Mimo upływu lat książka jest bardzo przydatna: wzory pism w większości przypadków nadal mają zastosowanie w praktyce. Tak się złożyło, że zainteresowała mnie ta jej część, która związana jest z najbardziej stabilnymi rozwiązaniami zawartymi w naszym kodeksie cywilnym z 1964 r. – czyli z prawem rzeczowym. Zerkałem więc np. na wzory pozwów w sprawie rozgraniczenia nieruchomości, ustanowienia służebności czy ochrony naruszonego posiadania.

Krzysztof Jedlak, kierownik działu Gazeta Prawna

Krzysztof Jedlak, kierownik działu Gazeta Prawna

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Aktualność podręcznika potwierdziła zadziwiająca okoliczność. Przeglądałem też bowiem niedawną publikację „Wzory pism procesowych w...” – powiedzmy – sprawach cywilnych i innych (jednego ze znanych wydawnictw), autorstwa również kilku osób. Dość zabawnie wypadło zestawienie cen obu książek (z uwzględnieniem siły nabywczej pieniądza), ale to temat na inny artykuł. Mało zabawne wydało mi się co innego. Proste porównanie wzoru pozwu, np. o wydanie nieruchomości, prowadziło do jednego tylko wniosku: wzór aktualny to wierna kopia tego opublikowanego w 1982 r. Różnice dotyczą wyłącznie nazw miejscowości oraz nazwisk powoda i pozwanego. Reszta jest identyczna. Jednocześnie nie znalazłem żadnej wzmianki o autorze pierwowzoru – ani o prawach autorskich. A to rodzi brzydkie podejrzenie. Gdyby bowiem prawa majątkowe zostały odkupione, w skopiowanych (najwyraźniej) wzorach nie trzeba by było wprowadzać żadnych zmian (z wyjątkiem dat); a tym bardziej tak nieistotnych, jak nazwa miejscowości. Pozostawałaby jeszcze kwestia praw osobistych – chyba trzeba by i wypadało podać nazwisko tego, kto pierwszy wzór w określonym brzmieniu sporządził. Być może jestem w błędzie, a wszelkie sprawy związane z prawami autorskimi zostały uregulowane. Ale wrażenia są inne.

Zdumiony, porównałem wiele pism procesowych. Za każdym razem rezultat był taki sam: identyczne sformułowania (czasem zresztą bardzo oryginalne, co wytrąca z ręki argument, że chodzi o tę samą materię, więc daleko idące podobieństwo jest nieuniknione), a inne tylko daty i nazwy własne. Nie mam wątpliwości, że najprostszy program antyplagiatowy wykazałby tożsamość poszczególnych pism. Próżno w nowszym podręczniku szukać dla niej formalnego usprawiedliwienia.

Oczywiście jest jeszcze jedna możliwość. Wzory zostały udostępnione wszystkim zainteresowanym po to, aby z nich czerpać pełnymi garściami, a więc i po to, by je w praktyce kopiować, wpisując jedynie właściwe daty, nazwy i nazwiska. Czyli że problem praw autorskich z założenia nie występuje. Ale jednak co innego wykorzystanie wzoru na użytek sprawy sądowej, a co innego po to, by wprowadzić na rynek księgarski identyczny w odpowiednich fragmentach produkt. A nawet, gdyby kwestia praw autorskich nie była aktualna, pozostaje jeszcze kwestia przyzwoitości. Pytanie też do kogo trafiają w takim wypadku wysokie tantiemy.

To, że studenci mają problem z kopiowaniem cudzych treści, wiadomo od dawna. To, że jest to problem głębszy i obejmuje wielu naukowców i ich specjalistyczne dzieła, też staje się oczywiste. Ale że dotyczyć to może również autorów książek prawniczych, budzi jednak zdziwienie. I – jeśli prawdziwe jest przypuszczenie, że chodzi o kopiowanie bez zgody autorów (ich następców prawnych), a jeśli zgoda nie była konieczna – o pasożytowanie na ich pracy dla osiągnięcia wysokich zysków – co najmniej niesmak.

Nadzieja w tym, że programy antyplagiatowe wkrótce bardzo się upowszechnią.