Przez ostatnie 25 lat Mary Bonauto przyłożyła rękę do większości ślubów par homoseksualnych w Stanach Zjednoczonych.
Jej rolę w batalii sądowej o prawo homoseksualistów do zawierania małżeństw porównuje się do zwycięstwa czarnoskórego prawnika Thurgooda Marshalla w walce o desegregację rasową Południa. Podobnie jak ten legendarny adwokat Bonauto pomogła obalić bariery prawne, które dyskryminowały mniejszości, a także pokazała, w jaki sposób prawo może stać się skutecznym narzędziem zmiany społecznej.
Reklama
Jako pełnomocnik 16 par gejów i lesbijek, którym rodzime stany odmówiły udzielenia ślubu, przekonała w zeszłym tygodniu amerykański Sąd Najwyższy (Supreme Court of the United States, SCOTUS), że zakazywanie homoseksualistom wstępowania w związki małżeńskie nie tylko czyni z nich obywateli drugiej kategorii, ale przede wszystkim narusza konstytucyjną gwarancję równych praw dla wszystkich Amerykanów bez względu na ich orientację seksualną.

Reklama
Pierwsze w przeszło 25-letniej karierze prawniczej Mary Bonauto wystąpienie przed sędziami SCOTUS było zarazem momentem kulminacyjnym w prowadzonej małymi krokami od początku lat 90. kampanii na rzecz równych praw do zawierania małżeństwa. To właśnie skromnej, poważnej adwokat przypisuje się główną rolę w opracowaniu i realizacji długofalowej strategii na rzecz małżeństw jednopłciowych opartej na sukcesywnym kwestionowaniu zakazów ustanawianych przez stany. Doceniła to Fundacja MacArthura, przyznając jej w 2013 r. prestiżowy „grant dla geniusza”.
Na początku lat 90., na długo zanim temat małżeństw jednopłciowych przedarł się do głównego nurtu debaty publicznej za oceanem, Bonauto, młoda prawniczka z tradycyjnej katolickiej rodziny z klasy średniej, zatrudniła się w małej kancelarii prawnej non profit GLAD (Gay & Lesbian Advocates & Defenders), walczącej z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość płciową. Stało się to kilka lat po tym, kiedy sama oświadczyła rodzicom, że jest lesbijką i chce pomagać osobom, które tak jak ona doświadczyły przejawów dyskryminacji i szykanowania. – Mogłam albo cierpieć z powodu systemu, albo zmienić system. Wybrałam to drugie – mówiła w wywiadzie dla dziennika „Boston Globe”.
Wielokrotnie przyznawała jednak, że przez lata odmówiła dziesiątkom par jednopłciowych, które prosiły ją o pomoc prawną w sporze sądowym o zawarcie małżeństwa. Po prostu nie wierzyła, że jedną, dwie dekady temu istniały najmniejsze szanse na to, aby taki pozew miał szanse powodzenia przed jakimkolwiek sądem apelacyjnym, nawet w najbardziej liberalnym stanie. I to mimo że większość spraw, którymi się zajmowała – o prawo do opieki nad dzieckiem, dostępu do informacji medycznej, prawo do zasiłku lub spadku po zmarłym partnerze – paradoksalnie nie istniałoby, gdyby homoseksualiści mieli prawo się pobierać.
– Zdarzało się, że zwracała się do mnie osoba zaatakowana przez wściekłą kelnerkę w Dunkin’ Donuts (popularny w USA fast food specjalizujący się w pączkach – red.), która zorientowała się, że obsługuje geja – wspominała dwa lata temu Bonauto na łamach „New York Timesa”. – Jak mogłabym myśleć o czymś tak luksusowym jak małżeństwo, skoro homoseksualiści na co dzień musieli konfrontować się z dyskryminacją w zatrudnieniu czy nękającą ich policją – dodawała.
Przełom przyszedł w 1997 r. po podpisaniu przez prezydenta Billa Clintona Defense of Marriage Act (DOMA), ustawy definiującej małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny oraz zezwalającej stanom na odmowę uznania małżeństw jednopłciowych zawartych w stanach, które je dopuszczają. Wraz z dwoma prawnikami aktywistami ze stanu Vermont Bonauto po raz pierwszy zgodziła się zaskarżyć do sądu przepisy stanowe zabraniające parom homoseksualnym zawierania związków partnerskich.
– Mam wrażenie, że politycy uważali nas wtedy za wariatów – wspominała po latach w rozmowie z portalem Buzzfeed. Ale zgodnie z jej nadziejami sprawa trafiła ostatecznie do Sądu Najwyższego Vermontu, który w 1999 r. orzekł, że władze muszą zapewnić parom gejów i lesbijek te same uprawnienia i gwarancje co parom heteroseksualnym. Ku niepocieszeniu prawniczki sprawa zakończyła się „tylko” wprowadzeniem związków partnerskich, a nie usankcjonowaniem małżeństw jednopłciowych.
To, co nie udało jej się w Vermoncie, powiodło się cztery lata później w Massachusetts. Reprezentując przed stanowym Sądem Najwyższym siedem par homoseksualnych, którym władze odmówiły wydania zgody na zawarcie związku małżeńskiego, w końcu usłyszała długo wyczekiwane słowa: uniemożliwianie gejom i lesbijkom korzystania z przywilejów małżeństwa jest sprzeczne ze stanową konstytucją. Sukces ten powtórzyła w Connecticut, a wkrótce za tym przykładem poszła legislatura stanu Maine, gdzie Bonauto mieszka wraz ze swoją wieloletnią partnerką (dziś już małżonką) i dwójką nastoletnich córek bliźniaczek.
W 2009 r., w znacznie bardziej sprzyjającym klimacie politycznym i przy większej przychylności opinii publicznej niż dekadę wcześniej, gdy stanęła przed sądami w Vermont, zrobiła krok dalej, zaskarżając konstytucyjność niesławnej DOMA. Trzy lata później federalny sąd apelacyjny nie miał wątpliwości, że kontrowersyjna ustawa jest oparta na „irracjonalnych uprzedzeniach” i narusza zasadę równej ochrony. Mimo starań prawniczki Sąd Najwyższy nie przyjął jej sprawy do rozpatrzenia (ostatecznie obalił DOMA na kanwie innej sprawy w 2013 r.).
Kiedy w ubiegłym roku SCOTUS zgodził się w końcu podjąć długo wyczekiwane rozstrzygnięcie dotyczące tego, czy zakazywanie gejom i lesbijkom zawierania małżeństw jest sprzeczne z konstytucją, Bonauto od początku była głównym kandydatem do konfrontacji z sędziami. Po wielomiesięcznych dwudziestogodzinnych sesjach na temat strategii oraz intensywnych próbnych rozprawach ostatecznie wybrano ją i Douglasa Hallwarda-Driemeiera, specjalistę od wygrywania spraw przed Sądem Najwyższym, z grona kilkudziesięciu adwokatów, którzy pracowali nad pozwem.