Przykład? Pomysł był taki, by inżynierowie budownictwa ze specjalnością architektoniczną mogli projektować domy i obiekty nie tylko na wsi – jak dziś, ale lecz także w miastach. Jednak projekt ministerialnego rozporządzenia utrzymuje status quo. Efekt? Domy i budynki wiejskie (w zabudowie zagrodowej) będą wciąż mogli projektować nie tylko architekci, ale i inżynierowie, te zaś w mieście (zabudowa jednorodzinna) – tylko ci pierwsi. Czy domy na wsi z zasady są i mogą być brzydsze? Niekoniecznie, czasem wręcz przeciwnie. Czy są i mogą być mniej bezpieczne dla użytkowników? Z taką tezą na pewno nikt się nie zgodzi. Czyli projekty inżynierów są tak samo dobre, jak architektów. W przeciwnym razie mielibyśmy prawo pomyśleć, że zdaniem urzędników na wsi mieszkają obywatele drugiej kategorii. Więc o co chodzi ze wspomnianym utrzymaniem status quo? To, że o podział tortu, to jasne – rzecz w tym, że chyba o nic więcej. Oczywiście w ten sposób można zderegulować każdą profesję, zachowując wszystkie należne jej i nienależne przywileje. I konserwując rozmaite patologie, których w branży budowlanej – także w warstwie regulacyjnej – akurat nie brakuje. Tylko po co?

W przepisach, niezwykle restrykcyjnych, oczywiście wszystko się zgadza i w teorii funkcjonuje doskonale. Ale przeregulowany, a co za tym idzie bardzo kosztowny dla uczestników, rynek i tak działa po swojemu. Na przykład tak, że inwestor decyduje się na samowolę lub drogę na skróty, bo porządny projekt architekta, ekspertyza rzeczoznawcy (gdyż opinia inżyniera konstruktora często nie wystarczy, nawet jeśli jest bez porównania bardziej profesjonalna), zatrudnienie kierownika budowy (choćby za zryczałtowaną stawkę, by podpisał się pod dokumentami, skoro jest taki wymóg, i nie zawracał sobie głowy) plus skomplikowane, uciążliwe i długie procedury to po prostu dla niego zbyt wiele.