Aneta Mościcka: Prezydencki projekt zmian w Prawie o ustroju sądów powszechnych przewiduje ponowne wprowadzenie do prawa funkcji asesora sądowego? Jak pan ocenia ten pomysł?

Maciej Strączyński, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia: Wprowadzenie asesury to konieczność. Obecny system powoływania sędziów po prostu się nie sprawdza. Podstawowym problemem jest fakt, że o stanowisko sędziego może się ubiegać ktoś, kto nigdy w życiu nie był na sali rozpraw. Przygniatająca większość starających się o tytuł sędziego to asystenci sędziów i referendarze, prawnicy samodzielnie wykonujący zawody kandydują znacznie rzadziej. Krajowa Rada Sądownictwa nie ma jak sprawdzić, jak np. asystent, który nigdy samodzielnie nie pracował, czy też referendarz, podejmujący decyzje tylko przy komputerze i w niewielkim zakresie merytorycznym (wpisy do ksiąg wieczystych, nakazy w sprawach cywilnych), poradzi sobie na sali rozpraw, w ogniu walki toczonej przez strony. To wymaga innych predyspozycji psychicznych, warunki podejmowania decyzji są odmienne. Rada musi więc wybierać niemal w ciemno z masy pozornie jednakowych kandydatów. Po jej decyzji mamy zaś sędziego, który czy się sprawdzi, czy nie, pozostanie dożywotnio w służbie, gdyż usunąć go z niej można tylko w postępowaniu dyscyplinarnym, z konkretnych, i to poważnych przyczyn.

AM: Czy nie uważa pan, że prezydencki projekt zostanie podzieli los wcześniej obowiązujących przepisów i zostanie uznany przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z konstytucją? Konstytucja stanowi, że wymiar sprawiedliwości sprawują sądy, a Trybunał orzekł, w 2007 r., że powierzanie czynności sądowych asesorom jest sprzeczne z ustawą zasadniczą.

Reklama

MS: Instytucja asesora była sprzeczna z konstytucją dlatego, że powoływał go i mógł w każdej chwili odwołać minister sprawiedliwości, a więc przedstawiciel władzy wykonawczej. Asesor był zatem od niego zależny i z tego powodu nie był niezawisły. Trybunał Konstytucyjny sygnalizował przed wydaniem wyroku z 2007 r., że ta właśnie sytuacja, a nie co innego, jest sprzeczna z konstytucją. Politycy te sygnały całkowicie zignorowali, odrzucili także opinie innych prawników i nakierowali się na stworzenie systemu opartego na nowo powołanej Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Trybunał musiał więc uchylić wszystkie przepisy o asesorach, skoro nie zostały one skorygowane. Jeżeli zaś asesor będzie powoływany przez organ należący do władzy sądowniczej albo - tak jak sędzia - przez Prezydenta RP i nie będzie odwoływalny, jego sytuacja będzie zupełnie inna.

AM: Projekt przewiduje analogiczny model powoływania asesorów do tego, jaki obowiązuje wobec sędziów. Chodzi tu między innymi o powoływanie asesorów przez prezydenta, przyznanie im immunitetu sędziowskiego. Skoro zatem droga dojścia do zawodu sędziego ma być taka sama dla sędziów i asesorów, czy racjonalne jest ponowne wprowadzanie asesorów do wymiaru sprawiedliwości?

Reklama

MS: Asesor to tradycyjna polska nazwa, znamy ją nawet z „Pana Tadeusza”. W innych krajach to stanowisko nazywa się sędzia na próbę. Jeżeli taki sędzia nie sprawdzi się w orzekaniu, będzie można z jego usług zrezygnować i nie będziemy skazani na to, że skoro już sędzią został, to musi nim zawsze być, będąc nieusuwalnym dla ochrony niezawisłości. Taki system istnieje np. w Niemczech i świetnie funkcjonuje: sędzia powoływany jest najpierw na próbę, a potem dopiero dożywotnio. Poza tym powołanie asesora będzie trwało krócej i będzie prostsze niż powołanie sędziego, umożliwi więc szybsze obsadzanie zwolnionych etatów. A obecnie powołanie sędziego trwa już około półtora roku i przez ten czas etat jest nieobsadzony.

AM: Czy patrząc na poprzedni model asesorzy odegrali pozytywną rolę w wymiarze sprawiedliwości?

MS: Tak. Ta droga do zawodu sędziego po prostu się sprawdzała. Sędziami w Polsce nie chcą zostawać, jak w krajach o wysokiej kulturze prawnej, najlepsi prokuratorzy, adwokaci, radcowie. Zawód sędziego jest za mało atrakcyjny, by być koroną zawodów prawniczych i puste deklaracje polityków tego nie zmienią. Warunki służby sędziów są ciągle zmieniane na ich niekorzyść. Mam na myśli ograniczanie samorządności, stałe zwiększanie nadzoru ministra, wzrost obciążenia wynikający ze zwiększania kognicji sądów przy tej samej obsadzie kadrowej, jak i pogarszanie warunków socjalnych i płacowych (odebranie z dnia na dzień wcześniejszego stanu spoczynku sędziom będącym od wielu lat w służbie, obniżenie uposażenia chorobowego, zamrażanie waloryzacji). To zniechęca doświadczonych prawników do podejmowania służby sędziowskiej: nikt nie wie, co politycy jeszcze wymyślą, czym uderzą w nielubianych sędziów. Tylko dla asystenta sędziego i referendarza służba sędziowska jest faktycznym awansem i oni stanowią przytłaczającą większość chętnych. Ale oni, o czym już mówiłem, mogą okazać się zarówno świetnymi, jak i słabszymi kandydatami, a sprawdzić ich znacznie trudniej niż prokuratora, adwokata czy radcę prawnego. Ci mogą się wylegitymować licznymi prowadzonymi sprawami i ich rezultatami.

AM: Czy mając na względzie obecne potrzeby wymiaru sprawiedliwości asesorzy są potrzebni, czy też będzie to zbędne generowanie kosztów niepotrzebnych etatów?

MS: Nie będzie ani jednego nowego etatu. Po prostu część etatów, które zwolnią odchodzący sędziowie, przemianowanych zostanie na asesorskie i obsadzą je asesorzy, a potem, jeśli zostaną sędziami, etaty te znowu staną się sędziowskimi. Nawet wystąpi pewna oszczędność, bo przecież asesor będzie zarabiał mniej niż sędzia, chociaż jakiekolwiek oszczędzanie na wymiarze sprawiedliwości trudno mi zachwalać.

AM: W uzasadnieniu prezydenckiego projektu czytamy, że stworzenie stanowiska asesora sądowego pozwoli na dokonanie oceny predyspozycji i cech charakteru sędziego przed wyposażeniem go w atrybut nieusuwalności oraz w kompetencje do rozpoznawania spraw o większej wadze. Projekt jednak nie wyjaśnia, co w sytuacji, gdy dany kandydat okaże się nieprzydatny do wykonywania zawodu sędziego. Czy oznacza to dla podatników wieloletnie finansowanie etatów dla osób, które nie powinny zostać sędziami?

MS: Oczywiście, że nie. Asesorem przecież nie będzie można być dożywotnio, będzie on powoływany maksymalnie na pięć lat albo też na okres krótszy z możliwością przedłużania maksymalnie do pięciu lat. Jeśli asesor się nie sprawdzi i nie zostanie w tym czasie powołany na sędziego, jego stosunek służbowy wygaśnie i pożegna się on z salą sądową. Zwolniony etat będzie obsadzony na nowo przez asesora lub sędziego. Sam byłem asesorem, podobnie jak większość sędziów mojego pokolenia. Zacząłem orzekać jako asesor mając zaledwie 25 lat. Dziś wiem, że byłem za młody, by być sędzią, bo asesor w istocie sędzią jest. Wtedy tego nie wiedziałem, również dlatego, że przełożeni dbali, by młodzi asesorzy nie dostawali spraw, w których rozpoznaniu niewielkie doświadczenie życiowe mogło być przeszkodą. Nadto wtedy asesura trwała do dwóch lat i rzadko ją przedłużano. Jednak nawet taki okres dawał możliwość oceny i bywało, że asesor, który się nie sprawdzał, odchodził ze służby i nie był powoływany na sędziego. Teraz asesorami zostawać będą prawnicy nie aż tak młodzi, a okres asesury będzie znacznie dłuższy. Nie boję się więc zarzutu o eksperymentowanie na żywych ludziach, czyli stronach.

AM: Wielu referendarzy sądowych skarży się na wieloletni czas oczekiwania na etat sędziego, zbędne powielanie kosztów dokumentacji w kolejnych „podejściach” w staraniu się o nominację sędziowską. Co należało – pana zdaniem – zmienić w obecnym modelu dochodzenia do zawodu sędziego?

MS: Docelowo - wszystko. Doprowadzić do stanu, w którym służba sędziowska będzie koroną zawodów prawniczych, dobrą ofertą dla wszystkich doświadczonych prawników, zarówno zawodowo, jak i socjalnie. Na to jednak liczyć trudno, bo kierunki działania polityków, o czym już mówiłem, są dokładnie przeciwne, chociaż usiłują oni ukazywać służbę sędziowską jako niesłychanie atrakcyjną i pełną niesłusznych przywilejów. Wszystkie rozwiązania inne niż „korona zawodów” to półśrodki wynikające z faktu, że w Polsce dla władz politycznych oszczędzanie na sądownictwie jest ważniejsze od jakości kadr i poziomu orzecznictwa. Asesor to też półśrodek, ale przynajmniej pozytywnie sprawdzony w Polsce i w niejednym kraju, choć może pod inną nazwą. Referendarzom, a także asystentom się nie dziwię, bo wielu z nich chce docelowo być sędziami, po to wykonują obecny zawód i regularnie się o miejsca sędziowskie ubiegają. Ilość wolnych miejsc będzie jednak zawsze znacznie przekraczała ilość chętnych spośród nich. Czekają więc latami, powtarzając zgłoszenia. Tego problemu już się tak łatwo nie rozwiąże.

Rozmawiała Aneta Mościcka