Autopromocja

Kamiński: W krytyce władzy sądowniczej wolno mniej

Ireneusz Kamiński/ fot. Wojtek Górski
Ireneusz Kamiński/ fot. Wojtek Górski DGP
17 maja 2016

Sygnalista to osoba, która ujawnia nieprawidłowości. W przypadku dyskusji na temat Trybunału Konstytucyjnego mamy natomiast do czynienia z wyrażanymi opiniami. Rozmówcy nie ujawniają nieznanych faktów - mówi w wywiadzie dla DGP Profesor Ireneusz Kamiński, ekspert prawny Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Jest pracownikiem wysokiego szczebla szeroko rozumianej służby publicznej, osobą związaną z kluczową instytucją sądowniczą w Polsce.

Abyśmy kogoś mogli nazwać sygnalistą (demaskatorem), powinny zostać spełnione liczne warunki. Przede wszystkim sygnalista to osoba, która – zanim wyjdzie na zewnątrz z informacjami – powinna wykorzystać obowiązujące procedury wewnętrzne.

Właśnie.

To pewne uproszczenie. Orzecznictwo strasburskie rzeczywiście jest kluczowe w tym przypadku, niemniej jednak trzeba je poddać dokładnej analizie. ETPC w wielu orzeczeniach dopuszcza ograniczenie wolności słowa ze względu na powagę i bezstronność władzy sądowej, do której odwołuje się wprost art. 10 europejskiej konwencji praw człowieka. Strasburg mówi: debata powinna być możliwie najbardziej pełna, nieograniczana. Nawet pewna doza przesady czy prowokacji jest dopuszczalna. Tyle że na więcej można pozwolić sobie w krytyce władzy ustawodawczej i wykonawczej, a na mniej w krytyce władzy sądowniczej. Trybunał wskazuje, że znaczenie sądownictwa dla demokratycznego społeczeństwa jest tak duże, iż istotne jest, aby obywatele zachowali szacunek i wiarę w wymiar sprawiedliwości.

Sam się zastanawiam nad tym, czy ten wyjątek na rzecz wymiaru sprawiedliwości jest uprawniony w zakresie, w którym określa to ETPC. Natomiast punkt odniesienia dla nas, dla polskich sądów, musi stanowić orzecznictwo strasburskie. To trybunał pokazuje nam wszystkim, co możemy zrobić, a za zrobienie czego już musimy liczyć się z konsekwencjami.

Raptem kilka dni temu rozmawialiśmy na ten temat odnośnie do jednej ze spraw. I tu rzeczywiście pojawia się wątpliwość, kim mamy być. Sądzę jednak, że naszym zadaniem nie jest bycie superherosami praw człowieka. Formułując stanowiska HFPC, mówimy tak naprawdę do sędziów. Powinniśmy się więc opierać na prawie, na analizie orzecznictwa, a nie na własnych poglądach. Jakkolwiek robimy to wszystko po to, by lepiej się żyło przeciętnemu Janowi Kowalskiemu, to jednak celem nie jest zajęcie stanowiska, które się temu Janowi Kowalskiemu spodoba. Stąd też wybieramy inną drogę niż bycie herosami. A jeśli mam wątpliwości natury ogólnej co do orzecznictwa ETPC, to korzystam z tego, że jestem akademikiem. I dzielę się nimi w publikacjach naukowych. Zajmując stanowisko w imieniu HFPC, relacjonuję treść prawa i strasburskiego orzecznictwa. Mówię, jak jest, a nie jak chciałbym, by było.

Lojalność pracownika służby publicznej nakazuje, aby wypowiedź dla mediów na temat funkcjonowania instytucji, w której pracuje, została skonsultowana z przełożonymi. I nie chodzi tu o zamykanie komukolwiek ust. Po prostu nie jest niczym nadzwyczajnym, że instytucja publicznie wypowiada się w określony sposób, jednym głosem. Sytuacja Kamila Zaradkiewicza wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby swoją opinię sformułował w sposób najbardziej właściwy dla profesora: na wykładzie, w publikacji naukowej. Argument, że wypowiadał się w gazecie jako doktor habilitowany, a nie jako pracownik biura TK, jest więc wątpliwy.

Oczywiście, i tu państwa rola jako rzetelnych mediów jest szalenie istotna. Tyle że przypadek, w którym dana osoba pełni różne funkcje, w tym funkcję pracownika służby publicznej, jest szczególny. Nie możemy też uciekać od kontekstu, w jakim przedstawiana jest opinia. W trakcie poważnego sporu dotyczącego funkcjonowania władzy sądowniczej w Polsce w mediach pojawia się głos osoby identyfikowanej z tą władzą, który idzie w przeciwnym kierunku niż wcześniejsze wypowiedzi przedstawiciela danej instytucji.

Mimo wszystko prezes TK jest sędzią, a nie pracownikiem biura trybunału, choćby najbardziej zasłużonym. Gdy więc mówimy o lojalności pracowniczej, tych przypadków nie można porównywać. Choć muszę przyznać, że ubolewam nad tym, że wiele sądów w Polsce nie wykorzystuje właściwie instytucji rzecznika prasowego. Właściwą sytuacją jest ta, gdy stanowisko danej instytucji prezentuje rzecznik.

Powiedziałbym, że funkcjonariusze publiczni oraz pracownicy korpusu służby cywilnej podlegają specyficznemu nakazowi lojalności wobec zatrudniającej ich instytucji; znacznie szerzej rozumianemu, niż byśmy to postrzegali w przypadku pana lojalności do wydawcy czy mojej do instytutu.

W przypadku, o którym rozmawiamy, znacznie istotniejsze jest to, jak należy rozumieć lojalność wobec instytucji publicznych, gdy jesteśmy ich pracownikami. Otóż członek korpusu może mieć inne zdanie niż szef, nikt mu tego nie zabrania. Ale z uwagi właśnie na lojalność powinien zachować powściągliwość w dzieleniu się swoimi spostrzeżeniami. Wchodząc w skład korpusu, dobrowolnie akceptuje tego typu ograniczenie.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.