Trybunał Konstytucyjny znów ma kłopoty z niezawisłością. Kolejny raz musi udowadniać i przekonywać zainteresowanych o bezstronności orzekających sędziów. Tym razem chodzi o skład sędziowski, który wczoraj miał wyrokować w sprawie rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej, decydującej jednoinstancyjnie o zwrocie instytucjom kościelnym nieruchomości przejętych przez państwo.

Pech chciał, że na sędziego sprawozdawcę został wyznaczony w tej sprawie profesor prawa zatrudniony przez całe lata na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. W składzie orzekającym znalazła się również sędzia, która jako posłanka pracowała w Sejmie nad ustawą o stosunku państwa i Kościoła. Sprawa wcale nie jest błaha. Z całą pewnością wśród 15 sędziów z al. Szucha można było wybrać osoby, na które nie padłby żaden cień podejrzeń o stronniczość.

Wyznaczenie akurat tych, a nie innych sędziów pokazuje, że problem sędziowskiej niezawisłości Trybunał Konstytucyjny traktuje jednak z pewną dozą nonszalancji. Ten rodzaj nonszalancji, a także brak zwyczajnej przezorności, pojawił się już wcześniej w sprawie Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. To właśnie wtedy, odpowiadając na pytania dociekliwych sędziów ze Strasburga, nasz trybunał stwierdził lakonicznie, że orzekanie w ramach kontroli konstytucyjnej nie powinno być uzależnione od takich okoliczności jak m.in. „należące do przeszłości role społeczne czy przeszłe zaangażowanie zawodowe pojedynczego członka składu orzekającego”. Stwierdzenie to pokazuje, że kłopoty z niezawisłością nie są problemami wydumanymi. Nie są też one ani incydentalne, ani pozorne. Dzisiejsze standardy podążają dokładnie w odwrotnym kierunku. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu powtarza niezmiennie od lat, że „jakikolwiek bezpośredni udział w tworzeniu prawa lub regulacji administracyjnych upoważnia do wątpliwości, czy osoba rozstrzygająca spór o interpretację będzie bezstronna”.

Z tego właśnie powodu zakwestionowano w Strasburgu już niejedno orzeczenie krajowe. Niestety nasi sędziowie nie widzą tego problemu z podobną ostrością. Zapominają, że sąd musi być nie tylko subiektywnie bezstronny, a więc żaden z jego sędziów nie może być osobiście stronniczy lub uprzedzony do sprawy. Wyznaczony skład orzekający musi być także bezstronny obiektywnie, a więc dawać gwarancje wystarczające do wykluczenia wszelkich usprawiedliwionych wątpliwości co do bezstronności.

W tym miejscu przypomnieć można precedens z Augustem Pinochetem. Otóż w Wielkiej Brytanii adwokaci generała wygrali przed sądem drugiej instancji sprawę o ekstradycję chilijskiego dyktatora tylko dlatego, że żona jednego z orzekających sędziów była działaczką organizacji walczącej o prawa człowieka. Nikt nie wnikał, czy kobieta ta wywierała jakikolwiek wpływ na małżonka, nikt nie dzielił włosa na czworo. Wystarczył cień podejrzenia o stronniczość sędziego. Koniec, kropka. Według standardów europejskich, gdy na sędziowską bezstronność pada cień podejrzenia, przegrywa się sprawę. Według standardów naszego Trybunału Konstytucyjnego sprawę albo odracza się bezterminowo, albo w ogóle nie ma sprawy.