Debata na temat generalnych zmian zasad związanych z systemem prawa w Polsce jest coraz szersza. Można przyjąć, że jej elementy (co prawda, śladowe...) będą zauważalne w ostatnich dysputach politycznych dotyczących Trybunału Konstytucyjnego czy roli sędziów. Na szczęście nie musimy tylko na tym poprzestać. Warto odwołać się do jednej z najbardziej kompleksowych i ambitnych analiz, które pojawiły się w ostatnim czasie, czyli raportu „Państwo i my. Osiem grzechów głównych Rzeczypospolitej”. Autorzy z perspektywy eksperckiej stawiają pytanie, dlaczego państwo nie funkcjonuje obecnie prawidłowo i jak naprawić występujące błędy. Zauważają również w tym kontekście system prawny.
Wśród kluczowych czynników blokujących tworzenie dobrego prawa w raporcie wskazuje się jego postępującą inflację, poprzez którą próbuje się rozwiązywać wszelkie możliwe problemy ekonomiczne, społeczne i światopoglądowe, oraz osłabianie klasycznego modelu prawa narodowego z uwagi na kształtowanie się systemu policentrycznego (w tym wpływu dorobku Unii Europejskiej). W tym ujęciu brakuje konsekwentnej hierarchizacji aktów prawnych. Postulowane procedury związane z weryfikacją projektów aktów prawnych nierzadko są fikcją, a konkretne ustawy czy rozporządzenia bywają traktowane instrumentalnie jako środek do uzyskania doraźnych celów. Użyto w tym kontekście obrazowego sformułowania: prawo ma w ten sposób cechy „patchworku”.
Reklama

Reklama
Ciekawy jest również głos z odmiennej perspektywy, wyrażony przez prezesa Cezarego Kaźmierczaka (DGP z 22 września). Autor również dostrzega znaczące przeregulowanie aktów prawnych i postuluje w związku z powyższym przerzucenie „większości rozstrzygnięć” na sądy. Zgodnie z tym ujęciem ustawy nie mogą wchodzić w nadmierne szczegóły, powinno się wprowadzić instytucję sponsora ustawy (osoby niejako za nią odpowiedzialnej) i znaczące ograniczenie liczby nowych aktów prawnych. Osobna kwestia to reforma wymiaru sprawiedliwości.
Przytoczone głosy znakomicie obrazują, że problem prawa w Polsce jest bardzo poważny i zauważalny przez różne środowiska (niniejsza kwestia została też ujęta w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, czyli planie Morawieckiego). Rzeczywiście, przed polskimi władzami stoi bardzo duża reforma, można odnieść wrażenie, że ważniejsza niż większość dotychczas przeprowadzanych razem wziętych. Reforma w zakresie tworzenia i stosowania prawa. Upraszczając, można zaproponować dwie drogi. Pierwsza z nich to zmiana kompleksowa – samej filozofii procedowania ustaw, zasad działalności sądów, a może nawet i sposobu dokonywania ich wykładni. Takie przewrócenie wszystkiego do góry nogami.
Problem w tym, że tego rodzaju rewolucja mogłaby zbyt łatwo wprowadzić jeszcze większy bałagan. Już można sobie wyobrazić, jak sądy – które dostają większą niż dotychczas uznaniowość – wydają wzajemnie sprzeczne orzeczenia (nie byłoby innej możliwości), powodując jeszcze większe niż dotychczas społeczne kontrowersje i – nie ukrywajmy – tworząc dodatkowe podstawy do łowienia ryb w mętnej wodzie. Byłoby znowu trochę tak jak dzisiaj: za winy prawodawcy odpowiadaliby – przynajmniej w odbiorze społecznym – sędziowie.
Alternatywa to zmiany bardziej stonowane. Tutaj też istnieje zagrożenie – że z wielu diagnoz, planów, map drogowych niewiele wyjdzie. Że będzie trochę jak w piosence Kuby Sienkiewicza: „każdy powiedział to, co wiedział, trzy razy wysłuchał dobrze mnie, wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest”. Że porządkowanie prawa zostanie jeszcze mocniej niż dotychczas wpisane we wszelkie koncepcje i strategie, ale jak przyjdzie do weryfikacji konkretnych efektów, okażą się one trochę bardziej papierowe niż realne. W takiej sytuacji optymalne będzie wymieszanie tych dwóch podejść. Dobrze by było najpierw zdefiniować kilka drobniejszych celów i na różny sposób oczekiwać ich realizacji przez władze publiczne. Cele te mogą się wiązać choćby z wprowadzeniem szerszej odpowiedzialności publicznej za dany akt prawny czy też podjęciem mimo wszystko próby rzeczywistej szerokiej weryfikacji konkretnych skutków danej ustawy czy rozporządzenia (zarówno przed ich uchwaleniem, jak i po uchwaleniu). To na dobry początek.
Dopiero w momencie gdy tego rodzaju zmiany okażą się fikcyjne, można pomyśleć o czymś bardziej rewolucyjnym. Inną rolę będą miały do spełnienia różne organizacje publiczne, społeczne, a także media. Przejawem powyższego mogłoby być bardziej aktywne niż obecnie analizowanie nowych aktów prawnych: wyłapywanie ich błędów, niekonsekwencji czy przykładów przeregulowania. Dopóki nie ma postulowanej przez prezesa Kaźmierczaka instytucji sponsora ustawy, warto ją może stworzyć oddolnie i bardzo konsekwentnie dociekać, kto jaki projekt sporządza, zasypywać go pytaniami i prośbami o wyjaśnienia. Może takie ustawowe gradobicie przyczyniłoby się do większej powściągliwości ustawodawcy.
Na marginesie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Pewnym problemem jest również to, że przytaczane powyżej postulaty nie trafiają do szerokiej debaty publicznej. Znacznie łatwiej jest bowiem podyskutować o tym, kto kogo obraził albo „dlaczego sędziowie są niedobrzy”, niż głębiej zająć się problemem. Politycy powiedzą, że takie debaty nie interesowałyby społeczeństwa. No, ale już nawet truizmem będzie stwierdzenie, że prawdziwy mąż stanu (a przynajmniej ambitny polityk) nie tylko idzie za głosem społecznym, ale też próbuje ten głos jakoś dostosować, ukierunkować.