W sądownictwie od lat znany jest problem miejsc, w których mało kto chce orzekać. Są to przede wszystkim jednostki oddalone od dużych miast. Ci, którzy są mianowani do takiego sądu, zazwyczaj bardzo szybko składają do ministra sprawiedliwości wniosek o przeniesienie.

– Duża liczba wniosków, często składanych bezpośrednio po objęciu przez kandydata pierwszego stanowiska sędziowskiego, wpływa na efektywność zarządzania sądownictwem – tłumaczy potrzebę zmian Łukasz Piebiak, wiceminister sprawiedliwości.

Jak bowiem podkreśla, przydzielenie stanowiska sędziowskiego do danego sądu poprzedzone jest wnikliwą analizą potrzeb wynikających z obciążenia zadaniami i względami racjonalnego wykorzystania kadr.

Mniej swobody

Takie „ucieczki” sędziów do większych jednostek odbijają się oczywiście na obywatelach. Ci bowiem, tylko dlatego, że mieszkają w mało atrakcyjnych miejscowościach, mają utrudniony dostęp do wymiaru sprawiedliwości. Dlatego też, jak tłumaczy wiceminister Piebiak, osoby podejmujące decyzję o kandydowaniu na określone stanowisko sędziowskie powinny liczyć się z tym, że dobro służby i sprawność toczących się postępowań sądowych są nadrzędne wobec ich preferencji.

W konsekwencji resort zamierza więc wprowadzić zasadę, zgodnie z którą wnioski o przeniesienie składane częściej niż raz na trzy lata nie będą po prostu rozpatrywane. Minister sprawiedliwości będzie jednak mógł z urzędu, w przypadku zmiany okoliczności, zwrócić się do sędziego, którego wniosek nie został rozpatrzony, o wyrażenie zgody na przeniesienie na wnioskowane miejsce.

Zmiany nie budzą w środowisku zbyt dużego oporu.

– Problem rzeczywiście istnieje. Dotyczy on jednak przede wszystkim tych osób, które ubiegają się o pierwsze stanowisko sędziowskie. W mało atrakcyjnych sądach konkurencja jest dużo mniejsza. Zdarza się więc, że niektórzy kandydaci z premedytacją startują w konkursie do takich sądów, a gdy tylko otrzymają nominację, niemalże od razu kierują do ministra wnioski o przeniesienie do większych, bardziej atrakcyjnych jednostek – wyjaśnia Waldemar Żurek, rzecznik prasowy Krajowej Rady Sądownictwa.

Dlatego też jego zdaniem resort powinien wprowadzić cezurę czasową, ale tylko dla tych, którzy starają się o stanowisko sędziego po raz pierwszy.

– I wówczas ten okres mógłby być nawet dłuższy, np. pięcioletni. Natomiast co do sędziów, którzy już orzekają, takie obostrzenia nie są konieczne. Oni bowiem nie nadużywają przysługujących im uprawnień i wnioski o przeniesienie składają tylko w naprawdę uzasadnionych sytuacjach – ocenia Żurek.

Z kolei zdaniem dr. hab. Jacka Zaleśnego, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Warszawskiego, projektowane zmiany są po prostu zbędne. – Przecież obecnie to i tak minister sprawiedliwości wyraża, bądź nie, zgodę na przeniesienie się sędziego. I podejmując taką decyzję, kieruje się tym, aby wszyscy obywatele w Polsce mieli równy dostęp do wymiaru sprawiedliwości. Tak więc moim zdaniem obecne przepisy są w tej kwestii dobrze skonstruowane – kwituje dr hab. Zaleśny.

Asesor wraca do gry

Resort sprawiedliwości ma również plany, aby przywrócić do porządku prawnego instytucję asesora sądowego. Obecnie jest ona martwa. Bo choć przepisy o asesurze są, to samych asesorów w sądach nie uświadczymy. Już niedługo ma się to zmienić.

Zgodnie z obecnymi regulacjami asesorów powoływać miał, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent. Po zmianach będzie to robił minister sprawiedliwości.

– Uznaliśmy, że takie rozwiązanie będzie bardziej praktyczne. Przy czym wprowadzimy takie rozwiązania, które zagwarantują asesorom pełną niezależność od ministra – zapewnia wiceminister Piebiak.

I tak: asesor ma być nieusuwalny, zatrudniany na czas nieokreślony, a przenieść go będzie można do innego sądu tylko w określonych sytuacjach (np. na podstawie orzeczenia sądu dyscyplinarnego). Co więcej, to nie minister sprawiedliwości będzie decydował o powierzeniu asesorowi władzy orzekania – ta kompetencja przysługiwać będzie wyłącznie KRS. Również to nie minister będzie decydował, który asesor trafi do którego sądu.

– Powstanie lista jednostek, w których będą tworzone stanowiska asesorskie. To sami zainteresowani będą decydować, gdzie chcą pełnić funkcje sędziowskie. Pierwszeństwo wyboru – w kolejności według listy rankingowej stworzonej przez Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury na podstawie wyników egzaminu sędziowskiego – będą mieli ci, którzy najlepiej zdadzą ten egzamin – tłumaczy Łukasz Piebiak.

Tak więc rola KRS w procedurze mianowania asesorów będzie mało znacząca. Rada będzie mogła tylko już niejako po fakcie złożyć swój sprzeciw. Będzie miała na to miesiąc od przekazania jej listy mianowanych osób.

– Te zmiany oceniam zdecydowanie negatywnie. Lepiej by było, aby asesorów mianował organ władzy sądowniczej, np. I prezes Sądu Najwyższego. Jeżeli będzie to robił minister sprawiedliwości, a więc czynny polityk, może to budzić wątpliwości co do niezawisłości asesorów – zauważa sędzia Żurek.