Robią je sobie nie tylko celebryci czy nastolatki z pokolenia Miley Cyrus, ale też politycy, biznesmeni, a ostatnio nie odmówił go sobie papież Franciszek. Selfie (po polsku znane również jako słit focia), czyli amatorski autoportret robiony najczęściej smartfonem lub kamerą internetową, a następnie publikowany w mediach społecznościowych, zostało nawet uznane przez redaktorów Oxford Dictionaries za „słowo roku 2013”. Tylko w ciągu minionego roku częstotliwość używania tego określenia wzrosła o rekordowe 17 tys. proc.

Jednak do ubiegłego tygodnia, kiedy internet zalała fala pseudoprawnych analiz selfie, mało kto zastanawiał się, jakie konsekwencje z punktu widzenia prawa autorskiego wiążą się z robieniem i publikowaniem podobnych zdjęć na portalach społecznościowych. Zmieniło się to za sprawą wrzawy, wywołanej przez słynne już zdjęcie gwiazd Hollywood z tegorocznej gali rozdania Oscarów. Selfie udostępnione na otwartym profilu Ellen Degeneres, prowadzącej imprezę, ma obecnie ponad trzy miliony „retweetów”. Tak ogromnego zainteresowania nie wytrzymał nawet Twitter, który po rozpowszechnieniu zdjęcia zrobionego ręką Bradleya Coopera zawiesił się po raz pierwszy w swojej prawie ośmioletniej historii. Niecodziennie jednak zdarza się, żeby w kadr aparatu w smartfonie wcisnęli się razem m.in. Meryl Streep, Jennifer Lawrence, Kevin Spacey, Bradley Cooper i Julia Roberts.

W wielu internetowych analizach pojawił się pogląd, że skoro właśnie Ellen Degeneres wpadła na pomysł grupowego portretu aktorów i tylko zleciła Bradleyowi Cooperowi realizację ostatniej fazy pomysłu, czyli wyciągnięcie ręki i przyciśnięcie odpowiedniego guzika w telefonie, to ona ma prawa autorskie do fotografii. W innych tekstach znalazła się z kolei sugestia, że prawa ma Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej, która zatrudniając Ellen Degeneres prawdopodobnie zobowiązała ją do przekazania w umowie wszystkich praw do imprezy, w tym także do treści przez siebie stworzonych i wymyślonych. W tego rodzaju opiniach prym wiedli zwłaszcza prawnicy nie specjalizujący się w prawie własności intelektualnej, czym pewnie wywołali śmiech ekspertów z tej dziedziny.

Reklama

Najbardziej podstawowy dylemat prawny, który pojawia się w kontekście selfie, to czy w ogóle można je uznać za utwór w rozumieniu prawa autorskiego. – Aparaty fotograficzne w telefonach komórkowych nie są zbyt wysokiej jakości, a więc stwarzane przez nie możliwości kreacji są bardzo ograniczone. Mimo to robienie zdjęć takimi urządzeniami wymaga doboru właściwego kadru, perspektywy, czasem oświetlenia, aranżacji i innych twórczych decyzji, które rozstrzygają o tym, jak prezentuje się końcowy rezultat. Nawet w przypadku zdjęcia z ręki można więc mówić nie o czynności technicznej, lecz o utworze. Niemniej każdy poszczególny przypadek należało by rozpatrywać indywidualnie wyjaśnia Michał Błeszyńki, radca prawny w kancelarii Błeszyński i Partnerzy oraz członek Komisji Prawa Autorskiego przy MKiDN.

Skoro oscarowe selfie jest w istocie utworem ze względu na włożony w jego powstanie wysiłek twórczy, to która z osób uwiecznionych na portrecie jest autorem? – Najprościej mówiąc, Bradley Cooper, bo to on ostatecznie przycisnął guzik. Sama koncepcja nie jest chroniona przez prawo autorskie, gdyż osoba, która trzyma aparat w ręku zawsze wnosi w realizację własną, indywidualną perspektywę twórczą tłumaczy Anna Trocka z kancelarii Apt&Right Attorneys-at-Law, specjalizująca się w prawie autorskim, m.in. w zagadnieniach związanych z ochroną wizerunku.

Reklama

W tym duchu rok temu wypowiedział się Sąd Apelacyjny w Lublinie w wyroku z 5 lutego 2013 r. (sygn. akt. I ACa 681/12): „Sama myśl ludzka, choćby nawet oryginalna, nie wystarcza, by stała się przedmiotem ochrony prawnej, lecz musi być uzewnętrzniona w postaci ustalającej jej treść i formę. (…) Z kolei drugą cechę, jaką jest indywidualność utworu można testować przez pryzmat statystycznej powtarzalności. Chodzi o odpowiedź na pytanie; czy wcześniej takie dzieło już powstało oraz czy jest statystycznie prawdopodobne wytworzenie go w przyszłości przez inną osobę z takim samym rezultatem”.

Tym niemniej nie można całkowicie wykluczyć, że osoba, która wpadła na pomysł zdjęcia, choć ostatecznie go nie wykonała (jak w przypadku Ellen Degeneres), w pewnych okolicznościach mogłaby rościć sobie prawa do współautorstwa. – Dobór ujęcia i indywidualne podejście ma decydujące znaczenie dla rozstrzygnięcia kwestii autorstwa. Najczęściej osoba, która dostaje aparat do ręki w spontanicznych sytuacjach ma tylko ogólne, a zatem ograniczone wytyczne co do wykonania fotografii. Są jednak możliwe sytuacje, gdzie takie instrukcje są bardzo szczegółowe i wówczas nie należy nie wyłączać kwestii współautorstwa – sugeruje mecenas Błeszyński.

Jeszcze inaczej problem autorstwa selfie postrzega Paul Fakler, partner w chicagowskiej kancelarii Arent Fox, który specjalizuje się w sporach z zakresu prawa autorskiego. – Jest całkiem prawdopodobne, że nikt nie ma praw autorskich do oscarowego zdjęcia, gdyż po prostu nikt nie włożył wystarczająco oryginalnego wkładu w jego wykonanie. Aranżacja, pozy, oświetlenie itd. (czyli elementy, które zwykle składają się na autorstwo projektowanej fotografii) wydają się tam zupełnie spontaniczne i niewyreżyserowane. I zwykle tak bywa w przypadku wszystkich selfies napisał na swoim blogu Fakler. Przy czym zastrzegł, że w praktyce zwykle wystarczy choćby minimalny udział inicjatywy twórczej, aby już zacząć mówić o skutkach prawnoautorskich.

Jeśli zaś chodzi o rozpowszechnianie wizerunku osób uwiecznionych na fotografii z Oscarów, to w świetle prawa polskiego ich zezwolenie nie byłoby konieczne. – Nawet gdyby nie byli to powszechnie znani aktorzy, zgoda na publikację wizerunku nie jest wymagana, gdy mamy do czynienia z więcej niż trzema osobami oraz miejscem publicznym – wskazuje Anna Trocka.

Zgodnie z tezą, że osoba, która wybrała perspektywę, upewniła się, że każdy znalazł się kadrze oraz na koniec przycisnęła guzik, jest twórcą zdjęcia, do niej też należy prawo do zawierania umów licencyjnych. Zgodę na publikację w social media i wykorzystanie oscarowego selfie w tekstach agencji Associated Press powinien był więc wydać Bradley Cooper, a nie Ellen Degeneres, jak stało się w rzeczywistości. Inaczej byłoby w sytuacji, gdyby zdjęcie takie jak to z Oscarów uznano za opublikowane już zdjęcie reporterskie, które można rozpowszechniać bez zezwolenia twórcy na zasadzie prawa przedruku.

Zasady, na jakich wszelkie fotografie publikowane i rozpowszechniane na profilach publicznych w mediach społecznościowych mogą być wykorzystywane przez strony trzecie do celów komercyjnych, nie są jednak ugruntowane. Jednym z pierwszych, a zarazem przełomowych orzeczeń w tym zakresie był wyrok w sprawie haitańskiego fotografa Daniela Morela z listopada 2013 roku, w którym sąd federalny nakazał dwóm koncernom medialnych AFP i Getty Images zapłatę 1,2 mln dolarów za bezprawne użycie zrobionych przez niego zdjęć. Redaktor AFP odnalazł fotografie Morela z Haiti po trzęsieniu ziemi w 2010 r. nie na twitterowym profilu fotografa, lecz innego użytkownika, po czym przesłał je Getty Images. Z agencji trafiły one do klientów, m.in. New York Timesa i Washington Post. Prawnicy AFP argumentowali, że skoro zdjęcia zostały najpierw przesłane na Twittera, mogły być wykorzystywane do celów komercyjnych. Ale zdaniem sądu, wykorzystując fotografie Morela obie firmy świadomie naruszyły prawo autorskie, gdyż regulamin Twittera pozwala na ponowne przesyłanie zdjęć (jako tzw. retweet), ale nie uprawnia ich do przywłaszczania sobie zdjęć do celów komercyjnych. Wyrok w tej sprawie to prawdopodobnie pierwszy przypadek, kiedy jakikolwiek duży licencjodawca fotografii został pociągnięty do odpowiedzialności za świadome naruszenie prawa autorskiego. W styczniu 2014 AFP i Getty Images złożyły apelację od wyroku twierdząc, że zasądzona kara jest „szokująco zawyżona” oraz stanowi „pomyłkę sądową”, zaś cały „werdykt został podyktowany przez emocje oraz współczucie wobec Morela”.