Czy twórcom należy się więcej pieniędzy za to, że możemy swobodnie kopiować na własny użytek ich utwory? Jeśli tak, to kto ma za to zapłacić? Producenci smartfonów i tabletów, które mają zostać wciągnięte na listę opłat, czy klienci, którzy za urządzenie będą musieli zapłacić więcej? Gra idzie u duże pieniądze, bo nawet 300 mln zł rocznie do podziału dla artystów
ikona lupy />
Michał Kanownik prezes zarządu ZIPSEE Cyfrowa Polska / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
prof. Jan Błeszyński prawnik, wykładowca, założyciel kancelarii Błeszyński i Partnerzy Radcowie Prawni / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
dr Piotr Turek ekspert rynku muzyki cyfrowej / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
dr hab. Rafał Sikorski adwokat, wykładowca akademicki / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
dr Inga Oleksiuk wykładowca, Wyższa Szkoła Finansów i Zarządzania w Warszawie / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Krzysztof Gutowski ekspert Plagiat.pl / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Katarzyna Klich wokalistka / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Marek Hojda wiceprezes ZAiKS / Dziennik Gazeta Prawna
DEBATA: OPŁATA REPROGRAFICZNA
Jeśli ktoś kupi płytę, może jej zawartość skopiować na własny użytek lub podzielić się z bliską osobą. Ta osoba już płyty nie kupi – dlatego opłata pobierana od czystych nośników, jak dyski, płyty DVD, papier do kserokopiarek, ma to w jakimś stopniu zrekompensować. Jej zwolennicy przekonują, że skoro smartfon może kopiować pliki, należy objąć go opłatą. Do czego przede wszystkim służy to urządzenie?
Michał Kanownik: Podstawową funkcją urządzeń typu smartfon jest komunikacja – telefoniczna, mailowa, za pośrednictwem mediów społecznościowych. To funkcja nadrzędna.
Kopiując plik z płyty na dysk komputerowy czy kartę pamięci, opłatę reprograficzną płacimy kilkukrotnie, bo każdy z tych nośników jest nią objęty. Da się uniknąć dublowania opłaty?
Michał Kanownik: Należy pamiętać, że opłata reprograficzna ma rekompensować straty z kopiowania, a nie słuchania muzyki. Osoby, które na smartfonie słuchają muzyki, robią to zazwyczaj za pośrednictwem serwisu streamingu, nie zapychają pamięci urządzenia plikami. Da się uniknąć dublowania opłaty poprzez rzetelną analizę, gdzie tak naprawdę odbywa się strata dla artysty, a to bardzo trudne do zmierzenia. Tablet czy smartfon służą do streamingu, a tu nie tylko nie ma straty dla twórcy, lecz twórca za odsłuchanie otrzymuje wynagrodzenie.
Jan Błeszyński: To dwie różne rzeczy. Opłaty reprograficzne są zryczałtowaną rekompensatą dla twórców, artystów wykonawców oraz wydawców z tytułu kopiowania egzemplarzy utworów w ramach własnego użytku osobistego. Jeśli słucham muzyki w ramach streamingu, to sytuacja taka jest przedmiotem licencjonowania. Opłata licencyjna obejmuje wynagrodzenie dla autorów i artystów. Natomiast jeśli w ramach dozwolonego użytku kopiuję istniejące nagrania, to twórcom i artystom należy się za to rekompensata. W naszym prawie swoboda dozwolonego użytku jest zakreślona bardzo szeroko. W interesie społecznym powinna być jak najszersza i odpowiednio rekompensowana twórcom, artystom i wydawcom.
Piotr Turek: Generalnie smartfon to dla mnie internet. Cały internet jest skonstruowany na kopiowaniu. Próbujemy opisać proces kopiowania ze względu na urządzenie. Kiedyś dojdziemy do wpisania jako czystego nośnika człowieka, po drodze wpisując inne urządzenia z dostępem do internetu, jak pralki i lodówki. To absurd i nie tą drogą powinniśmy iść. Jeśli zachodzi potrzeba wynagrodzenia twórców, to należy się zastanowić, czy istnieją inne sposoby – transparentne i raportowo zero-jedynkowe. Wielka Brytania nie ma dozwolonego użytku i dobrze sobie radzi.
Jak wyliczyć straty z kopiowania?
Rafał Sikorski: Mam wrażenie, że skoro jakieś urządzenie ma funkcję kopiowania, to my od razu widzimy nieograniczoną liczbę kopii i w konsekwencji straty dla uprawnionych. A to nieprawda. Często straty te są nieznaczne lub w ogóle nie występują. Straty są, owszem, ale w przypadku kopiowania z nielegalnych źródeł, one jednak nie mogą być rekompensowane poprzez opłaty reprograficzne. Nie mamy tu bowiem do czynienia z dozwolonym użytkiem prywatnym.
Inga Oleksiuk: Z jednej strony mamy coś, co jest rozwiązaniem systemowym. Płacimy więcej za czyste nośniki, ale w ramach dozwolonego użytku możemy kopiować. Jeśli rozwiązanie jest niedoskonałe, należy zastanowić się, jaka jest alternatywa.
Jan Błeszyński: Kwestionuję twierdzenie, że z tytułu kopiowania w ramach dozwolonego użytku nie ma żadnych strat. Są znaczne. Korzystanie z utworów w ramach własnego użytku osobistego w sferze kopiowania nagrań muzycznych, audiowizualnych oraz kopiowania tekstów naukowych przybiera rozmiary dominujące w stosunku do korzystania na podstawie licencji. Nie ma też mowy o dublowaniu opłat reprograficznych i wynagrodzeń. W cenie egzemplarza utworu uwzględniono koszt inwestycji w jej licencjonowane rozpowszechnianie, wynagrodzenie dla autora i wydawcy. Opłaty reprograficzne to komponent czegoś innego, bo dzięki możliwościom technicznym możemy kopiować w sferze prywatnej w sposób nieograniczony, wszystko to poza twórcą i wydawcą, którzy nie mają nad tym kontroli. Urządzeń kopiujących nie kupuje się, by leżały na półce. Nie przypadkowo importerzy tego sprzętu osiągają gigantyczne korzyści ze sprzedaży.
Krzysztof Gutowski: Zgoda, że strat nie da się policzyć, ale nie można mówić, że ich nie ma. Choć rośnie liczba studentów, spadają nakłady publikacji naukowych przez to, że łatwo kopiować. To ewentualność wliczona w cenę? Podczas pracy nad książką zakłada się jej budżet i cenę na podstawie szacowanej sprzedaży. Jeśli nakład wyniesie 1 tys. egzemplarzy zamiast 10 tys., to cena musiałaby być zdecydowanie wyższa. Ceny mogą więc tylko rosnąć, a publikacja się nie sprzeda, w efekcie czego jeszcze bardziej wzrośnie piractwo i kopiowanie.
Piotr Turek: USA ma copyright dające szereg swobód dla twórców w relacji z OZZ, jak direct licence, a więc w skrócie możliwość wyłączenia danych utworów spod opieki OZZ. Czemu więc Polska woli model Francji zamiast angielskiego lub amerykańskiego? W mojej ocenie chodzi o wolność twórców i ich prawo do ustalania cen na swoje produkty, podobnie jak decydowania o dystrybutorach i pośrednikach. Tylko w świecie muzycznym twórcom-producentom chce się te składowe narzucać. Model francuski roztacza coraz większe wpływy OZZ, które są nie do ominięcia nawet w modelu direct licence, stąd m.in. w krajach takich jak Francja, Węgry czy Norwegia, duże problemy z biznesem mają firmy dostarczające muzykę tła czy tzw. royalty free music, jak Getty Images, Jamendo czy Epidemic Sound. Pomimo dokumentów podpisanych bezpośrednio z kompozytorami, wykonawcami i producentami OZZ nadal straszą klientów tych firm, wystawiając faktury i pozwy. M.in. te kwestie próbuje uregulować dyrektywa unijna mająca wejść w życie w kwietniu 2016. Mowa tam również o transparentności OZZ i przedstawianiu artystom raportów szczegółowych, np. na prośbę mailową. Niedawno poprosiłem wszystkie organizacje w Polsce, do których należę, o wykaz moich wpływów z tzw. czystych nośników – nikt nie przedstawił mi takiego zestawienia, co więcej, jedna z nich odbiła piłeczkę, prosząc mnie o szczegółowe raporty. Wygląda na to, że wspomniana dyrektywa nie wejdzie w Polsce w życie w 2016 r. Tak więc nie tylko problemy poruszane przy okazji czystych nośników i OZZ są istotne – w międzyczasie ważą się losy wolności twórczej wszystkich artystów w Unii Europejskiej – jeśli Polska wybierze model francuski zamiast anglosaskiego, artysta straci wolność, a więc możliwość wyboru pośredników i np. działania biznesowego z pominięciem OZZ.
Ile komu się należy?
Katarzyna Klich: Jeśli od smartfonów i tabletów będziemy pobierać opłatę reprograficzną, należy zapytać, jak te pieniądze będą dzielone. W tym momencie nie da się tego sprawiedliwie zrobić. Niech posłużą do stworzenia funduszu, który wspomagałby np. projekty wydawnicze artystów.
Marek Hojda: Opinie, że twórcy nie dostają pieniędzy z tytułu opłat od czystych nośników, są nieprawdziwe. Nie można zapewnić stuprocentowo precyzyjnej rekompensaty za straty poniesione przez kopiowanie, gdyż nie można zbadać, jakie utwory są kopiowane. Trzeba byłoby chyba w tym celu zatrudnić CBŚ. ZAiKS posiada natomiast dane co do liczby sprzedanych płyt, wie, co jest emitowane w telewizji czy radiu, i na tej podstawie wypłaca honoraria autorskie. A więc ktoś, kto sprzedał dużo płyt, dostanie proporcjonalnie więcej pieniędzy z tytułu kopiowania niż ktoś, kto ich sprzedał mało. Inaczej nie da się tego zrobić. Kazik, gdy się dowiedział, jak działa ten system, odciął się od swoich wcześniejszych wypowiedzi krytykujących opłatę reprograficzną.
Katarzyna Klich: Jeśli nie można sprawdzić, kto i co skopiował, to nie da się sprawiedliwie tych pieniędzy podzielić. Powinny trafić do puli, z której skorzystaliby wszyscy artyści.
Rafał Sikorski: Metodologia repartycji oparta na tym, że skoro Kazik sprzedał dużo płyt, to mu się należy więcej z tytułu kopiowania, jest bardzo wątpliwa. Zobaczmy, że Austriacy na przykład połowę kwoty z opłat reprograficznych przeznaczają na różne fundusze wsparcia dla artystów. To właściwy kierunek rozwiązań, gdy nie można dociec, ile komu dokładnie się należy.
Piotr Turek: Obecnie postuluję transparentność danych w panelach elektronicznych i raportach dla artystów w polskich OZZ. Chyba nie dziwi nikogo, że nawet osoba taka jak ja, która zna serwisy cyfrowe od podszewki i wszelkie modele biznesowe (przez ostatnie lata prowadziłem serwisy w Play i Plus), ma problemy z ustaleniem, co oznacza dany wpływ na moim koncie. Skoro transparentność OZZ w Europie wymuszać trzeba dyrektywą, to jest jasne, że powszechną zasadą europejską jest jej odraczanie. Przypomnę, że owe panele elektroniczne to nowość i przez kilka lat artyści polscy domagali się ich, by mieć łatwy wgląd w raporty. Teraz niektóre OZZ mają je, ale dane tam wprowadzone sięgają góra 2012 roku i są tak opisane, że nie sposób dociec z którego modelu biznesowego i z jakiej ceny końcowej jest dany wpływ. (...) Już na starcie ktoś zadał sobie trud, by coś, co wpływa raportami jasne i transparentne z serwisów z legalną muzyką, zostało zaciemnione. To tylko pokazuje coraz większy rozjazd w interesach OZZ i reprezentowanych przez nich artystów. Działania ZIPSEE dobitnie to punktują i nie dziwi mnie, że stawiają transparentność rozliczeń z artystami jako warunek dalszych rozmów o przyszłości wpływów z tzw. czystych nośników. (...)
Skoro opłatą objęte są dyski komputerowe, nie cały komputer, dlaczego nie powtórzyć tego teraz? Objąć opłatą wycenę komponentu smartfona, jakim jest pamięć wbudowana, nie całe urządzenie?
Michał Kanownik: Obecny katalog opłat reprograficznych to owoc kompromisu ZIPSEE i OZZ opartego na badaniach. Objęcie opłatą pamięci zamiast urządzenia może być jedną z opcji, która powinna się znaleźć na negocjacyjnym stole. Niestety w tym momencie nie odczuwam woli rozmów o kompromisie, który zadowoli wszystkich i zapewni twórcom realne wynagrodzenie.
Marek Hojda: W maju odbyła się konferencja MAiC na temat jednolitego rynku cyfrowego w UE, którą sponsorowali Microsoft, Google i Samsung. Czy nasze państwo jest tak biedne, że potrzebuje sponsoringu dla rządowej konferencji? Politycy, przyjmując pieniądze od takich sponsorów, zaciągają przecież wobec nich jakieś zobowiązania. Być może sprzeciw ministra Halickiego co do wpisania tabletów i smartfonów na listę urządzeń objętych opłatą od czystych nośników jest częścią tego rodzaju zobowiązań. To pokazuje, jaki lobbing stosują producenci urządzeń elektronicznych. W mojej opinii karty są już rozdane i do wyborów sytuacja w tej kwestii nie ulegnie zmianie.
Jan Błeszyński: W 1995 r. w momencie pisania ustawy o prawach autorskich jasne było, że nie można tworzyć zamkniętego katalogu urządzeń na podstawie ich zdolności do tworzenia kopii, bo szybko rozwijała się technologia, a urządzenia uzyskują coraz więcej funkcji. W 2003 r. resort kultury uzurpował sobie prawo do tworzenia zamkniętego katalogu urządzeń przypisanych poszczególnym dziedzinom – drukowi, muzyce, wideo, a jak wiadomo urządzenia mogą cyfrowo zapisać plik muzyczny, wideo czy obraz tekstu. Tych zmian nie dokonały krasnoludki, to była praca określonego lobby. To absurd, gdy opłatą obejmujemy dysk komputera, przecież urządzenie składa się z wielu elementów współpracujących ze sobą. Uważam, że opłatą powinno objąć się wszystkie urządzenia z funkcją kopiowania, jednak ta opłata powinna być niższa w odniesieniu do urządzeń wielofunkcyjnych, a płacić powinni wszyscy producenci i importerzy.
Czy, a jeśli tak, to o ile wzrosną ceny smartfonów i tabletów, jeśli zostaną objęte opłatą reprograficzną?
Michał Kanownik: Marża na elektronice oscyluje wokół 1 proc. Jak wrzucić tu 2 proc. opłaty reprograficznej? Opłata poniesiona przez producenta odbije się na cenach całego łańcucha dystrybucji, na wszystkich jego etapach, a na końcu zapłaci za to konsument.
Marek Hojda: ZAiKS stoi na stanowisku, że po wprowadzeniu opłat reprograficznych elektronika nie podrożeje. Jeśli np. smartfon kosztuje teraz 999 zł i dodamy 7 zł opłaty od czystych nośników (a pragnę przypomnieć, że jest ona naliczana nie od ceny detalicznej, tylko od tej, za którą urządzenia są sprowadzane do Polski), to ten smartfon nie będzie kosztować 1006 zł, tylko wciąż 999 zł. Przykład? Kupiłem ostatnio 50 czystych płyt za 49,99 zł. Opłata reprograficzna zawarta w ich cenie to ok. 60 gr. Jeśli zlikwidowalibyśmy tę opłatę, to czy te płyty kosztowałyby 49,39 zł czy 49,99? Jestem pewien, że ich cena by się nie zmieniała. Tylko kto wziąłby te 60 gr?
Michał Kanownik: Jeśli opłata zostałaby zniesiona, czego sobie nie życzę, bo twórcom należy się godziwe wynagrodzenie, to cena po stronie producentów zostałaby zmniejszona. Czy sklepy by ją obniżyły? Na to producenci nie mają wpływu. Wolny rynek rządzi się swoimi prawami.
Piotr Turek: Serwisy muzyczne borykają się z dużym problemem, bo ceny sięgnęły dna. Oddaje się muzykę za darmo z modelu z reklamami, natomiast popyt na reklamy w legalnych serwisach muzycznych rośnie wolniej, niż zakładano – trwa m.in. batalia edukacyjna odciągająca reklamodawców z serwisów z nielegalnymi treściami, tam ludzi jest nadal więcej, ale skutki wydatków w tych miejscach są zgubne dla nas wszystkich. Jeśli wyciągniemy pieniądze od klientów dzięki opłatom reprograficznym, a ostatecznie zawsze takie koszty przerzucane są na klienta, to czy nie odbije się to na przychodach serwisów oferujących legalne utwory? Po wielu latach pracy u operatorów komórkowych wiem, kto płaci, i nie trafiają do mnie zapewnienia ZAIKS, że to Sony, Samsung i inne firmy z ZIPSEE zapłacą owe 300 mln zł rocznie artystom. To 20 mln użytkowników smartfonów zostanie zmuszone do zrzucenia się na pensje około 10 tys. osób w Polsce. Skoro to, ile w tej puli pieniędzy przypadnie kompozytorowi, ile wykonawcy, a ile producentowi, określają badania statystyczne, a potem podział na członków danej organizacji określa miks badań statystycznych i wolne wnioski z popularności na CD czy w radiu publicznym, to nie dziwne, że sprawa budzi spore kontrowersje. W końcu to, ile w danym utworze udziału kompozytora, wykonawcy i producenta, mogą oni sami dokładnie określać na starcie, zaś ile i czego odtworzeń w telefonie, określają raporty z legalnych serwisów. Radio i CD mają się nijak do tego, bo niemal nikt już nie kopiuje z CD – legalne mp3 trafiają na telefon lub tablet z serwisów muzycznych jak Muzodajnia, bezpośrednio lub pośrednio poprzez komputer. Nawet jeśli część mp3 mamy od rodziny czy przyjaciela, to trzeba zakładać, iż oni również mają je z legalnego źródła. Nielegalne pliki są w kwestii czystych nośników pomijane. Skoro tak, sprawa jest jasna – istnieją zero-jedynkowe i dokładne raporty z legalnych serwisów – pieniądze z czystych nośników powinny być według nich precyzyjnie rozprowadzane do artystów, jeśli faktycznie dzieje się im szkoda z tytułu prywatnego kopiowania w kręgach rodziny i bliskich – chętnie zobaczyłbym przynajmniej analizę SWOT tego aspektu. Skoro mówimy o tak wielkich kwotach (300 mln zł rocznie), to cały obszerny i profesjonalny biznesplan byłby wskazany. Na razie niczego takiego opinia publiczna nie może uświadczyć, więc ze strony 20 mln użytkowników smartfonów i tabletów w Polsce powinien iść krótki przekaz do artystów i ich reprezentantów – pokażcie biznesplan na te 300 mln rocznie, chcemy się dowiedzieć, w jaki sposób nasz wydatek zasili polską kulturę i sztukę.
Polski system nie różnicuje urządzeń trafiających do prywatnych użytkowników i tych, które są wykorzystywane na potrzeby firm czy instytucji. Opłata reprograficzna, co jednoznacznie wynika z orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, może być pobierana wyłącznie od tej pierwszej grupy. Jak tego dokonać?
Michał Kanownik: Już trzy lata temu ZIPSEE zaproponowało Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego pewną modyfikację listy urządzeń objętych opłatami, przynajmniej tych reprograficznych, gdyż tu łatwiej jest zidentyfikować sprzęt używany do celów profesjonalnych. Opierając się na analizie przygotowanej przez Politechnikę Gdańską, pokazującej, od jakiej wydajności druku drukarki nie są wykorzystywane do celów prywatnych. Choć na razie nie doczekaliśmy się odzewu, to jednak w przypadku druku można powiedzieć, że wyodrębnienie profesjonalnego sprzętu nie powinno nastręczać większych trudności. Problemy natomiast będzie wywoływać rozróżnienie urządzeń na rynku audio-wideo. Tu nie ma prostych rozwiązań. Być może jakimś sposobem byłyby pewne zwolnienia podmiotowe, np. przy transakcjach dokonywanych wyłącznie między dwoma przedsiębiorcami czy też z administracją publiczną.
Marek Hojda: Rozróżnienie celów, do jakich będą używane urządzenia lub czyste nośniki, jest nadzwyczaj trudne. W prawodawstwie włoskim zwolniono z opłat sprzęt profesjonalny, ale przyjęto zasadę, że jeśli urządzenie może być wykorzystywane także do celów prywatnych, to już opłacie podlega. Sam fakt, że nabywcą jest firma, nie powinien o niczym przesądzać, zwłaszcza w polskich warunkach, gdzie wiele osób pracuje na samozatrudnieniu. Wiadomo, że kupują sprzęt na firmę, żeby sobie go później odpisać, ale wykorzystują również w celach prywatnych.
Jan Błeszyński: Choć ustawa o prawie autorskim w wielu kwestiach zawiera postanowienia ogólne, jest rzeczywiście enigmatyczna, to jednak jej wykładnia nie nasuwa wątpliwości. Nie widzę podstawy do twierdzenia, że opłatami objęte są urządzenia z założenia profesjonalne. Przecież jeżeli za kryterium obowiązku opłat uznaje się zdolność urządzenia do kopiowania utworów w ramach własnego użytku osobistego, to nie może to obejmować np. urządzeń poligraficznych stosowanych przemysłowo lub wysokospecjalizowanych drukarek lub urządzeń do produkcji egzemplarzy nagrań fono- lub audiowizualnych na skalę przemysłową. Znam orzeczenia sądów, w których uznaje się, że opłatą nie są objęte urządzenia, które ze swej istoty mają charakter profesjonalny. Nie znam przypadków, aby organizacje zbiorowego zarządzania domagałyby się opłat od profesjonalnego sprzętu. Opłaty takie podlegałyby zwrotowi jako świadczenia nienależne.
Michał Kanownik: W praktyce jednak opłata jest w Polsce pobierana także od profesjonalnego sprzętu. Przykładem mogą być kserokopiarki, które raczej nie trafiają do prywatnych domów, a jednak producenci i importerzy odprowadzają opłaty także za ten sprzęt. Dlatego dyskusja nad stworzeniem systemu, który będzie różnicował urządzenia ze względu na ich zastosowanie, jest bez wątpienia w Polsce potrzebna.
Jan Błeszyński: Problem pojawia się wtedy, gdy urządzenia nieprofesjonalne mogą być wykorzystywane do różnych celów zastosowań, nie tylko do użytku prywatnego, ale i pomocniczo w działalności gospodarczej. Uzależnianie obowiązku opłat od tego, czy nabywca jest osobą prywatną czy podmiotem gospodarczym, byłoby nieracjonalne i nie ma oparcia w naszej ustawie. Przyznaję, że nie widzę żadnych możliwości rozróżniania nabywcy. Przykładem są tu podręczne urządzenia wielofunkcyjne typu drukarka-kopiarka, skaner-faks lub smartfon. Z jednej strony ich zdolność do prywatnego kopiowania uzasadnia pobieranie opłat. Z drugiej strony to, że mogą być one wykorzystywane także w działalności gospodarczej, uzasadnia uwzględnienie tego faktu w wysokości opłaty za dany rodzaj urządzeń. Na podobnej zasadzie określa się wysokość opłaty w wypadku urządzeń wielofunkcyjnych zdolnych do wykonywania innych funkcji niż kopiowanie utworów. W celu określenia wysokości opłaty bierze się pod uwagę jedynie zdolność urządzenia wielofunkcyjnego do prywatnego kopiowania. Właśnie dlatego opłata nie jest pobierana w jednakowej wysokości od wszystkich rodzajów urządzeń i podlega zróżnicowaniu w ramach stawki do 3 proc. ceny urządzenia.
Orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wskazuje też na potrzebę sprawdzenia, czy dozwolony użytek osobisty czyni twórcom rzeczywistą szkodę i czy jest ona na tyle duża, by wymagała rekompensaty w postaci opłaty reprograficznej. Czy ktoś w Polsce prowadził badania, które pokazywałyby, jaką szkodę wywołuje korzystanie chociażby ze smartfonów?
Rafał Sikorski: Nie widzę żadnej straty dla artystów w sytuacji, gdy kupuję płytę poprzez iTunes i ściągam ją na dysk swojego komputera osobistego. Chociaż doszło do zwielokrotnienia, to przecież ja za to zapłaciłem, podobnie jak zapłaciłbym za egzemplarz tradycyjny. Jeśli potem taką kopię przerzucam na smartfon lub inne urządzenie mobilne, to trudno uznać, że pojawi się tu jakakolwiek strata wynikająca z kopiowania. Trudno mi się również zgodzić z tezą, że korzystanie ze smartfonów wymaga rekompensaty, gdy następuje np. w formie streamingu. Oczywiście rozmawiamy tu wyłącznie o korzystaniu z utworów pochodzących z legalnego źródła.
Marek Hojda: Ja kupuję pliki w Muzodajni i również za nie płacę. Ale nie za wszystkie. Część mam od przyjaciół, którym też daję do przegrania swoje pliki. To jest dozwolony użytek. I ja mam do tego prawo, i oni mają do tego prawo. Ale z tym prawem wiąże się oczywista strata dla artystów. Gdybym nie dostał plików od przyjaciół, to żeby ich posłuchać, sam musiałbym je kupić. Szkoda jest więc oczywista – skoro dozwolony użytek pozwala na dzielenie się utworami, to ludzie kupują mniej płyt.
Michał Kanownik: Jedną rzeczą jest to, jak wielu ludzi korzysta z dozwolonego użytku osobistego i jak często dzieje się to za pośrednictwem konkretnych urządzeń. Drugą – równie ważną – jest odpowiedź na pytanie, co by się stało, gdybyśmy skasowali dozwolony użytek. Jak wpłynęłoby to na zachowania użytkowników, czy doprowadziłoby do wzrostu ogólnej sprzedaży utworów? Tylko nałożenie tych dwóch pytań da nam pełny obraz i pokaże, czy po stronie artystów rzeczywiście występuje szkoda, a jeśli tak, to jaka jest jej skala.
Piotr Turek: Pewną podstawą do odpowiedzi na pierwsze z tych pytań mogą być dane operatorów komórkowych. Można przyjąć, że około 500 tys. Polaków korzysta z legalnych źródeł z utworami muzycznymi. Skazywanie 20 mln użytkowników smartfonów na ponoszenie dodatkowych opłat z powodu półmilionowej grupy uważam za nieuczciwe. W świecie cyfrowej muzyki wszystko jest zero-jedynkowe. Zarówno organizacje zbiorowego zarządzania, jak i wytwórnie oraz artyści dostają dokładne raporty na temat tego, ile razy dany plik został pobrany. Wszystko, co jest poza tymi raportami, może już budzić wątpliwości. Dlaczego mają być wyciągane pieniądze z rynku, skoro tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście jakakolwiek rekompensata jest uzasadniona?
Marek Hojda: Udowadnianie tego, jaką dokładnie szkodę ponieśli jacy twórcy, oznaczałoby poważne wydatki, a przypomnę, że w cenie 50 nagrywalnych płyt CD zaledwie 60 gr stanowi opłata reprograficzna. Jeśli ktoś tylko na jedną z tych płyt skopiuje płytę Kazika, to ta strata nie wynagrodzi mu przecież zapłaty, jaką uzyskałby ze sprzedaży płyty. Dlatego też chodzi o to, by opłaty były na niskim poziomie, za to miały charakter powszechny.
Michał Kanownik: Nie o to tu jednak chodzi. Orzecznictwo Trybunału w Luksemburgu stanowi, że aby w ogóle można było mówić o tworzeniu systemu poboru opłat reprograficznych, to ta szkoda musi zostać wykazana. Oczywiste jest, że ta opłata nigdy nie będzie równoważyła strat związanych z dozwolonym użytkiem, bo to jest niewykonalne. Przed wprowadzeniem opłaty konieczne jest jednak rzetelne opracowanie badań, które wykazywałyby tę mityczną szkodę. Mityczną, gdyż na razie w żaden obiektywny sposób nie wykazano, że ona w ogóle występuje.
prof. Jan Błeszyński : Nie widzę żadnych możliwości rozróżniania nabywców urządzeń
Michał Kanownik: Przed wprowadzeniem opłaty konieczne jest wykazanie szkody twórców
Marek Hojda: Skoro dozwolony użytek pozwala na dzielenie się utworami, to ludzie kupują mniej płyt
dr Piotr Turek: Tak naprawdę nie wiemy, czy rzeczywiście jakakolwiek rekompensata jest uzasadniona
dr hab. Rafał Sikorski: Nie widzę straty dla artystów, gdy kupuję płytę poprzez iTunes i ściągam ją na dysk swojego komputera
dr Inga Oleksiuk: Jeśli rozwiązanie jest niedoskonałe, należy zastanowić się, jaka jest alternatywa
Katarzyna Klich: Pieniądze powinny trafić do puli, z której skorzystaliby wszyscy artyści
Krzysztof Gutowski: Ceny mogą tylko rosnąć, w efekcie czego jeszcze bardziej wzrośnie piractwo i kopiowanie