Minister sprawiedliwości od końca listopada może kwestionować prawomocne wyroki w sprawach karnych. Pomysłodawcą zmiany w kodeksie postępowania karnego byli posłowie PiS, ale poparła je także większość sejmowa i resort sprawiedliwości (Dz.U. z 2014 r. poz. 1556). Podobnie jak prokurator generalny i rzecznik praw obywatelskich, minister ma prawo wnosić kasację nadzwyczajną od każdego orzeczenia sądu kończącego postępowanie. Nowa kompetencja szefa resortu od początku budziła wątpliwości. Nie brakowało głosów, że poszerzenie uprawnień procesowych ministra to wyraz braku zaufania do trzeciej władzy i dowód na dążenie polityków do uzyskania wpływu na wymiar sprawiedliwości. Teraz dochodzi kolejna kontrowersja: w procesie oceny zasadności wniesienia kasacji uczestniczą sędziowie delegowani do resortu.

Potwierdza to Patrycja Loose, rzecznik prasowy w MS. Zaznacza jednocześnie, że sędziowie, którzy dokonują wstępnej oceny zasadności podań o wniesienie kasacji, nie wykonują w sądach jakichkolwiek czynności orzeczniczych – pracują wyłącznie w wydziale karnym w MS.

Na razie minister nie wniósł żadnej kasacji. Jednak, jak informuje Patrycja Loose, do 9 lutego 2015 r. do resortu wpłynęło 125 podań o wniesienie kasacji od prawomocnych orzeczeń w sprawach karnych, w tym 14 od profesjonalnych pełnomocników (adwokatów).

Sędziowie od kasacji

Przeciwnikami nowego uprawnienia ministra już na etapie prac legislacyjnych byli obrońcy praw człowieka. Ostrzegali przed możliwością instrumentalnego wykorzystywania tego narzędzia przez polityka. Uważali, że w ten sposób zyska on narzędzie nacisku na władzę sądowniczą. Teraz nie zmienili zdania.

– Niestety, przy takiej liczbie wniosków o kasację, przy jednoczesnym nierozbudowanym aparacie administracyjnym, istnieje szczególne ryzyko, że minister będzie wykorzystywał tę kompetencję głównie do spraw o dużym ładunku politycznym – wskazuje dr Adam Bodnar, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Informacja o wykorzystywaniu sędziów delegowanych do oceny zasadności ewentualnych kasacji ministra to dla niego także inny ważny sygnał, a mianowicie, że postulat ograniczenia delegacji sędziowskich do ministerstwa przestanie być realny.

– Trudno sobie wyobrazić, aby ministerstwo, przy ograniczonych środkach budżetowych, zatrudniało nowych urzędników do działu kasacyjnego. Znacznie łatwiej „posłużyć” się sędziami delegowanymi i w ten sposób rozwiązywać bieżące problemy organizacyjne – dodaje Bodnar.

Jak mówi, twórcy reformy chyba nie zdawali sobie sprawy z kosztów organizacyjnych, jakie wygeneruje przyznanie MS nowej kompetencji.

Obrońcy sceptyczni

Sposobem realizacji nowego uprawnienia ministra nie są też zachwyceni adwokaci.

– To tak naprawdę szerszy problem. Chodzi o przenikanie się wpływów władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. Zagadnienie rozpatrywania wewnątrz resortu wniosków o kasacje nadzwyczajne w sprawach karnych to kolejna odsłona tego problemu. W gruncie rzeczy wciąż chodzi o zasadnicze pytanie: czy sędziowie powinni na taką skalę współpracować z administracją. Przecież wcześniej czy później wrócą do orzekania – komentuje Mikołaj Pietrzak, przewodniczący Komisji Praw Człowieka w Naczelnej Radzie Adwokackiej.

Podobnego zdania jest Zbigniew Krüger, adwokat z kancelarii Krüger & Partnerzy.

– Szkoda doświadczonych sędziów do pracy w MS. Nie taka powinna być ich rola. Powinni raczej doradzać MS w kwestiach legislacyjnych, w których głos sędziego praktyka jest bardzo ważny i niedoceniany, oraz w sprawach organizacji sądownictwa, w tym budżetu. Na pisanie opinii w sprawie kasacji szkoda ich wiedzy, doświadczenia i prestiżu zawodowego. W konsekwencji powinno być ich w MS znacznie mniej – puentuje mecenas.

Brak procedur

Z adwokatami częściowo zgadza się Waldemar Żurek, rzecznik prasowy Krajowej Rady Sądownictwa.

– Sędziowie w resorcie są potrzebni. Jednak to, co się dzieje obecnie, pokazuje, że instrument ten jest po prostu źle wykorzystywany – komentuje.

Żurek krytykuje m.in. długotrwałość delegacji (niektórzy sędziowie pracują w MS nawet kilkanaście lat).

– Taki sędzia jest oderwany od sądowej rzeczywistości. Po kilku latach pracy w resorcie nie może już służyć resortowemu urzędnikowi swoim doświadczeniem – zaznacza.

Tak więc jego zdaniem sędziowie powinni być delegowani na krótkie, maksymalnie roczne okresy i to do wykonywania konkretnych zadań.

Rzecznik rady nie jest jednak zbulwersowany tym, że jego koledzy po fachu uczestniczą w procesie oceny zasadności wniesienia kasacji przez ministra. Zwraca uwagę na to, że z podobnym konfliktem możemy mieć do czynienia, zawsze gdy sędzia awansuje do sądu wyższej instancji. Może się przecież zdarzyć, że do jego referatu trafi sprawa, w której orzekał w niższej instancji. Tutaj jednak sytuacja jest jasna – przepisy bowiem mówią wprost, że w takiej sprawie sędzia musi się wyłączyć od orzekania. I bardzo łatwo jest sprawdzić, czy to zrobił, czy nie.

– Natomiast w przypadku sędziego, który w trakcie delegacji do resortu oceniał zasadność wniesienia kasacji przez ministra, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Bo choć oczywiste jest, że powinien wyłączyć się od orzekania, to jednak nie ma żadnej procedury, która pozwoliłaby wyłapać przypadki, gdyby jednak tego nie zrobił – zauważa rzecznik rady.

Tymczasem zdaniem Żurka wobec sędziego, który by się nie wyłączył, można by rozważać naruszenie zasad etyki czy nawet wszczęcie postępowania dyscyplinarnego.