Emilia Świętochowska: W Polsce rysownicy sądowi znani są przede wszystkim z amerykańskich filmów. Jak wyglądała pani droga do tego zawodu?

Elizabeth Williams*: Po skończeniu college’u zdałam do szkoły plastycznej, bo chciałam zająć się tworzeniem profesjonalnych szkiców dla projektantów lub magazynów modowych. Po dyplomie wyjechałam od razu Los Angeles i zaczęłam rysować dla kostiumologów w Hollywood, którzy projektowali ubiory sceniczne m.in. dla Liberace i Cher. Jako dwudziestokilkuletnia freelancerka ledwo jednak wiązałam koniec z końcem. Nauczyciel rysunku rzucił pomysł, że mogłabym dodatkowo zarabiać rysując na procesach sądowych, bo umiałam tworzyć wierne portrety i, co bardzo istotne w moim zawodzie, pracowałam bardzo szybko. Jeden z doświadczonych artystów sądowych, którego poznałam na rozprawach w Kalifornii pomógł mi zdobyć sporo cennych kontaktów i zaczął polecać mnie różnym gazetom, agencjom informacyjnym i stacjom telewizyjnych. To był przełomowy etap w mojej karierze, bo właśnie wtedy wypracowałam swój indywidualny styl, a moje prace zaczęły być rozpoznawane i doceniane przez różne media. W końcu dostałam też stałe zlecenia z telewizji CBS i przeniosłam się do Nowego Jorku, co z kolei otworzyło mi drogę do udziału w najgłośniejszych procesach sądowych, jakie miały miejsce w Ameryce w ostatnich latach. Ponieważ w większości sądów federalnych nagrywanie i robienie zdjęć podczas rozpraw jest nadal zakazane, musiałam nauczyć się współpracować z reporterami, którzy podobnie jak fotografom podpowiadają mi, kogo chcieliby zobaczyć na rysunku oraz jak sobie go w ogólnym zarysie wyobrażają. Dzięki temu nauczyłam się szybko wychwytywać zdarzenia mające szansę trafić do wieczornych wiadomości oraz ujęcia zasługujące, aby znaleźć się na pierwszych stronach gazet. O ile Kalifornia to centrum procesów celebrytów, o tyle w Nowym Jorku z naturalnych względów jedną z moich „specjalności” stały się sprawy o przestępstwa gospodarcze i terroryzm. Na swoje konto zapisałam rysunki m.in. z procesów o wykorzystywanie informacji poufnych przez „wilków” z Wall Street czy z procesu niesławnego twórcy piramidy finansowej Berniego Madoffa. Zanim jednak trafiłam na początek kolejki do takich prestiżowych zleceń, minęło sporo czasu.

EŚ: Czy aby zostać rysownikiem sądowym trzeba zdobyć specjalną licencję potwierdzającą kwalifikacje, czy może wystarczy pokazać przy wejściu kredki i blok rysunkowy?

Reklama

EW: Ilustratorzy z reguły są zatrudnieni przez media, a więc mają zwykłe akredytacje prasowe, które wystawia policja. Na salach sądowych zajmujemy też siedzenia zarezerwowane dla prasy, przy czym zwyczajowo to my mamy pierwszeństwo do krzeseł w pierwszym rzędzie. Oczywiście zajęcie miejsca z jak najlepszym widokiem na ławę oskarżonych, przysięgłych i świadków jest kwestią priorytetową, bo od tego zależy, czy z uda mi się uchwycić reakcje i zdarzenia, które najbardziej interesują mojego pracodawcę oraz zaoferować mu co najmniej kilka propozycji szkiców. Wprawdzie nie przypominam sobie, żebym musiała kiedyś walczyć o krzesło, ale nieraz musiałam być w sądzie już o piątej rano, aby nie wylądować gdzieś przy ścianie.

EŚ: Jakiego typu przestępców rysuje się najtrudniej?

Reklama

EW: Dużo problemów sprawia mi szkicowanie celebrytów, gdyż rozdźwięk między tym, jak prezentują się przed sądem a wizerunkiem wykreowanym w telewizji, bywa tak ogromny, że na rysunkach czasem detale decydują o tym, że można ich rozpoznać. Bardzo trudno jest oddać podobieństwo sławnej osoby na ilustracji, której sceneria wydaje się całkowicie nienaturalna dla przedstawianej postaci. Tak było na przykład w przypadku Marthy Stewart, którą wszyscy znamy głównie jako pogodną mistrzynię dobrego stylu i szykowną posiadaczkę olbrzymiej fortuny.

Tymczasem kiedy stanęła przed sądem jako oskarżona w sprawie o wykorzystywanie informacji poufnych, zupełnie nie przypominała wpływowej kobiety z klasą, jaką zawsze odgrywa w programach rozrywkowych. W czasie rozprawy sprawiała wrażenie chłodnej, powściągliwej i obojętnej osoby nieustanne wpatrzonej w jakiś martwy punkt na ścianie. Z nikim nie rozmawiała, a nawet nie zdradzała oznak, że to, co się dzieje wokół w ogóle do niej dociera. I to właśnie starałam się utrwalić na swoich rysunkach. Zwykle rozpoczynam szkicowanie od kluczowego elementu, czyli rysów twarzy postaci i pamiętam, że kiedy zabrałam się za Marthę Stewart po drodze wyrzuciłam mnóstwo nietrafionych szkiców zanim udało mi się uchwycić ten jej kamienny, nieznany publiczności wyraz twarzy, a jednocześnie sprawić, że nadal można było w niej rozpoznać gwiazdę telewizji. Podobny problem miałam z narysowaniem Micka Jaggera, kiedy wytoczono mu proces o plagiat w 1988 r. Na sali sądowej zachowywał się jak poirytowany malkontent utyskujący, że ktokolwiek ma czelność podważać jego autorstwo piosenki. Takiego Micka Jaggera do tej pory nie można było nigdzie zobaczyć, dlatego dopiero po kilku nieudanych próbach stworzyłam dobry rysunek, na którym można rozpoznać w nim gwiazdę rocka.

EŚ: Ma pani na swoim koncie pracę przy wielu burzliwych, kontrowersyjnych procesach, jak choćby w sprawie sprawców zamachu na World Trade Center w 1993 r. czy zięcia i kuriera Osamy bin Ladena Sulaimana Abu Ghaitha. Czy emocje, jakie panują w takich sytuacjach na sali sądowej udzielają się pani przy pracy?

EW: Teraz już nie. Pamiętam jednak wrażenie przytłoczenia, jakie towarzyszyło mi, kiedy jako dwudziestoparolatka po pierwszy raz pracowałam przy głośnym procesie sądowym. Była to sprawa Johna Deloreana, sławnego potentata przemysłu motoryzacyjnego oskarżonego o handel narkotykami. Nie zapomnieć zwłaszcza wyrazu oszołomienia na twarzy jego młodej żony, modelki Cristiny Ferrare, kiedy próbowała podnosić na duchu swojego męża. Dziś już nie przejmuję się podobnymi scenami ani nie mam czasu na współczucie dla oskarżonych. Tym bardziej że w pracy dla całodobowych telewizji i agencji informacyjnych obowiązują sztywne deadline’y. Zrobienie dobrego rysunku, który utrwala pewien ważny moment, a do tego oddaje podobieństwo postaci, wymaga ogromnego skupienia i cierpliwości. Zawsze więc czekam na ten kluczowy obraz lub zdarzenie, jakie najlepiej moim zdaniem ilustruje historię całego procesu. Rysując czasem nawet nie spoglądam na papier, bo w międzyczasie staram się zapamiętać jak najwięcej detali.

EŚ: Czy na któryś z etapów procesu czeka pani ze szczególnym zainteresowaniem?

EW: Nie koncentruję się na szczegółach przebiegu sprawy, a wyłącznie na uczestnikach procesu. Oczywiście nie w każdym można już na pierwszy rzut oka wychwycić głównych bohaterów, którzy mają potencjał rysunkowy jak np. Anna Chapman, rudowłosa piękność zatrzymana w Nowym Jorku za szpiegostwo w 2010 r. na rzecz Rosji wraz z kilkoma innymi osobami.

Nieczęsto zdarzają się też takie kuriozalne widoki jak zaszokowany Dominique Strauss-Kahn siedzący na ławce między czarnoskórymi i latynoskimi handlarzami narkotyków i drobnymi złodziejami w oczekiwaniu na przesłuchanie.

EŚ: Czy pani praca kiedykolwiek rozzłościła kogoś na sali sądowej?

EW: Nie przypominam sobie. Jedna z moich koleżanek rysowniczek miała swego czasu problemy z prawnikami, którym nie podobało się, jak przedstawiła ich w swoich pracach. A to domagali się, żeby ich nosy były mniejsze, a to chcieli wyglądać młodziej i sympatyczniej. Oczywiście spotkałam się z prośbami od osób, które chciały, aby na rysunku odjąć im 10 kilogramów, ale zawsze w formie żartów. Natomiast zdarzyło się, że czułam się na sali sądowej naprawdę niebezpiecznie. Najbardziej pamiętna jest dla mnie sprawa dwóch młodych białych chłopców oskarżonych o zamordowanie czarnego mężczyzny. Podczas rozprawy wraz z pozostałymi rysownikami siedziałam między rodziną podejrzanych a ławą przysięgłych.

Kiedy ogłoszono wyrok uniewinniający jednego z oskarżonych, na widowni i wśród członków rodziny ofiary zapanował gwałtowny zamęt i rozwścieczenie. Tłum po prostu eksplodował i w pewnym momencie myślałam, że nas stratuje. Na szczęście sytuacja uspokoiła się po interwencji Ala Sharptona, znanego przywódcy ruchu praw obywatelskich.

EŚ: Czy sędziowie instruują rysowników w kwestii tego, co można, a czego nie można rysować?

EW: Sędziowie starają się szczególnie chronić tożsamość nieletnich, ofiar przestępstw seksualnych i ławników, dlatego często proszą nas o zmianę rysów twarzy lub ich zamaskowanie. W takich przypadkach stosuję różnego rodzaju wybiegi, np. rysuję twarze ukryte w dłoniach lub postacie z pochylonym głowami. Jeszcze w latach 80. nie było takich ograniczeń i robiłam ilustracje na rozprawach, gdzie zezwalano na portretowanie czterolatków. Dziś wydaje się to szokujące, ale pamiętam, że na jednym z procesów rysowaliśmy nawet ssące kciuk dziecko, które zeznawało w sprawie o molestowanie seksualne.

EŚ: Biorąc pod uwagę fakt, że w sądach federalnych wciąż obowiązuje zakaz nagrywania I fotografowania rozpraw, rysownicy sądowi na razie chyba nie narzekają na brak zleceń?

EW: Wręcz przeciwnie, to raczej umierająca sztuka. Wraz z rozwojem mediów elektronicznych, pojawieniem się internetowych zbiorów fotografii i ilustracji oraz Photoshopa coraz mniej gazet i stacji telewizyjnych jest chętnych płacić za rysunki. Zmienił się także sam sposób opisywania wydarzeń przez media, nie mówiąc już o cięciach wydatków, jakie kryzys wymusił w ostatnich latach. Dwie dekady temu dzień w dzień chodziłam na trwające miesiącami procesy i nie miałam takiej presji czasu jak teraz, kiedy rysunek muszę czasem skończyć w 20 minut. O ile dziś w całych Stanach pewnie kilku rysowników dostaje regularne zlecenia, o tyle w najlepszym okresie dla mojego zawodu w samym Nowym Jorku pracowało kilkunastu rysowników. Największy boom na „sztukę sądową” trwał mniej więcej od połowy lat 60. do połowy lat 90. XX w., napędzany przez powstające całodobowe stacje informacyjne i media specjalizujące się w wiadomościach gospodarczych. Nawet jednak w tym złotym okresie raczej nie można było przeżyć, koncentrując się wyłącznie na rysowaniu w sądzie. Dlatego jak większość moich kolegów robiłam też grafiki reklamowe czy ilustracje do książek. Co więcej, wiele sądów stanowych zezwala już na robienie zdjęć na sali rozpraw. W momencie gdy sądy federalne, w tym Sąd Najwyższy zdecydują się na podobny krok, mój zawód po prostu zaginie.

Rozmawiała Emilia Świętochowska

*Elizabeth Williams w ciągu ponad trzydziestoletniej kariery pracowała podczas wielu głośnych nowojorskich procesów, m.in. Dominique’a Strauss-Kahna, Micka Jaggera, Marthy Stewart, terrorystów Al-Kaidy i bossa nowojorskiej mafii Gambino Johna Gottiego. Jej prace pojawiały się na okładkach m.in. dziennika „New York Times”, „Wall Street Journal” i „USA Today”.