- Państwo serwuje nam rozwiązania, które służą kontrolowaniu obywateli, reklamując je jako korzystne dla nich - mówi dr Paweł Litwiński.
Rząd planuje wprowadzenie od 2018 r. elektronicznych paragonów, co tak naprawdę oznacza stworzenie gigantycznej bazy danych o zakupach robionych przez Polaków. Będą też inne bazy, jak choćby rejestr akcjonariuszy. Pan jest przeciwnikiem tworzenia takich olbrzymich baz danych przez państwo. Dlaczego?
Ze względu na skalę informacji gromadzonych o obywatelach. Ta rośnie gwałtownie, za czym nie idą rozbudowane rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa ani też ograniczenia związane z możliwością wykorzystywania ich przez władze publiczne. Co gorsza, słychać głosy, że tego typu bazy mają być udostępniane podmiotom komercyjnym. Takie sugestie pojawiają się chociażby w kontekście paragonów elektronicznych i możliwości wykorzystania ich bazy przez bankowość elektroniczną. Wcześniej sugerowano również możliwość łączenia kart bankomatowych z kartami ubezpieczenia społecznego. Jak wielkie zagrożenie się z tym wiąże widzimy choćby na podstawie domniemanego wycieku danych z bazy PESEL: podmioty regulowane, jakimi są kancelarie komornicze, albo same naruszyły prawo, albo też stały się dla przestępców furtką do systemu PESEL.
Reklama
Zwolennicy takich rozwiązań powiedzą, że przecież ułatwiają one nam wszystkim życie. Powiązanie bazy paragonów z moim systemem bankowym pozwoli mi lepiej kontrolować wydatki.
I to jest chyba największy problem, że większość z nas tak właśnie do tego podchodzi. Uważamy, że skoro coś ułatwia nam życie, to jest to dla nas dobre. Tymczasem to „ułatwianie życia” najczęściej odbywa się kosztem naszej prywatności, a statystyczny obywatel nie ma o tym pojęcia. Często też za ułatwieniami stoi rozbudowany przemysł oparty na przetwarzaniu naszych danych osobowych, który – nie oszukujmy się – wykorzystuje te dane głównie do własnych celów. Dlatego też uważam, że wyznacznik użyteczności nie powinien tłumaczyć rezygnacji z prywatności. Państwo serwuje nam rozwiązania, które służą do kontrolowania obywateli, reklamując je jako korzystne dla tych obywateli. Co więcej, w moim przekonaniu są to narzędzia niezbyt skuteczne, a więc oddajemy swą prywatność, niewiele tak naprawdę dostając w zamian. Powszechny rejestr paragonów ma poprawić ściągalność podatku VAT, ale to nie w osiedlowym sklepie powstają nadużycia związane z VAT. Elektroniczne paragony nie zlikwidują więc szarej strefy, a na pewno ograniczą naszą prywatność.

Reklama
Jak zatem badać skuteczność proponowanych rozwiązań?
W art. 31 ust. 3 konstytucji przewidziano test, który powinien poprzedzać ograniczanie praw i wolności. Stosując go, należy sprawdzić, czy proponowane rozwiązanie ograniczające naszą prywatność jest konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej albo wolności i praw innych osób. Problem jednak w tym, że my nie potrafimy tego sprawdzić. Nikt nam nie przedstawia wiarygodnych danych. Nie wiemy np., czy coraz większe uprawnienia przyznawane służbom rzeczywiście wpływają na poprawę bezpieczeństwa. I jest to problem, z którym borykamy się od 15 lat, czyli od zamachu na World Trade Center, po którym rozpoczął się trend zmierzający do ograniczania prywatności.
Czy nowe unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, które zacznie obowiązywać za półtora roku, coś tu zmieni?
Tak, ale tylko wtedy, gdy rządzący będą je w praktyce stosować. Zgodnie z rozporządzeniem każdy projekt aktu prawnego związanego z przetwarzaniem danych osobowych wymaga konsultacji z organem ochrony danych. Jeśli ten mechanizm zadziała, to przynajmniej będziemy wiedzieć, gdzie mogą pojawić się problemy. Natomiast dzisiaj systemowo nikt nie bada nowych projektów pod kątem ochrony prywatności obywateli.