Praktyka nadal nie składa nauce prawa żadnych propozycji zbadania i rozwiązania konkretnych problemów występujących w państwie i w jego organizacji lub w gospodarce. A takich przecież nie brakuje
Od ponad pół wieku obserwuję zmiany zachodzące w nauce prawa. Było ich wiele. Jedne oznaczały postęp, inne zastój lub regres. Zasadne jest więc pytanie o obecny stan. Aby to ocenić, trzeba odnieść się do tego, co dla nauki jest najważniejsze. Porównajmy zatem zmiany, które miały miejsce w takich obszarach, jak osiąganie stopni i tytułów naukowych oraz kształcenie kadr naukowych, prowadzenie badań naukowych i publikacja ich wyników, zasobność bibliotek naukowych i możliwość korzystania z nowoczesnych środków technicznych, znaczenie dyskursu naukowego i kontaktów naukowych z zagranicą.
Reklama
Podczas studiów prawniczych i pierwszych lat pracy na uczelni nie rozumiałem zawiłości funkcjonującego wówczas systemu stopni i tytułów naukowych. W czasach stalinowskich pierwszym szczeblem kariery naukowej był stopień kandydata nauk prawnych. Dopiero po śmierci Stalina zaczęto nadawać stopień doktora nauk prawnych. Wtedy od nauczycieli akademickich nie wymagano posiadania habilitacji, ale wielu już wcześniej ją zrobiło. W latach 50. osoby ze stopniem doktora nauk prawnych, które wykazywały się znacznym dorobkiem naukowym, mianowano docentami, a w toku dalszej kariery także profesorami. Funkcjonowały zresztą dwa tytuły: profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego. Obydwa były nadawane przez prezydenta, a potem przez Radę Państwa. Dyplomy profesorskie wręczano uroczyście w Belwederze. Stąd do dziś funkcjonuje wyrażenie „profesor belwederski”.

Reklama
Z czasem stan ten zaczął się jeszcze bardziej komplikować. Adiunktów zobowiązano do uzyskania w ustawowym terminie (9 lat) habilitacji, a jej brak związano z konsekwencją usunięcia adiunkta z uczelni. W ten sposób wyłonił się problem tzw. przerośniętych adiunktów. Było ich wielu. To na ich barkach spoczywała większość zadań dydaktycznych, wychowawczych i organizacyjnych uczelni. Dlatego zwalniano ich niezbyt gorliwie. Jednych przekwalifikowano na inne etaty, innych zaś zaczęto po marcu 1968 r. powoływać na stanowisko docenta (tzw. docenci marcowi). Tylko nieliczni z nich zrobili potem habilitacje, a nawet sięgali po tytuły profesorskie. Dlaczego więc obecnie niektóre uczelnie sięgają ponownie po instytucję docenta bez habilitacji? Nie wiem, ale nie jest to lojalne wobec tych, którzy są rotowani z powodu braku dyplomu habilitacyjnego osiągniętego w ustawowym terminie.

Wysyp profesorów podwórkowych

Po 1989 r. miały miejsce kolejne zmiany w nauce. Najpierw zrezygnowano z tytułu naukowego profesora nadzwyczajnego. Potem zmieniono warunki i kryteria oceny oraz sposoby uzyskiwania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego oraz tytułu naukowego profesora. Pojawiła się też możliwość zatrudniania przez szkoły wyższe na stanowiska docenta (adiunktów bez habilitacji) i profesora nadzwyczajnego (czasami złośliwie określanego również mianem „profesora podwórkowego”). Przez pewien czas obowiązywał też podwójny tryb przeprowadzania postępowania kwalifikacyjnego, co wywołało zresztą wiele emocji i pośpiesznych ruchów ze strony zainteresowanych. Generalnie bowiem oceniano, że dotychczasowe zasady awansu naukowego były dla nich znacznie korzystniejsze. Dzięki temu przybyło szybciej niż oczekiwano pracowników ze stopniami naukowymi i tytułem naukowym. Na wydziałach prawa wielu uczelni oraz w Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów ( dalej CK) utworzyły się nawet kolejki oczekujących na przeprowadzenie i zakończenie postępowania kwalifikacyjnego.
Jak więc oceniać obecny stan rzeczy? Raczej pozytywnie, chociaż nie bez istotnych zastrzeżeń. Najwyraźniej określono kryteria kwalifikacyjne wymagane dla nadania stopnia doktora. Nie podoba mi się jednak to, że na równi z rozprawą doktorską można traktować „spójny tematycznie zbiór artykułów opublikowanych lub przyjętych do druku w czasopismach naukowych”. Zbyt długo pełnię funkcję redaktora czasopism naukowych i redaktora naukowego w wydawnictwie, abym nie wiedział o tym, że jedni wydawcy wymagają od autorów bardzo wiele i pomagają im doskonalić ich „dzieła”, ale inni publikują wszystko, co do nich wpłynie i to bez recenzji wydawniczej. Gdzie jest tu zatem miejsce na samodzielne opracowania autorskie? To samo zastrzeżenie dotyczy rozprawy habilitacyjnej, która obecnie może mieć formę „jednotematycznego cyklu publikacji”. Podoba mi się natomiast to, że minister określił jednoznacznie kryteria oceny osiągnięć osoby ubiegającej się o nadanie stopnia naukowego doktora habilitowanego. Uwzględnił wśród nich zarówno osiągnięcia naukowo-badawcze, jak i w zakresie dorobku dydaktycznego i popularyzatorskiego oraz we współpracy międzynarodowej. Nakazał to wyceniać w ustalonej punktacji. Natomiast wśród kryteriów oceny kandydatów do tytułu naukowego profesora nadal niejednoznacznie brzmi zwrot: „osiągnięcia naukowe znacznie przekraczające wymagania stawiane w postępowaniu habilitacyjnym”.

Uczył Marcin Marcina

Zastrzeżeń jest dużo więcej. Kształcenie przyszłych doktorów prawa odbywa się obecnie wyłącznie w systemie studiów doktoranckich. Już dawno zrezygnowano z przyjmowania asystentów stażystów lub asystentów i szkolenia ich w ramach katedry lub zakładu naukowego. Obecnie na studia doktoranckie zgłasza się tłum chętnych i fałszywie ambitnych absolwentów. Aby dostać się na nie, wystarczy znaleźć sobie opiekuna naukowego spośród samodzielnych pracowników wydziału. Chętnych do sprawowania opieki naukowej jest wielu, bo otrzymuje się za to odrębne wynagrodzenie, a ponadto wielu doktorów habilitowanych potrzebuje wypromować co najmniej dwóch doktorów, aby móc ubiegać się o tytuł naukowy. Wydziały prawa dbają o studia doktoranckie. Powołują do ich kierowania doświadczonego pracownika naukowego. Zatwierdzają program studiów oraz organizują jego realizację. Troska ta jest zrozumiała o tyle, że doktoranci mają obowiązek nieodpłatnego prowadzenia części zajęć dydaktycznych ze studentami (zwykle ćwiczeń). „Uczy więc Marcin Marcina”, bo inaczej nie można nazwać tego zjawiska. Tymczasem osoby przychodzące na studia doktoranckie chcą przygotować i obronić rozprawę doktorską. Uczelnia zabiera im czas i wyrządza krzywdę, kierując do pracy, której one nie są w stanie poprawnie wykonywać ze względu na brak przygotowania merytorycznego i pedagogicznego. Większość doktorantów rezygnuje więc wkrótce z kontynuowania studiów doktoranckich lub kończy je bez osiągnięcia głównego celu. Ten staje się zaś udziałem nielicznych, z których tylko niektórzy znajdują następnie zatrudnienie na uczelni. Tak obecnie kształci się młode kadry naukowców. Zgroza.
Razi mnie również i to, że w odniesieniu do kandydatów na doktorów habilitowanych przesadnie wymaga się „uczestnictwa w programach europejskich lub międzynarodowych, a także udziału w konsorcjach i sieciach badawczych lub udziału w komitetach redakcyjnych i radach naukowych czasopism, jak również członkostwa w międzynarodowych i krajowych organizacjach i towarzystwach naukowych bądź recenzowania projektów międzynarodowych”. Takim dorobkiem nie są w stanie legitymować się osoby ze stopniem doktora, podczas gdy przed kandydatami do tytułu naukowego profesora nie stawia się już tak wysokich wymagań. Słusznie oczekuje się natomiast od tych ostatnich, aby mieli doświadczenie w kierowaniu zespołami badawczymi realizującymi projekty finansowane w drodze konkursów krajowych i zagranicznych oraz aby odbyli staże naukowe i prowadzili prace w instytucjach naukowych, w tym zagranicznych. Trafnie sprecyzowano też wymagania w zakresie kształcenia kadr naukowych.

Wady postępowania przed komisją

Zwróćmy też uwagę na inne zmiany. Pozytywnie oceniam to, że obecnie recenzentami rozprawy doktorskiej lub dorobku habilitanta nie mogą być osoby z ośrodka, w którym jest prowadzone odpowiednie postępowanie kwalifikacyjne. Obronę rozprawy doktorskiej przeprowadza się teraz przed komisją wyłonioną przez radę wydziału. Jest to o tyle lepsze, że wąskie grono członków komisji słucha wreszcie tego, co ma do powiedzenia doktorant. Dzięki temu może też ocenić merytorycznie jego wystąpienie i następnie głosować w sprawie wniosku o nadanie doktorantowi stopnia naukowego, który następnie staje się przedmiotem decyzji (uchwały) rady wydziału.
Inaczej jest z habilitacjami. Zrezygnowano z przeprowadzania kolokwium habilitacyjnego z udziałem habilitanta. W to miejsce wprowadzono postępowanie przed komisją, o składzie której decyduje po części rada wydziału i CK. W posiedzeniu komisji nie uczestniczy habilitant, chociaż w razie wątpliwości komisja może wezwać go przed swoje oblicze. Wszystko ocenia się na podstawie zgromadzonej w sprawie dokumentacji i przedłożonych recenzji dorobku. Z perspektywy doświadczeń wyniesionych z udziału w pracach CK stwierdzam, że zastąpienie kolokwium habilitacyjnego dwustopniowym postępowaniem przed komisją i radą wydziału ma więcej wad niż zalet. Kandydaci nie mają szansy pokazania się i udzielenia odpowiedzi na pytania, które mogą zadawać im członkowie rady wydziału. Nie mają też możliwości obrony swoich racji przed komisją i radą wydziału. Tymczasem dla wielu członków rady wydziału ważniejszym od sprawozdania komisji pozostaje możliwość bezpośredniego poznania doktoranta lub habilitanta podczas ich wystąpień przed radą wydziału. Też jestem za tym.
O stanie nauki i poziomie uczonych decyduje przede wszystkim podejmowanie i prowadzenie badań naukowych oraz dokumentowanie (publikacje), wdrażanie i upowszechnianie ich wyników. Paradoksem okresu PRL było m.in. to, że w ramach gospodarki planowej nie było w szkołach wyższych obowiązku planowania badań naukowych. Uczelnie przedkładały do ministerstwa projekty swoich planów finansowych, które po zatwierdzeniu zawierały dyrektywne ustalenia wszelkich limitów i etatów oraz liczby studentów, a także wskazywały na podział środków finansowych przydzielonych uczelni. O tym, co i jak badać, decydował kierownik instytutu lub katedry (zakładu). Dotyczyło to zarówno jego własnych badań, jak i badań podejmowanych przez jego podwładnych. Przełożony mógł inicjować podejmowanie konkretnych tematów badawczych lub korygować je, gdy były one zgłaszane przez podwładnych. Tematykę badawczą wiązano prawie wyłącznie z potrzebami wynikającymi z konieczności uzyskania stopnia lub tytułu naukowego. Na prace naukowe prawników nie było jednak zamówień ze strony tzw. praktyki (np. chociażby ze strony wymiaru sprawiedliwości lub administracji państwowej).
Od wielu już lat, a zwłaszcza w ciągu ostatniej dekady, sytuacja na tym odcinku uległa diametralnej zmianie, przynajmniej formalnie. Prowadzenie badań i prac rozwojowych, świadczenie usług badawczych oraz transfer technologii do gospodarki uczyniono ustawowym zadaniem uczelni. Natomiast do obowiązków pracowników naukowo-dydaktycznych uczelni zaliczono prowadzenie badań naukowych i prac rozwojowych oraz rozwijanie twórczości naukowej. Z obowiązkami tymi związano system finansowania nauki, obejmujący zarówno finansowanie działalności badawczej uczelni, jak i wspomagania realizacji planów badawczych pracowników naukowo-dydaktycznych. Rozwiązaniom tym towarzyszy nowa organizacja zarządzania badaniami naukowymi (minister nauki i szkolnictwa wyższego, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju). Nieśmiało przebijają się wzmianki o „strategicznych programach badań naukowych i prac rozwojowych”. Czyżby wreszcie zrozumiano w Polsce, że bez nauki i badań naukowych nie może być żadnego postępu cywilizacyjnego? Oj, chyba niepotrzebnie się podnieciłem. Życie nie potwierdza bowiem tak dobrego stanu rzeczy.

Badanie plam na Księżycu

Praktyka nadal nie składa nauce prawa żadnych propozycji zbadania i rozwiązania konkretnych problemów występujących w państwie i w jego organizacji lub w gospodarce. Takich przecież nie brakuje. Być może praktyka ich nie dostrzega lub nie chce ich zlecać nauce w obawie utraty swojego autorytetu, co zakrawałoby już na kpinę! Planować działalność badawczą jednak trzeba, bo inaczej uczelnia nie otrzyma stosownych dotacji. Planuje się więc różne projekty badawcze. Jedne stają do konkursów (tzw. granty), gdzie są oceniane i nie zawsze kwalifikowane do odrębnego finansowania. Drugie składają się natomiast na tzw. prace własne wykonywane w ramach działalności statutowej uczelni i jej nauczycieli. Aby uzyskać na to środki finansowe wystarczy jedynie przestrzegać wymagań odnoszących się do terminów i formy składania propozycji.
Z przyznanej puli środków finansuje się następnie zarówno zakupy papieru i kopert, tonerów i dyskietek, a także koszty wyjazdów na konferencje naukowe lub zakupy książek do biblioteki itp. Tematy badawcze nie są w tym wszystkim najważniejsze. Najbezpieczniej jest więc podawać w planie badań naukowych tematy łatwe do wykonania lub tematy prac przygotowywanych w celu uzyskania stopnia lub tytułu naukowego. Część środków można wykorzystać na koszty publikacji tych prac. O tematyce badań nie decydują więc żadne obiektywne powody i potrzeby, lecz osobiste zainteresowania naukowe badaczy. To zaś nie zawsze sprzyja wypełnianiu przez naukę jej społecznej misji. Wtedy też pod adresem naukowców padają zarzuty, iż chętniej badają plamy na Księżycu niż problemy występujące na Ziemi. Coś w tym jest, ale też nie zawsze mniej zorientowani w sprawie potrafią zrozumieć sens i cele prowadzenia tzw. badań podstawowych, a często bez nich właśnie nauka nie czyni żadnego postępu.
Mimo podniesionych wyżej zastrzeżeń i krytycznych ocen nauka prawa w Polsce nie przedstawia się źle, a nawet wypada zupełnie dobrze w porównaniu z poziomem nauki prawa w innych państwach. Na każdym niemalże uniwersyteckim wydziale prawa jest co najmniej kilku wybitnych uczonych. Dzięki nim i ich współpracownikom powstają wartościowe monografie, komentarze i podręczniki. Stale przybywa prawników ze stopniami i tytułem naukowym. Wielu prawników-naukowców łączy swoją aktywność akademicką z jednoczesnym wykonywaniem różnych zawodów prawniczych. Prawnicy-naukowcy zapełniają składy najważniejszych krajowych i zagranicznych sądów i trybunałów. Mniej widoczni są wśród funkcjonariuszy publicznych, ale bezcenny jest ich udział w pracach kodyfikacyjnych i legislacyjnych, a także w doradztwie świadczonym na rzecz władzy publicznej. W ostatnim 25-leciu powstał znaczący dorobek naukowy w nowych obszarach badawczych. Dotyczy to zwłaszcza prawa europejskiego, prawa ochrony konkurencji, prawa konsumenckiego, prawa własności intelektualnej, prawa rynku finansowego, prawa gospodarczego publicznego, prawa ochrony środowiska itd. Dzięki temu możliwe jest kształcenie przyszłych prawników na miarę potrzeb i wyzwań, które niosą ze sobą globalizacja i skok cywilizacyjny.
Biblioteki jak zakurzone archiwa
Światowy postęp techniczny i zmiany ustrojowe, które miały miejsce w ostatnim ćwierćwieczu w Polsce, znakomicie poprawiły warunki prowadzenia badań naukowych. Dzisiejsi studenci i doktoranci nie chcą wierzyć w to, że kiedyś badania naukowe można było prowadzić bez udziału internetu, telefonii komórkowej, komputerów i drukarek lub możliwości kserowania itp. Nie wiedzą też o tym, że w przeszłości mocno utrudniony był dostęp do informacji publicznej oraz ograniczone były możliwości odbywania zagranicznych staży naukowych i publikowania prac naukowych. Nie rozwijam tego wątku, bo i tak młodzi czytelnicy nie uwierzą w to, o czym należałoby w tym miejscu napisać. Jest zatem zdecydowanie lepiej, ale też nie do końca dobrze.
Komputer umożliwia kopiowanie prac naukowych w całości lub w części. Problem tkwi jednak w tym, że jednych pcha to w stronę plagiatu, innych zaś zniechęca do kupowania książek. Kserowanie publikacji jest udziałem nie tylko studentów, lecz także uczonych. Wobec wysokich cen książek i czasopism biblioteki naukowe kupują niewiele lub wcale, natomiast wydawcy nie zawsze pamiętają o wysyłaniu do bibliotek obowiązkowych egzemplarzy wydawanych dzieł. Dotychczasowe biblioteki i czytelnie naukowe powoli stają się archiwami.
Wreszcie sprawa wydawania publikacji naukowych. W poprzednim ustroju możliwości publikowania monografii i podręczników były ograniczone. Korzystali z nich nieliczni autorzy, wobec których cenzura nie miała zastrzeżeń. W III RP na masową skalę rozwinęła się prywatna działalność wydawnicza. Po kilku latach na rynku prawniczych publikacji naukowych pozostały 2–3 oficyny o kapitale zagranicznym oraz wydawnictwa uczelniane. Teraz wydaje się dużo i chętnie, a nawet ładnie pod względem edytorskim, ale autorów traktuje się gorzej niż niewolników. Wydawcy konstruują bowiem zawiłe i wielostronicowe umowy, z których wynika tylko to, że oni mają prawo do wszystkiego, a autor prawie do niczego (a już napewno nie do godziwego wynagrodzenia). Część autorów musi się na to godzić, gdyż posiadanie publikacji naukowych stanowi podstawę oceny kwalifikacyjnej przy ubieganiu się o stopnie i tytuł naukowy. Nikt nie upomina się też o pieniądze, gdy w grę wchodzi wydanie księgi jubileuszowej lub pracy upowszechniającej dorobek konferencji naukowej.

Zanik dyskursu naukowego

Autorzy publikacji naukowych są zresztą „karani” wielokrotnie i to także przez państwo. Niedawno niekorzystnie zmieniono zasady liczenia kosztów uzyskania przychodów z działalności twórczej, bo przecież na uczonych jest łatwiej zarobić niż na oszustach podatkowych. Oliwy do ognia dolało też Ministerstwo Nauki ustalając listy czasopism, w których publikowanie zasługuje na punktację. Tę ostatnią odnosi się też do czasopism oraz do różnych rodzajów publikacji naukowych. W taki oto sposób wychodzący od 1946 r. miesięcznik „Państwo i Prawo”, będący najbardziej prestiżowym czasopismem prawniczym, jest wyceniony niżej niż wiele mało znaczących czasopism regionalnych. Ministerstwo nie widzi też potrzeby przyznawania żadnych punktów za przygotowanie i wydanie podręcznika akademickiego.
Najwyżej punktowane są publikacje w językach obcych. Słusznie. Wystarczy zatem poprosić o koleżeńską przysługę znajomego ze Słowacji lub z Czech, który z łatwością dokona przekładu polskiego tekstu na obcy dla nas język. Zbierają więc dzisiejsi uczeni te punkty, jak Legia lub ŁKS, aby na tej podstawie utrzymać się na uczelni (w lidze) lub pokonać kolejny szczebel kariery akademickiej (awansować do wyższej ligi).
Nie sprzyja rozwojowi nauki prawa kompletny niemalże zanik dyskursu naukowego, polemik i recenzji naukowych (niezwiązanych z postępowaniem kwalifikacyjnym). Dawniej tak nie było. Inaczej jednak organizowano konferencje naukowe i wszelkie zjazdy oraz seminaria naukowe. Ustalano jeden temat, nad którym dyskutowano w oparciu o jeden lub góra dwa referaty. Dyskusje kończyły się jakimiś ustaleniami, a dopiero potem był bankiet. Dzisiaj na konferencjach naukowych każdy „kłapie” na dowolny temat, a i tak wszyscy nie mogą doczekać się przerwy na lunch (obiadów już nie ma) i nadejścia uroczystej kolacji.
Nie doceniamy wartości spotkań i dyskusji naukowych w gronie tych, od których możemy się jeszcze wiele nauczyć lub usłyszeć opinię na temat naszych własnych prac. Boimy się też pisania recenzji naukowych, bo one kojarzą się nam zwykle z atakami ad personam na autora dzieła. Czy zresztą potrafimy dyskutować normalnie, mając na co dzień tak silne antywzorce medialne? Musimy przemóc się i pokazać innym, jak ważna misja spoczywa na nauce prawa i jak mocno należy ją dalej rozwijać. Jesteśmy to winni naszym podopiecznym i studentom prawa. Niech zapamiętają nas takimi, jakimi my wspominamy dzisiaj wybitnych profesorów prawa. Walczmy o swoje, dopóki nie pochłoną nas komercja i urzędnicza głupota.

Osoby przychodzące na studia doktoranckie chcą przygotować i obronić rozprawę doktorską. Uczelnia zabiera im czas i wyrządza krzywdę, kierując do pracy, której one nie są w stanie poprawnie wykonywać ze względu na brak przygotowania merytorycznego i pedagogicznego.

Najwyżej punktowane są publikacje w językach obcych. Wystarczy zatem poprosić o koleżeńską przysługę znajomego ze Słowacji lub z Czech, który z łatwością dokona przekładu. Zbierają więc dzisiejsi uczeni te punkty, jak Legia lub ŁKS, aby na tej podstawie utrzymać się na uczelni (w lidze)