Czy regulowanie aktywności przedstawicieli korporacji prawniczych w internecie ma jakikolwiek sens?
ikona lupy />
Andrzej Michałowski adwokat w kancelarii Michałowski Stefański / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
Włodzimierz Chróścik dziekan Rady Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
BaRBara Nintza  notariusz, rzecznik prasowy Krajowej Rady Notarialnej / Dziennik Gazeta Prawna
ikona lupy />
dr Łukasz Supera adwokat / Dziennik Gazeta Prawna
Mowa jest srebrem, a milczenie złotem – mówi przysłowie.
Ostatnie wydarzenia wskazują, że mocno wzięli je sobie do serca włodarze korporacji prawniczych. Dowód? Choćby obowiązujące od 1 lipca przepisy radcowskiej etyki. Zmierzyć z nimi muszą się wszyscy radcowie prawni aktywni na Facebooku czy Twitterze. Jeśli nie oddzielą w wirtualnym świecie swoich zawodowych wypowiedzi od tych prywatnych, czekać ich może bowiem dyscyplinarka.
Kolejny przykład: uchwała Krajowej Rady Notarialnej, mocą której od stycznia 2016 r. unicestwione mają zostać wszelkie prywatne strony kancelarii rejentów. Zgodnie z wolą samorządu zastąpić ma je bowiem rozbudowana wyszukiwarka kancelarii.
I wreszcie projekt uchwały programowej Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, w którym zalecano członkom izby powstrzymywanie się od publicznej dyskusji o przyszłości samorządu. Ten jako jedyny nie obowiązuje – nie wytrzymał ognia krytyki.
Co będzie natomiast z radcowskim kodeksem etyki – nie wiadomo. Dotąd nikt wprost nie mówi o zmianie przepisów. W efekcie tego zachowawcza część niebieskich żabotów zamilknie zapewne na jakiś czas w sieci i poczeka, obserwując, jak trudna do wykonania (czy wręcz niewykonalna) norma etyczna będzie interpretowana przez władze.
Na reakcję ze strony samorządu nie mogą, na razie, liczyć również rejenci. W zeszłą sobotę KRN miała szansę wycofać się z kontrowersyjnych przepisów, ale tego nie zrobiła. Notariusze muszą się więc powoli przyzwyczajać, że wkrótce w internecie od kolegów odróżniać ich będzie jedynie nazwisko i adres urzędowania.
W internetach stale wrze i kipi (proszę nie regulować odbiornika, bo zwrotu „w internetach” użyłem świadomie). Strumienie potrzebnych, wzbogacających informacji toną w oceanie badziewia i chamstwa. Ci, którzy czują się odpowiedzialni za urządzanie świata swoim kolegom zgromadzonym w prawniczych samorządach, nie zdzierżyli i postanowili zareagować. Informacje o notariuszach mają pochodzić wyłącznie z autoryzowanych źródeł samorządowych. Aktywność radców prawnych, która coraz bardziej koncentruje się w sieci, musi oddzielić sferę zawodową od prywatnej. Do tego pojawiły się próby zrealizowania odwiecznego marzenia ludzi o moralności urzędników, przez przypadek tylko zaplątanych w wykonywanie zawodu adwokata – okiełznanie swobody wypowiedzi na temat funkcjonowania samorządu zgodnie z tezą, że wewnątrz, po cichu można dyskutować, na zewnątrz trzeba być jak monolit, bo wróg nie śpi i wykorzysta. A więc wojna. Orężem, który ją rozstrzygnie, ma być regulowanie – zapewne także dlatego, że prawnicy za wcielenie zła uznają wszelkie deregulacje.
Tylko że to walka skazana na klęskę, bo wynika z pychy i niewiedzy. Pychy, bo jest pochodną przeświadczenia, że taka swojska samorządowa władza ma bożą moc korygowania zewnętrznej rzeczywistości. Niewiedzy, bo jest pochodną tkwienia w opóźnieniu mentalnym. Kiedy byłem stosunkowo młodym adwokatem, uznawanym za frakcję młodzieżową w Naczelnej Radzie Adwokackiej (choć przekroczyłem już wówczas wiek, w którym Kennedy został prezydentem USA), z przerażeniem słuchałem dywagacji tuzów adwokatury o tym, jak zabronić adwokatom ekscesów z szyldami kancelarii. Żeby nie były zbyt duże, zbyt finezyjne i żeby były jednolite, a nie takie, które się wyróżniają. Wymyślono wówczas dopuszczalny rozmiar takich szyldów. Zastanawiano się, czy dwóch adwokatów w jednym lokalu może podwoić wielkość, czy też ma raczej mieć dwie tablice o dopuszczalnej wielkości. A dziesięciu adwokatów w jednym lokalu? Odbywały się posiedzenia, głosowania, kilka osób pogniewało się na siebie i nie odzywało aż do kolejnego posiedzenia. Po latach wiadomo, że adwokat Jan Brzechwa miał rację – te swary głupie nie uchroniły adwokatów od wylądowania w zupie. Z obecną próbą zatrzymania informatycznego potopu będzie tak samo.
Polscy urzędnicy samorządów prawniczych nie są jedynymi, którzy próbują zawrócić bieg spraw. Twórcy samorządowych regulacji powołują się na próby europejskie. Ale zalecenia CCBE to przecież nie Pismo Święte. Tam są tacy sami ludzie. Dobierani na podobnych zasadach. Podobno zwykle jako własnych reprezentantów wybieramy głupców takich samych jak my, bo przy mądrzejszych trzeba się starać, a wolimy tych, przy których – jak się wydaje – będziemy mieć święty spokój.
Pewnie, że w wielu miejscach wyrosły głupie szyldy adwokackie i radcowskie. Tak jak w sieci pojawia się mnóstwo głupawych, czasem chamskich i wulgarnych wpisów pochodzących od przedstawicieli wolnych zawodów. I słusznie wzbudzają zażenowanie, a nieraz gniew i oburzenie. Tylko to jest koszt wolności. Nieumiejętne, bezmyślne zwalczanie tych głupot, które przywarły do wolności, jest trutką dla samej wolności, a więc lekarstwem gorszym od choroby. Do tego zupełnie nieskutecznym.
Dla Arystotelesa polityka, rozumiana jako aktywność publiczna, była czymś wielkim. Ale w praktyce okazuje się czymś małym. Wszystko zależy od ludzi. Jeżeli ludzie są mali, taka też jest polityka. Co nie znaczy, że trzeba się z tym pokornie, filozoficznie godzić. Tylko zamiast prostackich prób regulowania rzeczywistości za pomocą niewykonalnych regulaminów trzeba koncentrować się na wpływaniu na jakość ludzi, co w rezultacie podniesie jakość ich nie tylko publicznych zachowań. Zapewni im przewagę nad innymi. Warto więc wiedzieć, dlaczego prawnicy wkroczyli do sieci, dlaczego szukają tam przede wszystkim rozgłosu, przebicia się, a nie krzewią wartości rzetelnego, uczciwego, sprawiedliwego sporu. Warto uświadamiać, że gra na medialny rozgłos jest niebezpieczna. Że jeśli ktoś nie potrafi wystarczająco precyzyjnie i odpowiedzialnie posługiwać się słowem, może zrobić krzywdę sobie i innym. Że nie ma absolutnej wolności słowa i nigdy nie było, bo od czasów rzymskich wiadomo, że gdy korzysta się ze swego prawa, nikomu nie może stać się krzywda. Że tylko wolność myśli jest nieograniczona. Że ekshibicjonizm publicznych wypowiedzi prawników niesie zagrożenia dla tajemnicy zawodowej, a publiczne informowanie w sieci, kto jest klientem i komu właśnie wypowiedziało się pełnomocnictwo, narusza prawa tych klientów, wysadza w powietrze ich bezpieczeństwo, podrywa zaufanie do innych prawników, a więc psuje interesy kolegom. Że często w publicznych wypowiedziach prawnicy, pod pozorem niezależnej eksperckości, przemycają własne poglądy we własnych sprawach, w interesie własnych klientów, którzy im za to zapłacili. I że ludzie to widzą, bo zbiorowości bywają okrutne, ale nigdy głupie. Takiej dyskusji nie ma. Dyscyplinarnych reakcji też. Zapewne dlatego, że na tym poziomie trudniej się dyskutuje niż o rozmiarze szyldu w internetach. Zapewne także dlatego, że prawnicy przestali się liczyć w społeczeństwie, więc mało kogo obchodzą ich problemy, potrzeby i potencjał.
Środowiska prawnicze przeżywają trudny czas. Jak zawsze. Spinoza uczył, że od czasu do czasu potrzeba, aby zdarzało się coś takiego, co by sprowadzało organizację do zasady, której zawdzięcza swoje powstanie i trwanie. Są chwile, w których małość i miałkość muszą zostać zastąpione przez instynkt samozachowawczy. Rozwój prawniczej aktywności w sieci, łatwość wyrażenia poglądów, prostota przekazu, zasięg tego przekazu, stanowią niepowtarzalną szansę na redefiniowanie istoty samorządów zawodowych prawników. Samorządy mogą na nowo zacząć być potrzebne. Tylko trzeba tej szansie sprostać.
To prawda, że w wielu miejscach wyrosły głupie szyldy adwokackie i radcowskie. Tak jak w sieci pojawia się mnóstwo głupawych, czasem chamskich wpisów pochodzących od przedstawicieli wolnych zawodów. I słusznie wzbudzają zażenowanie i oburzenie. Tylko to jest koszt wolności. Nieumiejętne zwalczanie tych głupot jest trutką dla samej wolności, a więc lekarstwem gorszym od choroby. Do tego zupełnie nieskutecznym
Media elektroniczne, portale społecznościowe, strony WWW, blogi... To wszystko czeka w sieci na profesjonalnego prawnika. Nic dziwnego, że od wielu lat trwa ożywiona dyskusja, jak radcowie prawni, adwokaci czy notariusze mają się poruszać w tym świecie.
Na polskim gruncie jest ona o tyle skomplikowana, że aktywność prawników w internecie to w dalszym ciągu dla wielu nowość, ale również i wielki problem. Z drugiej jednak strony, jak pokazują badania, które miałem okazję czytać w serwisie Prawnik.pl – wykonane przez amerykańską Agencję PR Jaffe – prawnicy „nie odkryli jeszcze potencjału social media”. Choć ponad 80 proc. dużych kancelarii ma profile na LinkedIn, to w Facebooku tylko 46 proc. Ostatnio natomiast zauważam w Polsce dość istotny wzrost aktywności mniejszych kancelarii, również jednoosobowych, w mediach społecznościowych. Strony internetowe kancelarii stają się narzędziem o charakterze powszechnym.
Dlaczego tak się dzieje? I tu znów będą pomocne badania: według analiz Eurostatu 28 proc. polskich firm zatrudniających ponad 10 pracowników używa mediów społecznościowych do komunikacji marketingowej. Jak doskonale widać, tego rodzaju działania mogą nieść za sobą możliwość kontaktu pomiędzy prawnikiem a potencjalnym klientem. Nie piszę tu już o osobach fizycznych, gdyż wśród Polaków używanie takich kanałów informacyjnych jest powszechne. To także nasi potencjalni klienci, którzy w naturalny sposób poszukują profesjonalnego pełnomocnika, korzystając z tych mediów.
Obserwuję wzmożoną debatę prowadzoną przez prawnicze samorządy zawodów zaufania publicznego na temat naszego zaangażowania w sieci. To delikatna kwestia. Z jednej strony trudno oczekiwać od władz samorządów prawniczych, że będą starały się znacząco utrudniać aktywność prawników w internecie. Z drugiej zaś warto zadać sobie pytanie o granice tej aktywności.
Kodeksy etyki profesjonalnych zawodów prawniczych, w tym radcowski, zawierają niekiedy regulacje, które wydawać by się mogły sprzeczne z rozwojem nowoczesnych technologii.
Osobiście uważam, że nie można kategorycznie zabraniać naszym członkom takiej aktywności. W ten sposób oddalibyśmy kolejne pole rozmaitym „doradcom prawnym”, których nie obowiązują żadne normy etyczne. Tym samym przekreślilibyśmy szanse wielu radców prawnych czy adwokatów na rozwój zawodowy i możliwość budowania przewagi konkurencyjnej na rynku usług prawnych. Takie działanie stałoby w sprzeczności z interesami tysięcy radców prawnych. Nie oznacza to oczywiście przyzwolenia na wolnoamerykankę w mediach społecznościowych.
Podam tu przykład właśnie ze Stanów Zjednoczonych, gdzie adwokat prowadzący swojej klientce sprawę rozwodową, chcąc zdobyć jak najwięcej informacji o jej mężu po to, by udowodnić niezgodność charakterów, zaprosił go do grona swoich znajomych na Facebooku. Śledził jego wypowiedzi, ba – niekiedy je inspirował. Czy jest to postępowanie zgodne z zasadami etyki zawodowej? Czy stoi ono w zgodzie ze standardami wykonywania profesjonalnych zawodów prawniczych w Polsce? Czy chcemy takich praktyk na naszym rynku? Tu chyba nie może być wątpliwości, że jest to zachowanie wysoce nieetyczne. Jednak takie sytuacje mogą się zdarzać i powinniśmy być na nie niezwykle wyczuleni.
Trzeba zdać sobie sprawę z prostego faktu: nie uda nam się zablokować sieci dla profesjonalnych prawników. Nie jesteśmy Koreą Północną. Można tu zresztą zadać pytanie: po co to robić? Należy się oswajać z tą problematyką, badać jej praktyczne aspekty i tworzyć takie normy etyczne, które z jednej strony dawałyby szanse naszym członkom na prowadzenie nowoczesnej praktyki, z drugiej zaś eliminowały treści i zachowania nielicujące z powagą oraz tradycją naszych zawodów.
Wiem, że jest to zadanie trudne, ale wykonalne. Należy analizować aktualne trendy w social media i dostosowywać do nich wewnętrzne przepisy. Zmieniać te, które się zdezaktualizowały. Nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której dajemy przyzwolenie na fikcję i utrzymywanie martwego, nieracjonalnego prawa.
Sądzę przy tym, że media społecznoościowe będą coraz popularniejsze wśród polskich prawników. Powołam się tu również na amerykański przykład – w tym kraju liczba prawników używających Facebooka do celów zawodowych wzrosła z 15 do 80 proc. w roku 2012. A proces ten nastąpił w ciągu jedynie trzech lat. Jeżeli zatem ktoś wyraża nadzieję, że naszych prawników ominą te trendy, to jest w ogromnym błędzie.
Na koniec warto zdać sobie sprawę z tego, o czym tak naprawdę dyskutujemy. Jak istotny jest internet dla budowy rynku, na którym funkcjonują prawnicy? Według aktualnych analiz miesięcznie tylko w jednej wyszukiwarce Google i w skali tylko jednego miesiąca internauci wykonują ponad 600 tys. wyszukań odnoszących się do profesjonalnych zawodów prawniczych. Użytkownicy wpisują same pojęcia lub kombinacje słów z: „radca prawny”, „adwokat”, „notariusz” lub „komornik”. Dodajmy do tego media społecznościowe etc. Bez wątpienia uzbiera się ponad milion.
Czy można zrezygnować z tego potencjału i nakazać radcom prawnym, adwokatom, notariuszom czy komornikom wycofanie się z sieci? Przecież byłby to absurd, którego zastosowanie oznaczałoby dla wielu spośród nas alienację, a wręcz śmierć zawodową. Samorządy muszą jednak dołożyć wszelkich starań, aby ta aktywność nie urągała pryncypiom, na których budowane jest zaufanie do profesjonalnych prawników i zasady naszej etyki zawodowej.
Nie uda nam się zablokować sieci dla profesjonalnych prawników. Nie jesteśmy Koreą Północną. Nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której dajemy przyzwolenie na fikcję i utrzymywanie martwego, nieracjonalnego prawa
Krajowa Rada Notarialna ubiegłej kadencji podjęła 30 stycznia 2015 r. uchwałę w sprawie stron internetowych notariuszy. Przed uchwaleniem jej treści była ona szeroko konsultowania ze środowiskiem notariuszy i uwzględniała postulaty środowiska w zakresie ograniczenia reklamy i pozycjonowania stron internetowych oraz przyjęcia jednolitego systemu informowania o notariuszach i ich kancelariach.
Wypracowany został model systemu, który będzie obejmował jednolite informacje dotyczące notariusza i jego kancelarii notarialnej oraz zakres świadczonych przez niego usług. Uchwała KRN została przekazana ministrowi sprawiedliwości, który w ramach sprawowanego nadzoru nad notariatem nie zaskarżył jej postanowień.
Do Krajowej Rady Notarialnej obecnej kadencji dotarły uwagi środowiska, które są przedmiotem analizy, a w przypadku gdy okażą się zasadne, KRN z pewnością weźmie je pod uwagę przy wdrażaniu systemu. Realizacja postanowień uchwały w zakresie stron internetowych notariuszy będzie możliwa po stworzeniu systemu informatycznego, co planowane jest jesienią tego roku.
Odnosząc się do problematyki udzielania przez notariusza informacji środkom przekazu, KRN chciałaby podkreślić, że kodeks etyki zawodowej notariusza był dwukrotnie przedmiotem badania przez Sąd Najwyższy. Sąd nie dopatrzył się niezgodności z prawem par. 27 KEZN mówiącego o tym, że do działań nieuczciwej konkurencji zalicza się uprawianie reklamy osobistej w jakiejkolwiek postaci, jak i par. 28 KEZN, który przewiduje, że informacji o notariuszach mogą udzielać środkom przekazu tylko organy samorządu, a notariusz winien wcześniej informować radę izby notarialnej o swym udziale bądź współpracy z jakimkolwiek środkiem przekazu publicznego.
Notariusz jako zawód zaufania publicznego podlega daleko idącym ograniczeniom. Wszelkie publiczne wystąpienia notariusza mogą być odbierane jako reklama.
Ze względu na szczególny rodzaj spraw powierzonych osobom wykonującym zawód zaufania publicznego wyrazić należy pogląd, że niczym nieskrępowana reklama świadczonych usług mogłaby spowodować zmniejszenie zaufania publicznego oraz poważania względem osób wykonujących zawód w oczach potencjalnych klientów.
Wolność słowa, w tym otwarta i rzeczowa dyskusja publiczna, jest podstawą sprawnie i transparentnie działającego samorządu zawodowego”. Przytoczoną uchwałę przyjęło 14 czerwca 2015 r. przez aklamację Zgromadzenie Izby Adwokackiej w Warszawie. Choć sprawa zdaje się być oczywista dla każdego, kto czytał ustawę zasadniczą, to jednak niewiele brakowało, aby pod głosowanie poddano, w ramach ucieczki od wolności, projekt następującej treści: „Zgromadzenie Izby stoi na stanowisku, iż łamy prasy nie są odpowiednim miejscem do dyskusji o przyszłości środowiska”.
Na szczęście w wyniku ucierania stanowisk kontrowersyjna propozycja rozesłana wcześniej do członków izby ostatecznie przepadła. Warto jednak na wszelki wypadek przypomnieć podstawowe argumenty przemawiające za tezą jedynie teoretycznie niebudzącą wątpliwości, tj. iż nie należy odbierać adwokatom prawa do zabierania publicznie głosu w sprawach istotnych dla samorządu.
Zadaniem adwokata jest strzec praw i wolności obywatelskich, które stanowią przejaw przyrodzonej godności każdego człowieka (art. 30 konstytucji). Jeżeli adwokaci mają bronić praw podstawowych, to powinni w życiu samorządowym unikać ich naruszania. Adwokatura musi pozostać zgodnie ze znanym powiedzeniem wolnym zawodem wolnych ludzi, którzy mają odwagę bronić wolności innych. Trybunał Konstytucyjny zresztą wyraźnie wskazał, że arbitralne ograniczanie praw podstawowych w regulacjach wewnętrznych samorządów zawodowych jest sprzeczne z ustawą zasadniczą (wyrok w sprawie SK 16/07 dotyczącej zasad etyki lekarskiej).
Dodatkowo adwokatura jest instytucją publiczną, a nie prywatną własnością osób wchodzących w jej skład. Przyszłość samorządu nie stanowi osobistej sprawy jego członków, lecz jest spleciona z losami wymiaru sprawiedliwości i ostatecznie całości społeczeństwa. Rzeczpospolita jest dobrym wspólnym wszystkich obywateli, a adwokatura jest z pewnością tej Rzeczypospolitej częścią. Z tego punktu widzenia tezy, jakoby o sprawach ważnych dla samorządu powinno się rozmawiać najwyżej w ramach dyskusji wewnątrzśrodowiskowej są całkowicie chybione. Równie dobrze można by twierdzić, że o sprawach istotnych np. dla m.st. Warszawy nie wypada dyskutować na łamach prasy. Nawet sprawy, które teoretycznie mają charakter czysto wewnętrzny, wbrew pozorom dotyczą znacznie szerszej grupy obywateli. Przykładowo wysokość składki adwokackiej jest istotna nie tylko dla osób wykonujących zawód, lecz również dla tych, które dopiero myślą o jego podjęciu w przyszłości. Uchwalane przez samorządy zawodowe kodeksy etyczne dotyczą kwestii wprost interesujących wszystkich, którzy szukają lub będą szukać pomocy prawnej. Zakaz pobierania wynagrodzenia jedynie od sukcesu (tzw. success fee) zawarty w kodeksie etyki adwokackiej ma bezpośrednie przełożenie na relację obywatel – adwokat. Stawki za obronę z urzędu, aplikacja adwokacka, sądownictwo dyscyplinarne. Przykłady można mnożyć. Wszystkie sprawy istotne dla samorządu zawodowego mają w jakiejś mierze charakter ogólnopolski.
Nietrudno też dostrzec, że dzisiejsza adwokatura nie jest już niewielką kameralną organizacją, lecz uzyskuje charakter masowy. W przypadku połączenia z samorządem radców prawnych dojdzie do powstania stowarzyszenia liczącego kilkadziesiąt tysięcy osób. Nawoływania do dyskusji wewnątrzśrodowiskowej zamiast publicznej również z praktycznego punktu widzenia budzą wątpliwości. W sytuacji gdy na rynku prasy istnieją tytuły o nakładzie wynoszącym kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, przeznaczone często głównie dla prawników, nie ma żadnych powodów, dla których adwokaci mieliby nie korzystać z możliwości prowadzenia rzeczowej dyskusji na ich łamach. Nie mówiąc już o tym, że obecnie każda dyskusja w sposób nieuchronny rozlewa się w mediach społecznościowych. Nie da się zawrócić kijem Wisły, a jeżeli w niektórych państwach myśli się o zmianie biegu naprawdę długiej rzeki, to konsekwencje podobnego procesu dla ekosystemu mogą być katastrofalne.
Nawet jeżeli w prasie miałyby pojawiać się całkowicie chybione pomysły dotyczące adwokatury, to właśnie upublicznienie pozwala na poddanie ich weryfikacji. Natomiast gdy adwokaci nie będą publicznie rozmawiać o sprawach ważnych, to z pewnością ktoś to zrobi za nich. Zjawisko to zresztą miało miejsce. W rezultacie samorządowi przyklejono gombrowiczowską gębę zamkniętej, wyalienowanej, kierującej się jedynie partykularnym interesem jej członków korporacji. Proces ten musi wreszcie odwrócić adwokatura nowej generacji, prowadząc otwartą dyskusję.
Z bardzo prostego powodu – nie ma innego wyjścia.