– Obowiązujący ministerialny nadzór jest krytykowany z kilku powodów, spośród których najważniejszy jest ten, że rodzi on ryzyko transponowania polityki do działalności sądów. Przy ustalaniu priorytetów nadzoru minister często kieruje się względami bieżącej polityki, a nie długofalowym dobrem wymiaru sprawiedliwości. Przy tym częstotliwość zmian na stanowisku ministra sprawiedliwości skutkuje brakiem konsekwencji w czynnościach nadzorczych – wyliczał sędzia Antoni Górski, przewodniczący KRS.

Dlatego też jego zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie nadzoru nad sądami radzie, która jest ciałem kolegialnym i której zadaniem – zapisanym w konstytucji – jest stanie na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądownictwa.

Zupełnie inną ocenę zaprezentował Wojciech Hajduk, wiceminister sprawiedliwości. Jego zdaniem w związku z wejściem w życie w marcu 2012 r. dużej nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, która wprowadziła nadzór zewnętrzny, dyskusja na temat zachwiania konstytucyjnej zasady trójpodziału władz poprzez sprawowanie przez ministra nadzoru nad sądami straciła na aktualności.

– Kompetencje ministra zostały wówczas mocno okrojone. Obecnie polegają one przede wszystkim na kontrolowaniu tego, w jaki sposób nadzór nad sądami sprawują ich prezesi – zaznaczał wiceminister.

Zdecydowanie przeciwko nadzorowi ministerialnemu wypowiedział się dr Ryszard Piotrowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Warszawskiego. Wskazywał, że konstytucja o ministrze sprawiedliwości mówi bardzo niewiele i nie daje mu najmniejszych nawet podstaw do sprawowania nadzoru nad sądami.

– Jej art. 177 stanowi, że minister sprawiedliwości wchodzi w skład KRS, a skoro tak, to ma stać na straży niezawisłości sędziów i niezależności sądów. I to jest jego konstytucyjne zadanie. Tymczasem minister tego nie czyni, za co powinien ponieść odpowiedzialność konstytucyjną – stwierdził dr Piotrowski.

Jego zdaniem należy więc przemodelować obecny nadzór, na co jednak nie ma widoków, gdyż politycy władzy nad sądami nie chcą oddać. Ironizował, że dla ministra najlepszym rozwiązaniem byłoby zachipowanie sędziów i podłączenie ich do centralnego komputera. To pozwoliłoby zrealizować marzenie polityków: po przyciśnięciu w resorcie jednego guziczka sędziowie wydawaliby wyroki, jakich od nich oczekują przedstawiciele innych władz.