Czy państwo może uzależniać prawo do sądu od wcześniejszego wpłacenia 5 mln zł? Na odpowiedź na to pytanie od ponad czterech lat czekają przedsiębiorcy startujący w publicznych przetargach. Wprowadzone wówczas przepisy sprawiły, że przy opiewających na więcej niż kilka, kilkanaście milionów złotych zamówieniach przedsiębiorcy praktycznie nie skarżą się do II instancji. Chodzi o art. 34 ust. 2 ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych (t.j. Dz.U. z 2010 r. nr 90, poz. 594 ze zm.).

Zgodnie z tym przepisem od skargi na rozstrzygnięcie Krajowej Izby Odwoławczej dotyczące czynności podjętych po otwarciu ofert w przetargu pobiera się opłatę stosunkową w wysokości 5 proc. wartości zamówienia, jednak nie więcej niż 5 mln zł. W praktyce oznacza to, że jeśli zamówienie ma wartość 10 mln zł, to firma, która chce zaskarżyć wyrok KIO, musi zapłacić 500 tys. zł. Jeśli przetarg dotyczy 100 mln zł, to w grę wchodzi już 5 mln zł.

– Przed żadnym innym sądem w Polsce nie wymaga się wniesienia tak kuriozalnie dużej opłaty. Owszem, w sprawach gospodarczych również jest ona stosunkowa i również wynosi 5 proc. wartości przedmiotu sporu. Tyle że górną granicę wyznacza kwota 100 tys. zł, a nie 5 mln zł. Żaden przedsiębiorca nie zaryzykuje utraty takich pieniędzy. Tym bardziej że orzecznictwo w sprawach zamówień publicznych ewoluuje i prawie nigdy nie można mieć pewności, jaki wyrok zapadnie – tłumaczy Robert Mikulski, radca prawny z kancelarii P. Stopczyk & R. Mikulski, który zaskarżył wskazany przepis do Trybunału Konstytucyjnego. We wtorek odbędzie się rozprawa (sygn. akt SK 12/13).

Bez prawa do sądu

Skarga dotyczy dużego przetargu, w którym wystartowało również konsorcjum reprezentowane przez Roberta Mikulskiego. W odwołaniu złożonym do Krajowej Izby Odwoławczej przekonywało, że konkurent powinien zostać wykluczony z konkursu. Skład orzekający uznał jednak, że odwołanie wpłynęło po terminie, i odrzucił je, nie rozpoznając merytorycznie sprawy. Konsorcjum było przekonane, że dopełniło wszystkich formalności i postanowiło dowieść tego w II instancji. Składając skargę na postanowienie KIO, jednocześnie wniosło o zwolnienie z kosztów sądowych. Ze względu na wartość zamówienia opłata powinna wynieść 5 mln zł. A tyle konsorcjum nie było w stanie zapłacić.

„W związku z tym, że skarżący nie miał dostatecznych środków na uiszczenie wpisu w wysokości maksymalnej, tj. w wysokości 5 mln zł, zwrócił się o zwolnienie go od kosztów sądowych w tym zakresie. Podkreślenia wymaga, że kwota wpisu od skargi stanowiła kwotę prawdopodobnie równą potencjalnemu zyskowi, jaki skarżący mógł uzyskać z realizacji zamówienia. Należy dodać przy tym jednak, że wypracowanie takiego zysku byłoby obarczone dosyć dużym ryzykiem gospodarczym” – wyjaśniono w skardze do TK.

Sąd nie uwzględnił wniosku o zwolnienie z kosztów i wezwał do wpłacenia 5 mln zł. Gdy pieniądze nie wpłynęły w wyznaczonym czasie, odrzucił skargę na wyrok KIO.

W skardze do TK prawnik konsorcjum dowodzi, że przepis dotyczący wysokości opłaty pozbawił jego klienta, tak jak i wielu innych przedsiębiorców, prawa do sądu. Wskazuje też na inne normy konstytucyjne: prawo do zaskarżania wyroków wydanych w I instancji czy zakaz zamykania drogi sądowej dochodzenia naruszonych wolności lub praw.

– Rozumiem, że system musi być tak skonstruowany, aby chronić sądy przed zasypaniem ich sprawami przez pieniaczy. Niemniej jednak nie może to odbierać dostępu do sądów tym, którzy mają uzasadniony interes w dochodzeniu swych praw – przekonuje Robert Mikulski.

Jego skargę poparł rzecznik praw obywatelskich. W stanowisku przekazanym TK uznał on, że w omawianym przypadku – podobnie jak w sprawach cywilnych – powinna obowiązywać maksymalna opłata w kwocie 100 tys. zł. I dodał, że nie ma żadnych racjonalnych argumentów wskazujących, że nie byłaby ona wystarczająca do „wyeliminowania przypadków nadużywania prawa do składania skarg do sądu powszechnego od rozstrzygnięć KIO”. „Ustanowienie opłaty maksymalnej znacznie przekraczającej wskazany pułap nie znajduje żadnego uzasadnienia i jest postrzegane jako faktyczne ograniczenie prawa do sądu” – napisał RPO.

Drugie podejście

Trybunał będzie się zajmować kontrowersyjnym przepisem nie po raz pierwszy. Przed trzema miesiącami badał dwie połączone sprawy dotyczące tej samej opłaty. Z przyczyn formalnych kluczową część postępowania umorzył (sygn. akt SK 25/11). Doszedł bowiem do wniosku, że zaskarżony przepis należy rozbić na dwie normy prawne – jedną dotyczącą opłaty stosunkowej (czyli 5 proc. wartości zamówienia) i drugą dotyczącą maksymalnej opłaty (czyli 5 mln zł). Pierwszą normę uznał za w pełni konstytucyjną, a w sprawie drugiej postępowanie umorzył. A to dlatego, że żaden ze skarżących przedsiębiorców nie musiał uiszczać maksymalnej opłaty w wysokości 5 mln zł (jedna z firm miała wnieść nieco ponad 1 mln zł, a druga dużo mniej).

Mówiąc wprost, TK nie wypowiedział się w ogóle na temat tego, czy opłata przekraczająca 100 tys. zł ogranicza w nadmierny sposób dostęp do sądu, czy nie.

„To nie znaczy, że trybunał nie dostrzega problemów, jakie występują w dostępie do sądu na tle art. 34 ust. 2 u.k.s.c. i podczas stosowania tego przepisu. Zgodność z konstytucją uregulowania górnej granicy opłaty sądowej w sprawach z zakresu zamówień publicznych na poziomie 5 mln zł może być jednak kwestionowana w trybie kontroli abstrakcyjnej albo też w trybie kontroli konkretnej, jeśli wysokość opłaty sądowej w danej sprawie osiągnęła wyznaczony ustawowo poziom” – napisano w uzasadnieniu styczniowego wyroku.

Oznacza to, że wyrok w sprawie, która we wtorek trafi na wokandę, może już być zupełnie inny. Skarżący był bowiem wzywany do uiszczenia maksymalnego wpisu, czyli 5 mln zł. TK powinien więc tym razem merytorycznie rozstrzygnąć problem.

Zdania odrębne do styczniowego wyroku zgłosiło dwóch z pięciu sędziów orzekających. Co ciekawe, obaj będą rozstrzygać w sprawie, która będzie rozpatrywana na wtorkowej rozprawie (w przeciwieństwie do pozostałych trzech ). Sędzia Leon Kieres w napisanym przez siebie zdaniu odrębnym nie miał wątpliwości, że kwestionowany przepis ogranicza prawo do sądu. Sędzia Andrzej Wróbel przyłączył się do jego argumentacji.

System musi chronić sądy przed lawiną skarg, ale nie za wszelką cenę