Asesorzy mają prawo oczekiwać współdziałania władz w celu racjonalnego rozstrzygnięcia ich sprawy i wyjścia z impasu. Wystarczy, aby ci, którzy nawalili najbardziej, to jest parlament i prezydent, wspólnie zmienili w ustawie tylko jeden przepis – ten o powoływaniu przez ministra. Tylko czy o to nam chodzi?
Trudno nie współczuć absolwentom Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury w związku z sytuacją, w jakiej się znaleźli całkowicie bez swojej winy. Trzeba jednak założyć, że jako ukształtowani już prawnicy mają całkowitą jasność swojej sytuacji prawnej, a przede wszystkim wątpliwej konstytucyjnie pozycji asesora. Bo jeśli nie, to trzeba byłoby uznać, że pomimo zakończenia aplikacji i zdania egzaminu sędziowskiego nie posiedli jeszcze umiejętności mierzenia się z trudnymi problemami prawnymi, z którymi w samodzielnym życiu zawodowym będą się spotykać co rusz.
Z drugiej jednak strony nie mogę się zgodzić z tezami Macieja Gutowskiego i Piotra Kardasa („Rada odleciała wysoko ponad badania psychologiczne asesorów”, DGP z 2 listopada 2017 r.), że wina leży tym razem po stronie KRS, która była inicjatorką i orędowniczką procesu przywracania instytucji asesorów. Owszem była, wszyscy to pamiętamy, ale uczciwie też przyznajmy, że ten nowy asesor miał być w istocie sędzią na próbę powoływanym przez prezydenta. Stał się jednak na powrót całkowicie „dawnym asesorem”, bo konstytucyjność przyjętych rozwiązań ustawowych – głównie z powodu powoływania przez ministra sprawiedliwości – została zakwestionowana wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 2008 r. Ten wyrok jest wszystkim zainteresowanym doskonale znany. Wprawdzie rządzący wielokrotnie już dawali dowody na to, że konstytucja ich nie obowiązuje, bo oni jej przecież nie uchwalali, ale starajmy się jednak tego rodzaju postaw nie usprawiedliwiać.
Reklama
Od czego jest KRS
Szczególny mój sprzeciw budzi następujący passus z tekstu dwóch adwokatów: „Nie zapominajmy, że prawo – chciane lub niechciane – dało asesorom konkretne uprawnienia do wykonywania funkcji orzeczniczych. Ocena, czy była to dobra decyzja, nie należy w żadnym razie do Krajowej Rady Sądownictwa”.

Reklama
W tych zdaniach znalazły się bowiem aż dwie nieprawdziwe tezy. Po pierwsze, utożsamiono prawo z ustawą. Nigdy dosyć, okazuje się, powtarzania, że prawo to system różnego rodzaju aktów normatywnych, a także norm zwyczajowych, które płynąc z różnych źródeł, tworzą w sumie przestrzeń pozwalającą czynić nasze zachowania przewidywalnymi dla innych. Konstytucja ma w nim miejsce szczególne. Nie można odczytywać żadnej ustawy w oderwaniu od tego systemu, a od konstytucji przede wszystkim. Mam nadzieję, że tak uczą studentów obydwaj panowie profesorowie na co dzień. Chyba nie ma co przywoływać, że nie każde lex to już ius. W tym sensie całkowicie poprawnie mówimy o ustawie niezgodnej z prawem.
Po drugie, po co powołana została KRS? Ano przecież po to, by stała na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. To KRS musi samodzielnie diagnozować, czy są one zagrożone, i ma w tym zakresie szczególne konstytucyjne obowiązki. Musi, tak jak każdy inny organ, samodzielnie stosować prawo, a zatem interpretować przepisy w zgodzie z konstytucją. Nikt i nic nie może jej od tego zwolnić. Nie można już dziś utrzymywać, że od badania konstytucyjności jest Trybunał Konstytucyjny i dopóki on czegoś nie orzeknie, to hulaj dusza, piekła nie ma. Takie właśnie założenie niszczyło nie tylko w ciągu ostatnich dwóch lat polską legislację. Ileż to razy zwracający uwagę na niekonstytucyjność proponowanych w projektach ustaw regulacji eksperci parlamentarni słyszeli z ust posłów: od badania konstytucyjności jest Trybunał Konstytucyjny i niech to on w przyszłości rozstrzygnie, czy coś jest konstytucyjne, czy nie. Na razie nasze na wierzchu, a chroni to, co robimy... domniemanie konstytucyjności – nawet wtedy, kiedy przyjmujemy ustawę jawnie sprzeczną z ustawą zasadniczą. To przecież rozumowanie absurdalne, prowadzące wprost do nihilizmu prawnego.
Konstytucji muszą przestrzegać wszyscy, nie tylko Trybunał Konstytucyjny – on jest natomiast od tego, by sprzeczne z nią akty normatywne usuwać z systemu prawa poprzez ich stamtąd wycięcie, „wycenzurowanie”.
Tymczasem KRS musi stać na straży w dzień i w nocy (ostatnio nawet szczególnie w nocy) i stosować w obronie niezawisłości sędziowskiej odpowiednie środki – zgodnie z zasadą proporcjonalności. Jeśli możemy jakąś rzecz uchronić za pomocą wiatrówki, to nie wyciągajmy od razu armaty. W tym przypadku środkiem skutecznym, oczywiście chwilowo, było zwrócenie uwagi na braki formalne wniosku w sprawie asesorów. Z czasem przyjdzie czas na inne, jeśli pierwsze zawiodą – przynajmniej taką mam nadzieję.
Konstytucja nie pozostawia wątpliwości co do tego, że sąd stanowią sędziowie, a udział obywateli w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości określa ustawa. Ci obywatele od udziału to wyłącznie ławnicy, ale nie funkcjonariusze powoływani przez ministra na stanowiska sędziopodobne, do samodzielnego orzekania. W jaki sposób zostaje się sędzią, konstytucja mówi wyraźnie. „Sędziowie są powoływani przez Prezydenta na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony”. Koniec, kropka. Nie ma się co odwoływać do żadnych wartości i do ich ważenia – tu nie ma co ważyć.
Konstytucja nie pozostawia wątpliwości co do tego, że sąd stanowią sędziowie, a udział obywateli w sprawowaniu wymiaru sprawiedliwości określa ustawa. Ci obywatele to ławnicy, a nie funkcjonariusze powoływani przez ministra na stanowiska sędziopodobne, ale do samodzielnego orzekania
W innej natomiast kwestii zgadzam się z moimi adwersarzami: asesorzy mają prawo oczekiwać współdziałania władz w celu racjonalnego rozstrzygnięcia ich sprawy i wyjścia z impasu. Zrobić to można w bardzo prosty sposób. Wystarczy, aby ci, którzy nawalili tu najbardziej, to jest parlament, który ustawę o asesorach przyjął, i prezydent, który niekonstytucyjną ustawę podpisał, wspólnie zmienili w niej tylko jeden przepis – ten o powoływaniu asesora przez ministra sprawiedliwości. Jeśli tak się nie stanie, a może to się stać – znając sprawność obecnej legislatury i prezydentury – w ciągu jednego dnia, konflikt na tym tle będzie się ślimaczył, nie wiadomo jak długo. A jeśli nawet ktoś go jakoś przetnie w myśl dotychczasowego rozwiązania, to zwycięstwo będzie okupione świadomością, że tym młodym ludziom nie oszczędzi się łamania kręgosłupów moralnych, bo od pytania: „czy jestem właściwie legitymizowany do orzekania”, ci młodzi ludzie nie będą mogli uciec. Oczywiście, znajdą się wśród nich cynicy, którzy tej kwestii nie będą drążyć, pewnie już nawet teraz są tacy, którzy ostentacyjnie manifestują, że za całą legitymizację wystarczy im jeden podpis ministra. Nie sądzę jednak, by ten dylemat był bez znaczenia dla wszystkich.
Pomijam już kwestię legalności wydanych przez asesorów wyroków, co będzie sprawdzane w przyszłości w Strasburgu.
Od konieczności odpowiedzi na pytanie o właściwe umocowanie żaden sędzia nie ucieknie. Wcześniej czy później ta kwestia dopadnie każdego. Może tego nie czuć adwokat czy prokurator, o politykach nie wspominając – w końcu to nie oni podejmują te najważniejsze dla konkretnych ludzi decyzje, nie oni wsadzają do więzienia, pozbawiają władzy rodzicielskiej itd. Sędzia musi mieć całkowitą pewność, że to, co czyni, jest uzasadnione szczególnymi względami, bo nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Dawniej mógł chronić od ciężaru odpowiedzialności choćby płaszcz królewski. Ale dziś? Kto zwolni sędziego od zmagania się z dylematami brania odpowiedzialności wprawdzie w imieniu Rzeczypospolitej, ale przecież całkowicie samodzielnie i we własnym tylko sumieniu?
Mnie dopadło
Orzekając jako asesor, a następnie sędzia, nie zaprzątałem sobie początkowo głowy tymi problemami. Wystarczała mi przez wiele lat ukształtowana na uniwersytecie teza, że początek PRL to podstawowe zasady demokratycznej konstytucji marcowej, a jeśli tak, to wszystko, co potem, było też jakoś legalne. Tak mówiono i tak myślałem. W czasie aplikacji tym bardziej nikt nie zaprzątał sobie głowy dzieleniem włosa na czworo i tak mijały lata. Aż tu bodaj w 1978 r. wpadła mi w ręce skromna rozprawka Kazimierza Działochy i Janusza Trzcińskiego „Zagadnienie obowiązywania konstytucji marcowej w Polsce Ludowej, 1944–1952” – na temat słuszności tezy o obowiązywaniu po wojnie podstawowych zasad konstytucji marcowej. Autorzy dowodzili, że jest ona całkowicie błędna, że w istocie nastąpił wówczas przewrót o charakterze rewolucyjnym. Mieli oczywiście całkowitą rację. Ich intencją było podważenie czegoś, co głosił ich konstytucyjny mistrz – wiadomo, młodzi zawsze szukają okazji, by dołożyć mistrzowi. Nie chodziło im o podważenie prawomocności PRL, przeciwnie – uważali, że jest to twór całkowicie legalny, w pewnym sensie samoistny mocą nowego, rewolucyjnego właśnie początku. Na pewno nie wyobrażali sobie, że gdzieś, w innym mieście jakiś sędzia po przeczytaniu ich dziełka zacznie sobie zadawać pytanie o prawomocność swej legitymacji do sądzenia. A tak się właśnie stało ze mną. Jeśli porządek prawny po wojnie nie miał żadnego zakotwiczenia w konstytucji marcowej, to co ja właściwie robię w tym towarzystwie? Ta myśl nie dawała mi już spokoju, a po niemal 10 latach w sądownictwie nie jest łatwo zmieniać pracę, szczególnie tak prestiżową, jaką niewątpliwie jest zawód sędziego.
Z pomocą przyszedł mi na szczęście drugi przypadek. Mniej więcej w tym samym czasie prezesem sądu wojewódzkiego w tamtym okręgu został ktoś, kto nigdy wcześniej nie był sędzią. Można zapytać: jak to było możliwie? To całkiem proste. Ów pan przez 10 lat był prokuratorem, przez kolejne 10 kierował wydziałem administracyjnym miejscowego komitetu wojewódzkiego partii, któremu to komitetowi podlegało sądownictwo, a po tym okresie nieboszczka partia postanowiła postawić go na wysuniętym posterunku prezesowskim w sądownictwie. Kwalifikacje formalne przecież miał, dzisiaj zresztą też mógłby w ten sam sposób zostać sędzią i prezesem w jeden dzień, a nawet w godzinę. Dla mnie była to jednak ta przysłowiowa kropla. Do dziś pamiętam uczucie ulgi, które towarzyszyło mi w chwili opuszczania jego gabinetu, kiedy już złożyłem na jego ręce wniosek o zwolnienie ze służby. Usiłował mnie nawet przekonywać, że robię błąd, że przede mną kariera. Na szczęście niebawem zaczęła się Solidarność i całkiem nowe, fantastyczne, bo prawdziwe życie.
Po latach poprosiłem prof. Janusza Trzcińskiego o dedykację na mocno już podniszczonym egzemplarzu jego młodzieńczego dziełka.
Przykro mi, bo sam nie jestem bez winy, że o istocie sędziowskiej niezawisłości dyskutujemy dopiero teraz. Trzeba to było zrobić gruntownie na początku transformacji. Wtedy też powinniśmy zdefiniować na nowo, kim właściwie jest sędzia w demokratycznym państwie prawa. Tej dyskusji wówczas zabrakło, bo sądownictwo nie wydawało się wówczas pierwszoplanowe. Piliła gospodarka, ustrój administracji, wydawało się (bezpodstawnie), że jeśli tylko z sędziów starego systemu zostanie zdjęta totalitarna opresja, to oni sami z siebie staną się z dnia na dzień dziewiczymi sędziami nowego systemu. Co najwyżej trzeba ich zlustrować i jeśli nie byli TW, OZI czy kimś w tym rodzaju, to już wystarczy. Okazało się, że wśród sędziów prawie nie było TW i psa pogrzebanego nie ma co szukać w archiwach IPN. Pamiętajmy, że niemal cały skład Sądu Najwyższego został jednak w tamtym czasie wymieniony.
Problem z sędziami jest bowiem w czym innym. Otóż do dziś nie zdefiniowaliśmy, kim ma być sędzia w demokratycznym państwie prawa. Czy ma być nadal urzędnikiem, czyli kimś, kto funkcjonuje w hierarchii zakładającej stopniowe awanse z dołu do góry, czy funkcjonariuszem państwa zależnym tylko od prawa. Jeśli chcemy „awansującego urzędnika”, to ktoś będzie musiał o tych kolejnych awansach decydować, jeśli zaś ma to nie być urzędnik grzecznie wykonujący zadania w ramach systemu hierarchicznego, to trzeba zakwestionować samą hierarchię, czyli istotę modelu urzędniczego. W tej wizji sędzia to korona zawodów prawniczych.
Kasując przed niemal 10 laty pozycję asesora, jako niesędziego, trybunał opowiadał się (zbyt) nieśmiało za drugą koncepcją. Niestety, KRS hołdowała dawnej koncepcji – stąd uparte powracanie do przywrócenia asesora. Co prawda z zachowaniem zgodności z konstytucją, a więc z nominacją prezydencką. Obecnie rządzący ten fundamentalny problem rozmienili na drobne, czyniąc go w istocie przedmiotem gry politycznej w obrębie obozu władzy, co jest wyjątkowo odrażające. Sam byłem w PRL asesorem i dobrze pamiętam, kto mnie wówczas na to stanowisko powoływał: minister sprawiedliwości, który notabene nie był wówczas prokuratorem generalnym. Swoją drogą powołanie sędziowskie było w rękach Rady Państwa, czyli ówczesnej głowy państwa, ale dobrze wiemy, że ani to nie była głowa, ani też decyzje nie były w jej rękach.
Podpisując ustawę o przywróceniu asesorów, prezydent abdykował w tej najważniejszej dla państwa i swojego wizerunku sprawie, ale ani on, ani nikt już nie ucieknie od rozstrzygnięcia, kim jest sędzia, a raczej kim ma być. Aktualny konflikt na tle asesorów to nie tylko doraźna gra polityczna o zakres kompetencji ministra i prezydenta. To niechciany przez nich – jak sądzę – prawdziwy początek głębszej dyskusji, a nawet fundamentalnego sporu o przyszły kształt sądownictwa i pozycję sędziego. Mam nadzieję, że nikt nie będzie się uchylał od zajęcia stanowiska w tej sprawie. Nie tylko powołane do tego instytucje państwowe i politycy, także prawnicze samorządy zawodowe, uniwersytety, think tanki etc. Im wcześniej ta dyskusja się zacznie, tym lepiej dla Rzeczypospolitej, jeśli mamy zamiar poważnie traktować zasadę państwa prawa.
Ta dyskusja nie doprowadzi dziś do zasadniczych rozstrzygnięć, bo na to potrzeba wyobraźni prawdziwych reformatorów, a nie ludzi o horyzontach niewykraczających poza mentalność i konstrukcje aż nadto znane z czasów PRL.
Od czego zacząć
Byłem kilka miesięcy temu zachwycony, kiedy podczas jednej z konferencji prof. Kardas, na moje zresztą pytanie, kim powinien być sędzia, odmalowywał go jako spolegliwego opiekuna, oczywiście w sensie, jaki nadawał temu terminowi swego czasu prof. Kotarbiński, odwołując się do śląskiej tradycji językowej. Spolegliwy opiekun to ten, na którego opiekę w trudnej sytuacji mogę liczyć – ktoś, na kim mogę polegać. Dziś przez nieporozumienie przez słowo spolegliwy rozumiemy kogoś uległego...
Proponuję zatem inne spojrzenie. Nie ma dwóch zdań, że sędzia to ktoś, kto:
● po pierwsze, ma odpowiednią wiedzę,
● po drugie, ma życiowe doświadczenie,
● po trzecie, jest krystalicznie uczciwy i ma silny charakter,
● a po czwarte, jest życiowo ustabilizowany na tyle, by empatycznie rozumieć problemy innych.
Jeśli nawet nie zgodzimy się na warunek czwarty, jako zbyt enigmatyczny, to chyba trudno nie zgodzić się na oczywistość pierwszych trzech. Pamiętając przy tym, że zawsze jesteśmy tylko tyle warci, na ile nas sprawdzą. Może nie trzeba było zapewniać tak gromko o swojej niezłomności, a na pewno lepiej było poczekać na pierwszy jej test. Teraz, Panie Prezydencie, jak jest – każdy widzi...
Wiedzę od biedy da się zdobyć na uniwersytecie albo w szkole dla sędziów, choć prawdę mówiąc, trzeba ją stale uzupełniać – wiedza uniwersytecko-szkolna to dopiero początek niezbędnej wiedzy zawodowej. W żadnej szkole dla sędziów nie da się natomiast zdobyć doświadczenia poza tym, które pozwala lepiej zdawać egzaminy w tej szkole.
Jak sprawdzić w szkole charakter i uczciwość? Sprawdzając, czy ktoś ściąga? Swoją drogą, zmorą dla stron jest czytanie uzasadnień naszpikowanych cytatami z orzeczeń innych sądów. Wiemy dobrze, że nie chodzi o przekonanie stron, tylko innych sędziów: tych, którzy będą oceniać, czy nadaję się już do awansu. Bo już potrafię dobrze ściągać?
Musi być czas na sprawdzenie charakteru, i to sprawdzenie w działaniu i w dłuższym okresie, ale zanim ktoś zacznie orzekać – bo ludzie mają prawo oczekiwać wydawania wyroków przez sędziów sprawdzonych, a nie akurat sprawdzanych. A tak by było w przypadku asesorów.
Sędzia niezawisły to nie jest ktoś zdany wyłącznie na swoją wewnętrzną niezawisłość, o czym zapewnia nas do znudzenia pewna medialna pani sędzia, bo to nie jest coś, co można sprawdzić, ale to ktoś, kto działa w warunkach niezawisłości, a te zależą także, a może przede wszystkim, od warunków zewnętrznych. Musimy takie te warunki zewnętrzne stworzyć, by sędzia (też człowiek) nie miał pokusy zawisłości od kogokolwiek – od polityków przede wszystkim, ale także od innych sędziów. Bo jeśli sędziowie z najbliższego mojego otoczenia mają decydować o moim awansie, to już właściwie na wstępie muszę się pożegnać z niezawisłością, skoro na nich właśnie „wiszę”.
Sędzia nie może awansować i tak to organizują naprawdę praworządne państwa. Przykładem, który musi być dla nas „dościgły” jest sędzia angielski – sprawdzony w innych zawodach prawniczych, w nie mniej niż średnim wieku, pewny swojej niezależności, także materialnej, który na początku kariery sędziowskiej nie będzie myślał, gdzie i jak będzie mieszkać i kiedy odebrać dzieci z przedszkola.
Do dziś nie zdefiniowaliśmy, kim ma być sędzia w demokratycznym państwie prawa. Czy ma być nadal urzędnikiem, czyli kimś, kto funkcjonuje w hierarchii zakładającej stopniowe awanse, czy funkcjonariuszem państwa zależnym tylko od prawa
Sędzia, który godzi się na pracę w ministerstwie? To było dobre w PRL, gdy nie było ważne, gdzie wykonujesz funkcję trybika w resortowej machinie. Dziś deklarujemy przecież trójpodział władzy. Czy to do czegoś nie zobowiązuje? Co robią sędziowie w Ministerstwie Sprawiedliwości? Poszli tam budować własną niezawisłość? Chciałoby się powiedzieć: mieszczanin szlachcicem...
Po co rozbudowano liczbę szczebli w sądownictwie w latach 90.? Ano po to, by było więcej możliwości awansu. Bo przecież nie po to, by usprawnić sądownictwo. Poszliśmy na łatwiznę, przekazując sprawy kolegiów karnych sądom powszechnym. Już wtedy trzeba było pomyśleć o sędziach pokoju, dobrze przynajmniej, że teraz się niektórzy obudzili i próbują upowszechniać te ideę.
Sądy rejonowe są niemiłosiernie zatkane. Czy ktokolwiek uwierzy w zapewnienia, że aby poprawić szybkość postępowania w pierwszej instancji, należy na początek przenieść w stan spoczynku wszystkich sędziów kasacyjnego Sądu Najwyższego?
Napisałem wcześniej, żem sam nie bez winy. Owszem, wyrzucam sobie, że zacząłem głębiej myśleć o ustrojowych problemach sądownictwa dopiero, kiedy zostałem sędzią TK. Wyrzucam to sobie dziś, bo dopiero po odejściu z sądownictwa zacząłem dostrzegać cały jego absurd. Szczególnie pouczające były oczywiście lata 80., kiedy przyszło mi testować wymiar sprawiedliwości po stronie oskarżonego i skazanego. Na początku lat 90. skupiłem się głównie na samorządzie terytorialnym, uważając gminę za podstawę demokracji. Sądownictwo jakoś się kręciło i wydawało się wówczas, że z czasem może być tylko lepiej. Oczywiście nie wierzyłem, że sędziowie sami się oczyszczą, jak mawiano, bo zbyt dobrze znałem to środowisko. Nie w tym zresztą rzecz, by środowisko zostało oczyszczone. To czyszczenie może dotyczyć tylko jakichś czarnych owiec, a zmian wymagała właśnie normalność – ówczesna normalność, która komfortowo przetrwała bez większych zmian, a na pewno bez istotnych zmian do dziś. Dziś ta niepowstrzymana w porę peerelowska normalność co do zasady pcha nas w opary absurdu. To już widać gołym okiem. Nieszczęście chciało, że zabrali się do zmian w sądownictwie ludzie bez doświadczenia, nieszanujący na dodatek istoty trójpodziału władzy, co zresztą otwarcie deklarują. Nie przejmują się konstytucją, w ogóle niczym się nie przejmują, sądząc – chwilowo nie bez racji – że lud to kupi. Jak inaczej wytłumaczyć całą akcję billboardową szkalującą sędziów?
Zastanawia mnie jednak brak wyobraźni rządzących. Czyżby byli przekonani, że jeśli zmienią cały skład Sądu Najwyższego i wszystkich prezesów w sądach powszechnych, to już im nikt i nic nie zagrozi? Nie znam takiego przypadku w historii, by rządzący, rządzący sami (co podkreślam) przypuścili tak bezpardonowy, jawny atak na całe sądownictwo – na strukturę, która musi codziennie funkcjonować w atmosferze zaufania ze strony społeczeństwa. Europa, nawet współczesna, zna nawet długie okresy bez rządów czy parlamentów, ale nie przypominam sobie państwa bez sądownictwa.
Rządzący powinni się obawiać skutków podkopywania fundamentów sądownictwa i uruchomienia jakichś sił, nad którymi sami nie zapanują i których ofiarą wcześniej czy później sami mogą paść.