Wydaje się, że Krajowa Rada Sądownictwa podzieli los Trybunału Konstytucyjnego, który stał się tworem kadłubowym.
Jeśli ktoś żywił nadzieję, że być może rewolucyjne zmiany serwowane w ostatnim roku w każdym obszarze rzeczywistości jakimś sposobem nie dotkną jednak wymiaru sprawiedliwości sensu stricto, to okazała się ona płonna, by nie rzec naiwna.
W czasie konferencji prasowej 20 stycznia 2017 r. z udziałem pani premier oraz pana ministra sprawiedliwości w ramach akcji przeglądu ministerstw zostały przedstawione zręby reformy sądownictwa. Od razu trzeba zaznaczyć, że właśnie słowo „zręby” pasuje idealnie do prezentowanych na konferencji treści, w których więcej było ogólników niż konkretnych rozwiązań. Warto jednak pochylić się nad niektórymi tezami przedstawionymi przez Ministerstwo Sprawiedliwości.
Reklama
Rada kadłubkowa
Jako orzekającego sędziego najbardziej interesują mnie propozycje zmian w składzie i sposobie funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa, sposobu procedowania przed sądami różnych instancji oraz te dotyczące modyfikacji reguł postępowania dyscyplinarnego.

Reklama
Zacznę od rewolucji w strukturze, sposobie wyboru i powoływania członków Krajowej Rady Sądownictwa. Odnoszę wrażenie, że KRS podzieli los Trybunału Konstytucyjnego, który – jak można wnosić z przebiegu zdarzeń ostatnich dni, związanych z przymusowym urlopem wiceprezesa Stanisława Biernata, odejściem do Sądu Najwyższego sędziego prof. Andrzeja Wróbla czy naprędce zmienianymi w drodze zarządzeń prezes Julii Przyłębskiej składami orzekającymi w poszczególnych rozpisanych już sprawach – stał się tworem kadłubowym.
Pozbawiona niezależności, wybierana przez większość sejmową KRS będzie organem konstytucyjnym, ale już tylko na papierze, bo tylko w art. 186 ust. 1 konstytucji będziemy mogli przeczytać, że KRS stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. A przecież jeszcze kilka miesięcy temu przedstawiciele Ministerstwa Sprawiedliwości utrzymywali, że reforma składu KRS będzie zmierzać w kierunku zwiększenia reprezentacji sędziów sądów I instancji. Mówiono wręcz o demokratyzacji w składzie rady. Taką koncepcję jeszcze stosunkowo niedawno lansował wiceminister Łukasz Piebiak. Jak więc widać, wygrała opcja całkowitego unieszkodliwienia KRS.
W projekcie zmian ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa oraz innych ustaw, który pojawił się na stronach RCL 25 stycznia 2017 r., w art. 5 znalazł się zapis o wygaśnięciu mandatów dotychczasowych członków rady w ciągu 90 dni od wejścia w życie zmian. Nowi członkowie, jak stanowi projekt, mają być wybierani przez Sejm spośród kandydatów zgłoszonych przez Prezydium Sejmu albo co najmniej 50 posłów.
Bez złośliwości konstatuję, iż legislatorzy w końcu przyswoili sobie wiedzę o zakresie stosowania alternatywy rozłącznej łącznika „albo”, co stanowi podstawowy element wiedzy studenta pierwszego roku prawa na zajęciach z logiki formalnej. A przecież nie tak dawno były z tym problemy przy okazji zgłaszania kandydatów na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Wylano morze atramentu, interpretując wówczas zakres semantyczny użytego w „starej” ustawie o Trybunale Konstytucyjnym łącznika „oraz”. Świat prawniczy głośno komentował rewolucyjną propozycję interpretacji rzeczonego łącznika zaprezentowaną przez dr. hab. Michała Warcińskiego w głośnym artykule jego autorstwa w „Rzeczpospolitej”. Zaprezentowana wówczas egzegeza wyrazu „oraz”, który w samej konstytucji występuje 141 razy, doprowadziła dr. Warcińskiego do fotela sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Tym niemniej wnioski wyciągnięto, do łask wróciła alternatywa rozłączna „albo”.
Szczerze mówiąc, z prezentowanymi przez KRS stanowiskami w konkretnych sprawach dotyczących wymiaru sprawiedliwości i sądownictwa nie zawsze było mi po drodze. W czasie próby rada zawsze jednak stawała mężnie, broniąc niezawisłości sędziowskiej i niezależności sądów. Szarże największego wojownika w jej składzie – sędziego Waldemara Żurka, z którymi utożsamiałem się w pełni, przejdą niewątpliwie do historii. Jak pisał Albert Camus: „Panowie, kapelusze z głów!”.
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że obecny Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje zapis przedstawiony w projektowanym nowym brzmieniu art. 37 ust. 2 ustawy O KRS, zgodnie z którym prezydentowi przedstawiane będą co najmniej dwie kandydatury na jedno wakujące stanowisko sędziowskie. Choć posunięcie jest wybitnie niekonstytucyjne, albowiem dubluje wyłączną kompetencję KRS do opiniowania kandydatów na stanowiska sędziowskie bez prawa ponownej weryfikacji i oceny, o czym stanowi art. 179 konstytucji. Opinie o kandydacie będą niejako dwie, bowiem formułować je będą Pierwsze oraz Drugie Zgromadzenie Rady. I tylko dwie pozytywne opinie umożliwią przedstawienie kandydata na wakujące stanowisko sędziowskie prezydentowi. Tym samym władza ustawodawcza i wykonawcza, z której rekrutować się będzie większość (ośmiu z dziesięciu) członków Pierwszego Zgromadzenia Rady, uzyska bezpośredni wpływ na sędziowskie nominacje (dodany art. 21b projektu zmian w ustawie o KRS).
Nie od Boga, z konstytucji!
Skoro już jesteśmy przy sposobie wyboru i procedurze powołania kandydatów na stanowiska sędziowskie, uważna lektura przebiegu pasjonującej debaty zorganizowanej przez DGP (relacja z niej: „Reforma sądownictwa: szansa czy zagrożenie”, ukazała się w DGP z 31 stycznia 2017 r.), w moim przekonaniu pozwala zdefiniować podstawowy problem, z jakim zmaga się Ministerstwo Sprawiedliwości w tej sprawie. Nie może się obyć w tym miejscu bez cytatu. Otóż wiceminister dr Marcin Warchoł chyba retorycznie, choć mam tu pewne wątpliwości, pytał: „(...) A w jaki sposób Rzeczpospolita upoważniła sędziów do tego, aby w jej imieniu wydawali wyroki? To jest pytanie fundamentalne (...)”. Zamyślił się z pewnością podsekretarz stanu, a potem kontynuował wywód: „Skąd wzięła się legitymacja sędziego do sprawowania wymiaru sprawiedliwości?” – brnął w dalsze pytania. „Czy pochodzi z wyborów czy od Boga? Skąd?” – zakończył filozoficznie.
Problemów z udzieleniem odpowiedzi i ukojeniem rozterek wiceministra nie mieli sędzia Arkadiusz Tomczak z zarządu Iustitii oraz dr Tomasz Zalasiński, konstytucjonalista. Obaj bowiem wskazali rzeczowo, że legitymacja sędziów do orzekania zakotwiczona jest w Konstytucji RP, która została przyjęta przez naród w referendum. Od siebie sypnę garścią przepisów z ustawy zasadniczej: art. 174, art. 175 ust. 1, art. 177, art. 178 ust. 1. Wystarczy.
Czytałem ten fragment debaty z wypiekami na twarzy. Raz, jeszcze raz, a potem znowu od początku, a gdy skończyłem, to przeczytałem ponownie, jakby to ujął Gabriel Garcia Márquez. Rozumiem, że papier przyjmie wszystko, ale czy naprawdę dyskusja na temat systemu sądowniczego w Polsce znajduje się na poziomie, z którego wiceminister sprawiedliwości pyta, skąd się bierze legitymacja sędziów do orzekania(!)? Po prostu brak mi słów. I niech moje milczenie co do tego wątku będzie milczeniem po wittgensteinowsku uwikłanym.
Sędzia związany (ze sprawą)
Zdziwienie w prezentowanym pakiecie „zrębów” reformy budzi dogmatyczne wręcz przywiązanie Ministerstwa Sprawiedliwości do zasady niezmienności składu orzekającego.
W ramach procesu karnego zasada ta, wyrażona chociażby w treści art. 404 par. 2 k.p.k., jest od dawna ugruntowana. Choć można, a nawet trzeba dyskutować nad jej zasadnością w procedurze karnej, ma ona swoje uzasadnienie w perspektywie zasady bezpośredniości obowiązującej bezwzględnie w procesie karnym.
Otóż wyrok powinien wydać skład orzekający, przed którym prowadzony był przewód sądowy. Wystarczy zmiana jednego z członków składu, by proces trzeba było powtarzać od początku. Stąd na przykład instytucja sędziego bądź ławnika zapasowego, który będąc obecny podczas przewodu sądowego w szczególnie skomplikowanych i długotrwałych procesach, zastępuje członka składu orzekającego, gdy ten z różnych powodów nie może dokończyć procesu. Zupełnie jednak nie rozumiem pomysłu implementowania tej zasady na grunt procesu cywilnego.
Z prezentowanego na konferencji prasowej lapidarnego uzasadnienia można się było dowiedzieć, że u jego podstaw legło przekonanie, iż zasada niezmienności składu orzekającego niejako zwiąże mocniej sędziego z prowadzoną sprawą i uczyni go jeszcze bardziej odpowiedzialnym za jej ostateczne rozstrzygnięcie. Idea słuszna, tyle że niepraktyczna. Zagadnienie wymagałoby szerokiego komentarza, w tym miejscu jedynie zasygnalizuję, że to, co ma swoje uzasadnienie w specyfice i warunkach procesu karnego, nie znajduje tak samo mocnej argumentacji na polu sprawy cywilnej.
W praktyce przyjęcie niezmienności składu będzie oznaczało masowe powtarzanie procesów w skali kraju. Sędziowie też ludzie, zdarzają im się długotrwałe choroby, urlopy macierzyńskie czy tacierzyńskie, przejście do innych wydziałów bądź sądów. Wszystkie te przypadki będą powodowały konieczność powtarzania również spraw cywilnych, gospodarczych bądź pracowniczych od początku. Dzisiaj dotyczy to wyłącznie spraw karnych, a i tak bywa powodem zdenerwowania stron, świadków i innych uczestników postępowania sądowego, którzy w takich sytuacjach muszą ponownie stawić się przed sądem. Już zupełnie na marginesie chciałbym zauważyć, że teza, jakoby sędziowie nie czuli się dzisiaj odpowiedzialni za wynik prowadzonych spraw, jest zwyczajnie dla nich krzywdząca, a z pewnością gołosłowna, bo niepoparta rzeczową argumentacją.
Kto ma sądzić sędziego
W końcu postępowania dyscyplinarne. W tym momencie powiało grozą. Otóż z przekazu sformułowanego na konferencji prasowej wynika, że w ramach Sądu Najwyższego ma powstać pion dyscyplinarny. Jak mniemam, będzie to osobna izba na wzór tych, które już w SN istnieją. Niestety więcej szczegółów nie podano. Istotne jest jednak właśnie to, czego nie powiedziano. Nie było to raczej jedynie przeoczenie. Z pewnością nie było to również twórcze nawiązanie to szekspirowskiego „reszta jest milczeniem”. Słusznie niezwykle przenikliwie w swym tekście („Władza chce sama decydować o tym, kto zostanie sędzią”, DGP z 24 stycznia 2017 r.) Małgorzata Kryszkiewicz zauważyła, że prezentując zmiany dotyczące postępowań dyscyplinarnych w kontekście stworzenia odrębnej izby Sądu Najwyższego i sędziów w niej zasiadających, posługiwano się terminem „prawnicy”. Domniemywać należy, iż nie będą to wyłącznie sędziowie zawodowi. Jednym słowem wariant z zapowiadanym „czynnikiem społecznym” w sądownictwie dyscyplinarnym właśnie staje się faktem.
Pisałem niedawno na łamach tygodnika „Prawnik”, że nawet pobieżna lektura orzecznictwa dyscyplinarnego prowadzi do wniosku, z jak skomplikowaną materią przychodzi się mierzyć składom orzekającym I i II instancji. Nie bez powodu orzekanie w oparciu o art. 107 ust. 1 ustawy o ustroju sądów powszechnych powierzone zostało wysokiemu szczeblowi sądownictwa, w pierwszej instancji są to bowiem sądy apelacyjne, a w drugiej instancji Sąd Najwyższy. Przekroczenia dyscyplinarne to często zagmatwane prawniczo kwestie dotyczące zakresu stosowania niektórych instytucji materialnoprawnych bądź procesowych. Do tego dochodzi jeszcze specyfika metodyki pracy sędziego, którą znać mogą jedynie osoby z wieloletnim doświadczeniem orzeczniczym. Nie może być żadnej wątpliwości, że zapowiadane zmiany w strukturze sądownictwa dyscyplinarnego mają na celu wywołanie efektu mrożącego wśród sędziów. Potwierdzeniem tej tezy jest pomysł dopuszczenia do tych postępowań prokuratorów na równych z rzecznikami dyscyplinarnymi prawach procesowych.
O ile dobrze zrozumiałem, jednym z powodów zmian w organizacji postępowań dyscyplinarnych jest niewystarczająca liczba sędziów składanych przez sądy dyscyplinarne z urzędu. Jak podają statystyki, w ciągu czterech lat dotyczyło to 11 sędziów. I jest to zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości liczba niesatysfakcjonująca. Wszystko jest kwestią perspektywy, bo być może niewielki procent stosowania najwyższej kary dyscyplinarnej wskazuje na dobre prowadzenie się ponad dziesięciotysięcznego korpusu sędziowskiego.
Pytam dalej: a jaka liczba a priori byłaby satysfakcjonująca? 20 sędziów, 50? A może 100? Tego rodzaju argumentację starożytni Grecy nazywali sofistyczną.
Nie wygląda to dobrze, a przecież przedstawiono zaledwie „zręby” reformy. Gdy dojdzie do prezentacji szczegółów, burza rozszaleje się na dobre, bez dwóch zdań.
Ministerstwo Sprawiedliwości zaczęło więc dyskusję o zmianach na obszarze sądownictwa od ruchów zmierzających do ograniczenia samorządu sędziowskiego i podjęcia działań dyscyplinujących przedstawicieli trzeciej władzy. Celem reformy ma być usprawnienie pracy sądów. Taki sam priorytet przyświecał „ustawom naprawczym” regulującym pracę Trybunału Konstytucyjnego. Pozwolę sobie zauważyć, iż na dziś efekt jest taki, że trybunał od grudnia nie wydał żadnego wyroku. Również od postawy sędziów będzie jednak zależało, w jaki sposób i w jakim zakresie zapowiadane zmiany zostaną zrealizowane. Wszystko wskazuje, że burzy nie da się uniknąć i z pewnością będzie wiało.
Z prezentowanymi przez KRS stanowiskami w konkretnych sprawach dotyczących wymiaru sprawiedliwości i sądownictwa nie zawsze było mi po drodze. W czasie próby rada zawsze jednak stawała mężnie
Nie może być żadnej wątpliwości, że zapowiadane zmiany w strukturze sądownictwa dyscyplinarnego mają na celu wywołanie efektu mrożącego wśród sędziów