Przypomnijmy: stołeczni sędziowie uznali, że zarząd spółdzielni, który nie otrzyma od mieszkańców skwitowania, może zostać odwołany jeszcze na tym samym posiedzeniu walnego zgromadzenia. I wbrew temu, o czym przez lata przekonywali reprezentanci władz spółdzielczych, nie ma znaczenia to, czy punkt dotyczący odwołania danej osoby z pełnionej funkcji znajdował się w planowanym porządku obrad, czy też nie.

Co w teorii oznacza ten wyrok? Ano tyle, że spółdzielcy, którzy uzyskają większość podczas zgromadzenia, są w stanie pozbyć się nielubianego prezesa w ciągu zaledwie kilku godzin. A nie – tak jak to było, gdy przyjmowano, że głosowanie nad odwołaniem może nastąpić dopiero podczas kolejnego walnego zgromadzenia – po kilkunastu miesiącach.

Tyle teoria. Praktyka jest jednak inna. Z naszych informacji wynika, że w wielu spółdzielniach zmieniane są właśnie statuty. A to dlatego, że art. 83 ust. 1 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 1222 ze zm.) stanowi, że walne zgromadzenie może być podzielone na części. Warunek? Liczba spółdzielców musi przekraczać 500, a statut musi przewidywać taką możliwość.

Dlaczego władzom miałoby zależeć na organizowaniu walnych zgromadzeń w częściach? Najłatwiej to wyjaśnić na przykładzie. Wyobraźmy sobie, że obrady zostają podzielone na cztery spotkania. Odbywają się one w innych terminach, w każdym biorą udział inni spółdzielcy. Podczas pierwszej części okazuje się, że zarząd głosowanie nad udzieleniem mu absolutorium przegrywa z kretesem. I pojawia się problem: czy już na tym etapie należy zawnioskować o odwołanie zarządzających? Z jednej strony wydaje się to przedwczesne. Uczestnicy pierwszej części obrad nie powinni przecież głosować nad pozbawieniem prezesa funkcji z powodu nieuzyskania absolutorium, skoro dopiero po zakończeniu wszystkich czterech spotkań będzie wiadomo, czy rzeczywiście go nie otrzymał. Z drugiej strony jeśli wniosek o odwołanie nie zostanie zgłoszony, w praktyce przepadnie szansa na pozbawienie prezesa funkcji jeszcze na tym samym walnym zgromadzeniu. Jeśli nawet po zsumowaniu głosów ze wszystkich czterech części okaże się, że zarząd nie otrzymał absolutorium, na podjęcie działań zmierzających do pozbawienia zarządzających spółdzielnią osób funkcji będzie już zbyt późno. Głosu pozbawieni byliby bowiem spółdzielcy, którzy brali udział w poprzednich trzech częściach zgromadzenia. W praktyce więc odwołanie zarządu może nastąpić najwcześniej na kolejnym walnym zgromadzeniu.

Ten praktyczny dla spółdzielców problem dostrzegli już zarządzający spółdzielniami. I właśnie dlatego tam, gdzie dotychczas statut nie przewidywał przeprowadzania obrad walnego zgromadzenia w częściach, postuluje się zmiany. A tam, gdzie statut taką możliwość dopuszcza, lecz nie była ona wykorzystywana – zaczyna się z niej korzystać.

Dodatkowo orzecznictwo sądowe w zakresie podejmowania uchwał przez walne zgromadzenia obradujące w częściach jest dla mieszkańców niekorzystne. Najważniejszy jest wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z 22 października 2009 r. (sygn. akt I AC 387/09). Stwierdzono w nim, że treść uchwały poddanej pod głosowanie na wszystkich częściach walnego zgromadzenia musi być tożsama. Jeśli wystąpią jakiekolwiek różnice, będzie należało uznać ją za nieistniejącą. To zaś oznacza, że jeśli dokumenty poddane pod głosowanie różnić się będą choćby jednym przecinkiem, zarząd spółdzielni będzie miał powód, by zakwestionować całą procedurę.

Regulacja zawarta w art. 83 ust. 1 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych budzi zastrzeżenia już od dnia jej uchwalenia, czyli 14 czerwca 2007 r. (Dz.U. z 2007 r. nr 125, poz. 873). Przyjęty model funkcjonowania walnego zgromadzenia podzielonego na części krytykowany jest zarówno w piśmiennictwie, jak i orzecznictwie Sądu Najwyższego (np. uchwała siedmiu sędziów SN z 29 kwietnia 2011 r., sygn. akt III CZP 111/10).

Przepis został także zaskarżony do Trybunału Konstytucyjnego, lecz ten nie zajął stanowiska w związku z wycofaniem wniosku przez wnioskodawcę.

Sęk w tym, że jak podkreślił w przywołanej uchwale SN, konieczne jest istnienie rozwiązania gwarantującego możliwość sprawnego obradowania w tych spółdzielniach, w których rzeczywiście jest wielu członków, w dodatku aktywnie uczestniczących w obradach walnego zgromadzenia. Jak na razie jednak pomysłu na konkretną zmianę, która zapobiegłaby wykorzystywaniu przepisów przez chcących zachować stanowiska prezesów, nie ma. 

Jedna osoba – jeden głos

Po krytycznych uwagach DGP i Ministerstwa Finansów resort infrastruktury i budownictwa zmodyfikuje projekt nowelizacji ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. W styczniu zwracaliśmy uwagę, że pierwsza wersja dokumentu przewiduje, iż członek spółdzielni będzie mógł uczestniczyć w walnym zgromadzeniu przez pełnomocnika, a ten będzie mógł reprezentować nieograniczoną liczbę spółdzielców („Spółdzielczy beton zostanie utwardzony”, DGP nr 13/2017). Taka regulacja mogłaby doprowadzić do patologicznych sytuacji, gdy w jednych rękach zgromadzona byłaby większość głosów. Wzmocniłaby przy tym władze spółdzielni. Przykładowo dozorca budynku mógłby prosić mieszkańców o wystawienie pełnomocnictwa do głosowania na walnym zgromadzeniu. Wiele osób dokument by podpisało, uznając, że i tak nie planują uczestniczyć w obradach. Tym samym obecnie zarządzający staliby się w praktyce nieusuwalni ze stanowisk dzięki zaprzyjaźnionym pełnomocnikom skupiającym w swych rękach nawet tysiące głosów.

Ministerstwo Finansów spostrzegło, że przyjęcie modelu jeden pełnomocnik – wiele głosów niosłoby za sobą ryzyko, że władze spółdzielni wymuszałyby na osobach posiadających zaległości w opłatach podpisywanie pełnomocnictw. Resort infrastruktury podzielił te obawy. I obiecuje, że w projekcie ustawy wprowadzona zostanie modyfikacja. Zgodnie z nią głosowanie przez pełnomocnika na walnym zgromadzeniu nadal będzie dopuszczalne. Ale jeden pełnomocnik nie będzie mógł zastąpić więcej niż jednego członka.