytorycznym rozstrzygnięciem, ile „niespodziewanym” wydaniem nakazu) zajmuje aż 9–12 miesięcy. To wszystko zniechęca do e-Sądu.
Większość sądów cywilnych w kraju notuje dziś lawinowy wzrost liczby pozwów. Powszechnie przypisywane to było nadchodzącym przepisom o przedawnieniu. Ale to tylko część prawdy. Nie tylko z mojego doświadczenia wynika, że większa liczba pozwów kierowanych drogą tradycyjną jest konsekwencją tego, że wówczas jest większa szansa na tradycyjny nakaz (nawet 90 proc.), trwa to o wiele szybciej (od jednego do kilku tygodni), a dodatkową korzyścią jest możliwość powołania się na przemienną właściwość sądu (np. miejsce spełnienia świadczenia).
Skutek: powodowie nakazy otrzymują, przysparzając jedynie wymiarowi sprawiedliwości kilkukrotnie więcej pracy.
Dzieje się więc rzecz najgorsza z możliwych. E-Sąd stopniowo traci na znaczeniu, a sądy tradycyjne są zapychane prostymi pozwami o zapłatę, z jednoczesnym zniechęceniem użytkowników, rzutującym na negatywną opinię o całym wymiarze sprawiedliwości.
Jakie więc powinny być rozwiązania systemowe? Po pierwsze ustalenie celów. Przyjmując, iż wolą Ministerstwa Sprawiedliwości jest maksymalne ograniczenie wykorzystywania e-Sądu do nadużyć – należy nie tyle (mniej lub bardziej losowo) przekazywać sprawy do postępowania zwykłego, ale ustalić rzeczowe kryteria wydania e-nakazu. Jeśli solą w oku urzędników jest uproszczone postępowanie dowodowe (z opisem dokumentów zamiast ich przedstawienia), może warto ograniczyć e-Sąd wyłącznie do należności stwierdzonych fakturami VAT. W takim przypadku można wprowadzić dodatkową weryfikację powołanego dokumentu poprzez jego skonfrontowanie z bazą administracji skarbowej, posiadającej obecnie wiedzę o wszystkich wystawianych w kraju fakturach z comiesięcznych Jednolitych Plików Kontrolnych.
Jeśli to byłoby niewystarczające, to może trzeba ograniczyć e-Sąd wyłącznie do postępowań uproszczonych (obecnie do 20 tys. zł). Można też ograniczyć dostępność e-Sądu do profesjonalnych pełnomocników, z określeniem ich dodatkowej odpowiedzialności dyscyplinarnej za nadużycie tej instytucji. Można wreszcie zażądać od powodów skanów lub fotografii cyfrowych powoływanych dokumentów. Rozwiązań jest sporo – wystarczy po nie sięgnąć.
E-Sąd się sprawdził, przejmując nawet 1/4 spraw wpływających do polskiego wymiaru sprawiedliwości. Myślę, że celowe jest utrzymanie tej instytucji. Przejście na wersję 2.0. pozwoli ją poprawić zarówno pod względem technicznym jak, i prawnym.
Jeśli e-Sąd 2.0. miałby nigdy nie powstać (bo i to należy rozważyć) – trzeba to ogłosić i przygotować na to wymiar sprawiedliwości. Stopniowe zniechęcanie użytkowników dysfunkcjonalnym narzędziem jest rozwiązaniem najgorszym z możliwych.