W środowisku sędziowskim wrze. I nie ma się czemu dziwić. Sędziowie mają aż nadto powodów, aby bać się jutra. Ot, wydadzą o jeden wyrok za dużo i nagle się okaże, że nie reprezentują Rzeczpospolitej Polskiej, a „zobowiązanie wobec PO czy Bronisława Komorowskiego”.
A stąd już tylko krok do tego, aby ktoś zaliczył ich nie do stanu sędziowskiego, a do „zespołu kolesi”. I – przy okazji przemeblowania w strukturze sądownictwa – odmówił powołania ich do nowo utworzonych jednostek.
O tym, że istnieje takie ryzyko, pisaliśmy w DGP już w połowie kwietnia. Obawy rodzi zapowiadane na początek 2017 r. spłaszczenie struktury sądów. Taka zmiana oznaczałaby zapewne, że prezydent musiałby na nowo powołać 11-tysięczną armię sędziów. Zdaniem środowiska może to być doskonały pretekst do pozbycia się niepokornych. Jednak z rosnącym niepokojem obserwuję, jak temat ten ewoluuje w mediach. Zasugerowane przez nas obawy nie zaowocowały dyskusjami na temat tego, jak niebezpieczne dla obywateli może być polityczne odsiewanie sędziów. Zamiast tego mamy polityczną nagonkę. A tam, gdzie się zaczyna polityka, nie ma mowy o merytorycznej debacie. Są za to nieczyste chwyty i walenie cepem na oślep. Co gorsza, w walce nie wszystkim obrywa się słusznie.