Sygnalista to osoba, która ujawnia nieprawidłowości. W przypadku dyskusji na temat Trybunału Konstytucyjnego mamy natomiast do czynienia z wyrażanymi opiniami. Rozmówcy nie ujawniają nieznanych faktów - mówi w wywiadzie dla DGP Profesor Ireneusz Kamiński, ekspert prawny Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Reklama
Prof. Kamil Zaradkiewicz udzielił „Rzeczpospolitej” wywiadu, z którego wynika, że nie zgadza się on z częścią twierdzeń wygłaszanych publicznie przez prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Prof. Zaradkiewicz jest jednak przy tym dyrektorem biura orzecznictwa i studiów TK. Po publikacji został poproszony o rezygnację ze sprawowanej funkcji. Część polityków i prawników przekonuje, że to zemsta na sygnaliście. Inni, stojący na przeciwległej barykadzie, twierdzą, że mamy do czynienia z nielojalnością, a nie sygnalizacją. Kim jest więc Kamil Zaradkiewicz?
Jest pracownikiem wysokiego szczebla szeroko rozumianej służby publicznej, osobą związaną z kluczową instytucją sądowniczą w Polsce.
Nie jest sygnalistą?

Reklama
Abyśmy kogoś mogli nazwać sygnalistą (demaskatorem), powinny zostać spełnione liczne warunki. Przede wszystkim sygnalista to osoba, która – zanim wyjdzie na zewnątrz z informacjami – powinna wykorzystać obowiązujące procedury wewnętrzne.
Czyli zanim pójdziemy do gazety albo telewizji, najpierw przekazujemy uwagi szefowi?
Właśnie.
Ale jednak Europejski Trybunał Praw Człowieka bardzo szeroko chroni wolność słowa; wskazuje, że nie powinno się wyciągać konsekwencji wobec osób tylko dlatego, że powiedziały coś niezgodnie z obowiązującym w danej instytucji stanowiskiem.
To pewne uproszczenie. Orzecznictwo strasburskie rzeczywiście jest kluczowe w tym przypadku, niemniej jednak trzeba je poddać dokładnej analizie. ETPC w wielu orzeczeniach dopuszcza ograniczenie wolności słowa ze względu na powagę i bezstronność władzy sądowej, do której odwołuje się wprost art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka. Strasburg mówi: debata powinna być możliwie najbardziej pełna, nieograniczana. Nawet pewna doza przesady czy prowokacji jest dopuszczalna. Tyle że na więcej można pozwolić sobie w krytyce władzy ustawodawczej i wykonawczej, a na mniej w krytyce władzy sądowniczej. Trybunał wskazuje, że znaczenie sądownictwa dla demokratycznego społeczeństwa jest tak duże, iż istotne jest, aby obywatele zachowali szacunek i wiarę w wymiar sprawiedliwości.
Ale władza sądownicza nie stoi ponad wszystkimi innymi. Dlaczego miałaby podlegać superochronie?
Sam się zastanawiam nad tym, czy ten wyjątek na rzecz wymiaru sprawiedliwości jest uprawniony w zakresie, w którym określa to ETPC. Natomiast punkt odniesienia dla nas, dla polskich sądów, musi stanowić orzecznictwo strasburskie. To trybunał pokazuje nam wszystkim, co możemy zrobić, a za zrobienie czego już musimy liczyć się z konsekwencjami.
Czy Helsińska Fundacja Praw Człowieka powinna aż tak patrzeć na ograniczenia wskazywane przez trybunał? Może jesteście od tego, aby powiedzieć dwa słowa więcej, aby swoimi spostrzeżeniami wpływać na zmianę linii orzeczniczej?
Raptem kilka dni temu rozmawialiśmy na ten temat odnośnie do jednej ze spraw. I tu rzeczywiście pojawia się wątpliwość, kim mamy być. Sądzę jednak, że naszym zadaniem nie jest bycie superherosami praw człowieka. Formułując stanowiska HFPC, mówimy tak naprawdę do sędziów. Powinniśmy się więc opierać na prawie, na analizie orzecznictwa, a nie na własnych poglądach. Jakkolwiek robimy to wszystko po to, by lepiej się żyło przeciętnemu Janowi Kowalskiemu, to jednak celem nie jest zajęcie stanowiska, które się temu Janowi Kowalskiemu spodoba. Stąd też wybieramy inną drogę niż bycie herosami. A jeśli mam wątpliwości natury ogólnej co do orzecznictwa ETPC, to korzystam z tego, że jestem akademikiem. I dzielę się nimi w publikacjach naukowych. Zajmując stanowisko w imieniu HFPC, relacjonuję treść prawa i strasburskiego orzecznictwa. Mówię, jak jest, a nie jak chciałbym, by było.
Tu wróćmy do sytuacji prof. Zaradkiewicza. Też jest przecież akademikiem. Czy jako doktor habilitowany nie może udzielić wywiadu szanowanej gazecie?
Lojalność pracownika służby publicznej nakazuje, aby wypowiedź dla mediów na temat funkcjonowania instytucji, w której pracuje, została skonsultowana z przełożonymi. I nie chodzi tu o zamykanie komukolwiek ust. Po prostu nie jest niczym nadzwyczajnym, że instytucja publicznie wypowiada się w określony sposób, jednym głosem. Sytuacja Kamila Zaradkiewicza wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby swoją opinię sformułował w sposób najbardziej właściwy dla profesora: na wykładzie, w publikacji naukowej. Argument, że wypowiadał się w gazecie jako doktor habilitowany, a nie jako pracownik biura TK, jest więc wątpliwy.
Wielu naukowców, wybitnych prawników, wypowiada się do DGP czy „Rzeczpospolitej”. Chcą przekazać swoje opinie audytorium szerszemu niż zgromadzeni na wykładzie bądź czytający publikację naukową.
Oczywiście, i tu państwa rola jako rzetelnych mediów jest szalenie istotna. Tyle że przypadek, w którym dana osoba pełni różne funkcje, w tym funkcję pracownika służby publicznej, jest szczególny. Nie możemy też uciekać od kontekstu, w jakim przedstawiana jest opinia. W trakcie poważnego sporu dotyczącego funkcjonowania władzy sądowniczej w Polsce w mediach pojawia się głos osoby identyfikowanej z tą władzą, który idzie w przeciwnym kierunku niż wcześniejsze wypowiedzi przedstawiciela danej instytucji.
Prezes TK prof. Andrzej Rzepliński był stałym gościem wielu audycji radiowych i telewizyjnych, udzielał wywiadów gazetom.
Mimo wszystko prezes TK jest sędzią, a nie pracownikiem biura trybunału, choćby najbardziej zasłużonym. Gdy więc mówimy o lojalności pracowniczej, tych przypadków nie można porównywać. Choć muszę przyznać, że ubolewam nad tym, że wiele sądów w Polsce nie wykorzystuje właściwie instytucji rzecznika prasowego. Właściwą sytuacją jest ta, gdy stanowisko danej instytucji prezentuje rzecznik.
Czyli prof. Zaradkiewicza nie należy uznawać za sygnalistę, bo po pierwsze nie wykorzystał najpierw procedur wewnętrznych, a po drugie jako pracownikowi służby publicznej wolno mu mniej?
Powiedziałbym, że funkcjonariusze publiczni oraz pracownicy korpusu służby cywilnej podlegają specyficznemu nakazowi lojalności wobec zatrudniającej ich instytucji; znacznie szerzej rozumianemu, niż byśmy to postrzegali w przypadku pana lojalności do wydawcy czy mojej do instytutu.
Ale jest jeszcze jedna istotna kwestia. Otóż sygnalista to osoba, która ujawnia nieprawidłowości, sygnalizuje je. W przypadku dyskusji na temat Trybunału Konstytucyjnego mamy natomiast do czynienia z wypowiedziami polemicznymi, wyrażanymi opiniami. Rozmówcy nie ujawniają nieznanych opinii publicznej faktów, lecz te znane – a także przepisy prawa – interpretują. Nie należy więc tu używać pojęcia sygnalisty.
W przypadku, o którym rozmawiamy, znacznie istotniejsze jest to, jak należy rozumieć lojalność wobec instytucji publicznych, gdy jesteśmy ich pracownikami. Otóż członek korpusu może mieć inne zdanie niż szef, nikt mu tego nie zabrania. Ale z uwagi właśnie na lojalność powinien zachować powściągliwość w dzieleniu się swoimi spostrzeżeniami. Wchodząc w skład korpusu, dobrowolnie akceptuje tego typu ograniczenie.