Anglosaska zasada, że owoce z zatrutego drzewa też są trujące, więc uzyskanych nielegalnie dowodów nie można brać pod uwagę w procesie, na pierwszy rzut oka wydaje się słuszna i szlachetna. Jak wiele obiegowych prawd i haseł.

Diabeł, jak to z kusym bywa, schował się w szczegółach. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy złodziej włamuje się do domu, skąd oprócz pieniędzy i precjozów wynosi sprzęt komputerowy. Zapuszcza ślicznego laptopa w swojej złodziejskiej jaskini i z przerażeniem konstatuje, że na twardym dysku właściciel zarejestrował sceny gwałtów na dzieciach. Część z nich podczas seksu ze zboczeńcem-sadystą traci życie.

Złodziej bierze sprzęt pod pachę i pędzi do prokuratury. No właśnie. Sam pójdzie siedzieć za włamanie, a zdobyty przez niego dowód nie może zostać użyty, aby dopaść zwyrodnialca. Przyznaję – to drastyczny przykład. Ale ma wstrząsnąć.

Bowiem znacznie częściej zasada zatrutego drzewa będzie dotykała ofiary przemocy w rodzinie, np. bite żony.

Albo wykorzystywane seksualnie dzieci: matka, chcąc udowodnić winę np. wujka, nie będzie już mogła nagrać go z ukrycia. Służb różnego rodzaju zmiana ta nie dotknie, gdyż one mają tak duże uprawnienia i takie doświadczenie, aby zdobyte nielegalnie dowody oczyszczać procesowo, że nawet nie zauważą, że coś się zmieniło.

Więc czy aby naprawdę warto wprowadzać tę regułę? A może trzeba zastanowić się, czy nie powinno być od niej wyjątków. Bo, jak mówi Mądra Księga, dobro od zła rozróżnia się właśnie po owocach, nie po drzewie.