Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie legalności, a raczej nielegalności stanu wojennego nie zaskoczył chyba nikogo, a już na pewno nie mógł zaskoczyć prawnika. Zakaz retroakcji (lex retro non agit – prawo nie działa wstecz) jest bowiem wpisany w tradycję europejską, w szczególności w przestrzeń prawa karnego i daninowego. Przyjmuje się, że system prawa polskiego zna go od czasu wydania przez króla Kazimierza Wielkiego statutów wiślicko-piotrkowskich. Każdy student prawa najpóźniej na drugim roku już wie, że prawem materialnym dla orzekania jest ustawa obowiązująca w dacie popełnienia przestępstwa, a nie w dniu orzekania o nim, chyba że późniejsza ustawa jest dla sprawcy względniejsza. Od czasów konstytucji Nihil novi (1505) już także wiemy, że prawo wiąże od momentu właściwego ogłoszenia.

Osoby decydujące o wprowadzeniu stanu wojennego raczej jednak nie przejmowały się takimi drobiazgami, jak właściwa promulgacja prawa. Podejrzewam, że nie przejmowały się prawem w ogóle. Nie wiem, jakie kursy na ten temat przechodzili generałowie. Pewnie niezbyt pogłębione, w końcu generałowie nie są od takich subtelności. Z pewnością natomiast słyszeli, że prawo to wyraz woli klasy panującej nad środkami produkcji, a koniak to trunek spijany przez klasę robotniczą ustami jej najlepszych przedstawicieli.

Jednak prawnicy? O czym myśleli sędziowie i prokuratorzy, patrząc w czasie rozpraw sądowych na robotników oskarżanych i skazywanych za strajki rozpoczęte w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego? A nie byli to już przecież absolwenci słynnej szkoły Duracza z lat czterdziestych.

Orzeczenie TK stawia prawniczą kropkę nad i, przesądzając ostatecznie, że stan wojenny był całkowitym bezprawiem, nierespektującym nawet peerelowskiego porządku konstytucyjnego. Być może ułatwi pokrzywdzonym dochodzenie jakichś jeszcze niezaspokojonych roszczeń, ale równie istotne są tu kwestie psychologiczne i moralne. Dekrety stanu wojennego były wyrazem nihilizmu prawnego, ciążącego przede wszystkim na osobach je uchwalających. Jednak ktoś te dekrety przecież prawniczo zaprojektował, a następnie również stosował, używając całego arsenału prawniczych środków maskujących. Warto pokusić się już o całkowite zdjęcie tych masek i ukazanie całości mechanizmu państwowego terroru stanu wojennego. Zbyt wiele jeszcze tu niejasności i zwykłego kamuflażu, mającego zasłonić odpowiedzialnych za konkretne bezprawne działania z użyciem sądowego anturażu.

Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem nie tylko tego orzeczenia, ale także wyroku Wielkiej Ławy Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie włoskiej. Jedna z gazet pisała o nim pod tytułem: „Krzyż wygrał proces”. Chyba „rozsądek” – chciałoby się powiedzieć. Kiedy po orzeczeniu sądu strasburskiego I instancji, nakazującego Włochom zdjąć krzyże ze ścian szkół, publicznie uznałem to orzeczenie za nieporozumienie, radząc czekać na wyrok Wielkiej Ławy, młody prawnik również publicznie wytknął mi, że niedopuszczalnie, jako były sędzia konstytucyjny, podważam autorytet innych sędziów. Przez chwilę wahałem się, czy przypadkiem nie chwycić za pióro, by dosadniej bronić swoich racji. Warto jednak było się powstrzymać. Oliwa sprawiedliwa jednak wyliwa.