Mechanizm przypomina głośną sprawę Pobieraczka, tyle że tym razem chodzi nie o konsumentów, lecz przedsiębiorców. Dostają oni e-maile zachęcające do wpisania się do internetowych katalogów, które mają promować ich firmy. Nigdzie nie ma żadnych informacji o opłacie. Gdy kliknie się na link, otwiera się strona z formularzem, który można wypełnić. Na niej również żadnej wzmianki o kosztach. Przedsiębiorca decydujący się na wpis zaznacza, że akceptuje regulamin, którego na swoje nieszczęście nie studiuje zbyt skrupulatnie.

– Dopiero, gdy dostaje fakturę i zaczyna dokładanie sprawdzać regulamin, okazuje się, że informacja o opłacie jest ukryta między jego licznymi postanowieniami – opisuje Michał Janowski, radca prawny z sopockiej Kancelarii Radców Prawnych Kwantum, reprezentujący grupę ponad 30 przedsiębiorców, którzy odmawiają zapłaty.

Zgodnie z regulaminem pierwszy okres korzystania z serwisu jest darmowy, ale jeśli użytkownik nie chce płacić, to musi wypowiedzieć umowę. W przeciwnym razie automatycznie przechodzi na usługę płatną.

Nie daj się nabrać na ten spam

Nie daj się nabrać na ten spam

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Katalogi prowadzi zarejestrowana w Londynie spółka CH INTERNET BUSINESS SOLUTIONS LIMITED. Jej właścicielem jest Polak.

– W sumie założył już co najmniej kilkanaście takich serwisów. Sam zresztą przestaje się w tym łapać i często wystawia faktury za inny katalog niż ten, z którym klient rzeczywiście miał do czynienia. Chociaż katalogów jest wiele, zasada działania jest ta sama – mówi Michał Janowski.

Chodzi m.in. o: www.e-promujemy.pl, www.firmy6.pl, www.baza-ofert.net, www.dobry6.pl, www.hurtownie2013.pl, www.rynek2013.pl.

W regulaminach niektórych ukryta jest dodatkowa pułapka. Akceptując je przedsiębiorcy zobowiązują się klikać na pewną liczbę banerów reklamowych. Jeśli tego nie zrobią, płacą dodatkowo karę umowną. „Dziś przyszła faktura na 500 GBP plus 500 GBP kary, razem 1000 GBP. Dzwoniłem na podany numer i rozmawiałem z Krzysztofem, który w kółko powtarzał, że on nic nie może zrobić i jak nie zapłacimy, to skierują sprawę do windykacji. Mój szef obawia się, że wpiszą go do Krajowego Rejestru Długów i będzie miał problemy” – pisze na forum pracownik jednej z firm.

– W serwisach zakładanych na początku właściciel żądał opłaty w wysokości 500 funtów. W tych zakładanych później zszedł z ceną do 50 funtów. Prawdopodobnie zorientował się, że w ten sposób wzrośnie jego szansa na uzyskanie dobrowolnej zapłaty. Przedsiębiorca woli zapłacić 250 zł niż iść do prawnika, na którego pomoc musiałby wydać więcej – przypuszcza Michał Janowski.

Firmy nie chcą płacić

Początkowo przeciwko tym, którzy nie chcieli płacić, londyńska firma kierowała pozwy do tradycyjnych sądów. W ostatnich tygodniach zaczęła wysyłać je do e-sądu. W nim dużo łatwiej uzyskać nakaz zapłaty. Jeśli zaś przedsiębiorca zignoruje pismo z sądu i nie złoży na czas sprzeciwu, to nie może już nic zrobić.

Część przedsiębiorców decyduje się jednak walczyć. A to oznacza, że sprawę będą rozpoznawać sądy podczas normalnych rozpraw.

– Pewne możliwości stwarza art. 384 par. 4 kodeksu cywilnego. Mówi on o tym, że jeżeli jedna ze stron posługuje się wzorem umowy w formie elektronicznej, to musi go udostępnić w taki sposób drugiej stronie, by ta mogła go przechowywać i odtwarzać. Przy czym część komentatorów uważa, że udostępnienie w postaci strony internetowej nie spełnia tego warunku. Regulamin powinien być udostępniony w pliku, w którym łatwo można go ściągnąć i przechować, np. w formacie PDF, albo też przesłany jako załącznik e-mailem – zauważa Katarzyna Kucharczyk, radca prawny z kancelarii CMS Cameron McKenna.

Łukasz Młodecki, radca prawny z kancelarii Ostrowski i Wspólnicy, także wiąże pewne nadzieje z tym przepisem.

– Nie spotkałem się jeszcze z orzecznictwem na ten temat, ale w doktrynie pojawia się pogląd, że strona internetowa oferenta nie spełnia warunku dostarczenia wzorca w sposób umożliwiający jego przechowywanie i odtwarzanie przez kontrahenta. Chociażby dlatego, że treści na stronie, jak i sama strona, mogą się zmieniać – tłumaczy.

Michał Janowski w sprzeciwach kierowanych do e-sądu odwołuje się m.in. do mało znanej ustawy o świadczeniu usług na terytorium Rzeczypospolitej (Dz.U. z 2010 r. nr 47, poz. 278 z późn. zm.).

– W art. 10 ust. 1 pkt 6 i 7 nakłada ona na usługodawcę obowiązek jednoznacznego podania głównych cech usługi i ceny. Moim zdaniem w pełni znajduje to zastosowanie do przypadków celowego ukrywania informacji o odpłatności – ocenia radca prawny.

Także inni prawnicy są przekonani, że informacje te powinny być oczywiste.

– Uważam, że tak istotne postanowienie jak odpłatność umowy i wysokość wynagrodzenia musi znaleźć się w treści głównej umowy, a nie w załącznikach do niej – mówi Łukasz Młodecki.

– Pewnej analogii można szukać w wyroku Sądu Najwyższego (sygn. akt III SK 7/06), w którym uznano, że obligatoryjne postanowienia umowy o kredyt konsumencki powinny być w umowie uzgodnione wyraźnie, wyczerpująco i bezpośrednio, a nie przez odesłanie do informacji zawartych we wzorcach umownych. Co prawda wyrok ten dotyczył konsumenta, ale sama zasada powinna być podobna – dodaje.

Szanse na wygraną

Przedsiębiorcy mogą też próbować odwołać się do art. 5 k.c., zabraniającego czynić ze swego prawa użytku, który jest sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Z kolei art. 58 par. 1 k.c. uznaje za nieważną czynność prawną sprzeczną z zasadami współżycia społecznego.

– Niestety, to zawsze jest ocenne i nie wiadomo, jak do takich argumentów podejdzie sąd – zwraca uwagę Katarzyna Kucharczyk.

Jakie zatem szanse mają przedsiębiorcy, którzy nie chcą płacić?

– Moim zdaniem spore. Niewątpliwie opłata została ukryta, przedsiębiorcy zaś mogli być przekonani, że chodzi o jeden z licznych darmowych serwisów. Oczywiście powinni czytać regulamin, niemniej jednak druga strona celowo działała w sposób, który miał wprowadzić w błąd. A nie można czynić ze swego prawa użytku, który jest ewidentnie sprzeczny z jego społeczno-gospodarczym przeznaczeniem i z zasadami współżycia społecznego – ocenia Łukasz Młodecki.

Co więcej, część pozwanych twierdzi, że nigdy nie wpisywała swych danych do katalogów, a więc nie zawierała żadnej umowy. Skąd zatem ich dane w bazach? Tak naprawdę wpisać je tam mógł każdy. Chodzi bowiem o publicznie dostępne dane na temat przedsiębiorców, takie jak nazwa firmy, adres czy numer NIP.

Jeśli taki argument zostanie podniesiony przed sądem, właściciel serwisów będzie musiał przedstawić dowody na to, że jest inaczej.

– Na powodzie, który na podstawie umowy żąda zapłaty, spoczywa ciężar dowodu, że umowa została zawarta z konkretnym przedsiębiorcą. Jeśli zatem pozwany przedsiębiorca twierdzi, że to nie on wypełniał formularz i żadnej umowy nie zawierał, to powód musi swoje twierdzenie przeciwne udowodnić. Powód musiałby wykazać np., że zrobiono to z komputera o IP należącym do danego przedsiębiorcy, ale także, że osoba, która akceptowała umowę, była do tego właściwie umocowana – uważa Katarzyna Kucharczyk.

Prokuratura bada sprawę

Grupa przedsiębiorców poczuła się pokrzywdzona działaniami właściciela serwisów i złożyła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa oszustwa. Postępowanie w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa Wrocław – Psie Pole. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie zostanie ono jednak umorzone. Właściciel firmy, chociaż w niezbyt dobrze widocznym miejscu, to jednak umieszcza informacje o konieczności płacenia za swe usługi. Te zaś też w jakiś sposób wykonuje, bo informacje o firmach widnieją w internecie. Dlatego trudno mówić o oszustwie.

– Jeśli nawet w regulaminie w chwili jego akceptacji znajdował się zapis o odpłatności (co do czego nie ma pewności), nie wyklucza to moim zdaniem zarzutu oszustwa. Istotą oszustwa jest wprowadzenie w błąd, bardzo często poprzez stworzenie pozorów działania w zgodzie z prawem – polemizuje Michał Janowski.

Właściciel serwisów nie odpowiedział nam na pytania przesłane pod wskazany na stronie internetowej adres e-mail.

Doktryna przekonuje, że strona WWW nie spełnia wymogów wzorca umowy