Dziś bowiem to, czy sąd administracyjny będzie prowadził sprawę jawności dokumentów publicznych, czy też ją zawiesi, zależy od tego, czy jest to sąd z Poznania, czy z Warszawy. W stolicy Wielkopolski sędziowie wzięli za dobrą monetę zgłoszone Trybunałowi Konstytucyjnemu wątpliwości I prezesa Sądu Najwyższego co do ustawy o informacji publicznej. Zgodnie z przepisami mogli zawiesić procesy dotyczące sporów obywateli z urzędnikami o jawność – do czasu rozstrzygnięcia Trybunału. I skrzętnie z tej szansy skorzystali. W Warszawie sądy w analogicznych sprawach oddaliły wnioski o zawieszenie, nawet gdy składał je sam Sąd Najwyższy.

Czy chcę więc pisać o wyższości Warszawy nad Poznaniem? Wolałabym takich porównań uniknąć. Pech jednak chciał, że jestem świeżo po lekturze „Maestra” Marcina Kąckiego (2013, wyd. Agora). Podtytuł tej książki to „40 lat milczenia o skandalu w mieście zasłoniętych firanek”. Pozornie jest to historia Wojciecha Kroloppa – wpływowej postaci Poznania, dyrygenta skazanego za długoletnie molestowanie seksualne oddanych mu pod opiekę małych chórzystów. W rzeczywistości to historia miasta, które – jak trzy japońskie małpy – woli nie widzieć, nie słyszeć ani nie mówić o pewnych sprawach. Przez czterdzieści lat wszyscy domyślali się krzywdy, ale nikt nie powiedział o niej na głos.

Przepraszam wszystkich poznaniaków, których takie analogie mogą dotknąć. Wolałabym jednak, żeby podejście do jawności wynikało – wszędzie – z respektu do demokracji i praw obywatelskich, a nie z miejsca na mapie; żeby w każdym mieście transparentność władzy była rozumiana szeroko. Bo przy odsłoniętych firankach trudniej ukryć patologie.

Przecież gdybyśmy wszyscy byli wścibskimi sąsiadami – których skądinąd nikt nie lubi – gorzej byłoby na tym świecie przestępcom. I to – choć taka analogia brzmi szokująco – zarówno pedofilom, dręczycielom dzieci, jak i nadużywającym władzy urzędnikom rozmaitych szczebli.