Prokuraturze coraz trudniej bronić dyskrecji śledztw i dochodzeń. Wyłomem w zasadzie tajności postępowań przygotowawczych stały się na przykład komisje śledcze, których siła działania opiera się właśnie na jawności procedur. Komisje publicznie przetrząsają dowody ze świadków i dokumentów, które prokuratorzy dla dobra śledztwa przechowywaliby najchętniej w szafach pancernych. Od tych zeznań w blasku jupiterów aktów oskarżenia nie przybyło. Nawet afera hazardowa, gdzie złamanie kodeksu karnego wydawało się oczywiste, zakończyła się jedynie etycznym upomnieniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że jawność procedur zaszkodziła karnej odpowiedzialności, jednak prokuratorzy przy wyjaśnianiu afer zmuszeni zostali do pracy śledczej, przy akompaniamencie politycznej bijatyki. Przesłuchiwali świadków, którzy nawzajem znali już swoje zeznania z mediów. Dostępność informacji o szczegółach przestępstwa może znacznie utrudnić odróżnienie wyjaśnień prawdziwych od fałszywych. Zasadę tajności śledztwa, jako warunek jego skuteczności, eksponują wszyscy eksperci kryminalistyki.

Ale komisje śledcze to niejedyne zagrożenie dla tajności postępowań karnych. Na ostatnim posiedzeniu Sejmu pojawiło się nowe, być może groźniejsze. Otóż w poselskim projekcie ustawy o Krajowej Radzie Prokuratorów znalazły się przepisy dające radzie prawo do wizytacji i lustracji prokuratur. A więc prawo do wglądu w akta śledztw. To niepokojące, bo w skład 25-osobowej rady wchodzi spora reprezentacja polityków – minister sprawiedliwości, czterech posłów, dwóch senatorów, przedstawiciel prezydenta.

Obrońcy tych rozwiązań twierdzą wprawdzie, że lustracje prokuratur dotyczyłyby tylko spraw, w których niezależność śledczych została zagrożona, że dostęp do akt mieliby tylko prokuratorzy, że kontrole przeprowadzane byłyby tylko w koniecznym zakresie. Problem w tym, że tych zastrzeżeń nie znajdziemy w tekście ustawy o Krajowej Radzie Prokuratorów. Są to wyłącznie pobożne życzenia życzliwych komentatorów. Kto o nich będzie pamiętał po uchwaleniu ustawy? Zapomni się o nich w ten sam łatwy sposób, jak autorzy projektu zapomnieli, że ustawy buduje się z norm, a nie z pobożnych życzeń.