Duże skrzyżowanie. Tłok, a kierowcy pchają się jeden za drugim, by jak najszybciej przejechać przez newralgiczny punkt miasta.

Wśród nich kilka pojazdów nauki jazdy, które w tym samym czasie zjechały się w jedno miejsce.

Początkujący kierowcy powoli zmieniają pas ruchu, nerwowo rozglądają się, przyhamowują, by zaraz ruszyć i znów przyhamować. Tłok za nimi robi się coraz większy. Takie obrazki widział chyba każdy kierowca w miastach, w których znajdują się wojewódzkie ośrodki ruchu drogowego.

Tam jest bowiem najwięcej uczących się jeździć i tam powstają coraz większe korki. Każdy chce znać ulice, na których będzie egzaminowany.

Problem z nadmierną liczbą pojazdów nauki jazdy zaczynają zauważać samorządy, które domagają się zmian prawa. Chcą, by główne skrzyżowania nie były zablokowane przez uczących się jeździć.

Apelują w tej sprawie do ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Jednak resort jak na razie nie podejmuje próby uregulowania tego problemu.

Tadeusz Jarmuziewicz, wiceminister transportu, w odpowiedzi na interpelację posła Łukasza Borowiaka na temat problemów z nadmierną liczbą samochodów szkoleniowych, twierdzi, że zarządcy dróg mogą wprowadzić pewne ograniczenia w ruchu drogowym.

W swojej odpowiedzi wskazuje, że jakiekolwiek ograniczenia dla aut nauki jazdy odbiją się jednak później na umiejętnościach kierowców.

Twierdzi też, że każdy zarządca drogi może ustawić odpowiednie znaki drogowe ograniczające poruszanie się wskazanych pojazdów po określonych drogach lub w określonym czasie, a odpowiednie rozwiązanie organizacyjne i infrastrukturalne należy wypracować na poziomie władz samorządowych miasta lub województwa.

Co do znaków jednak nie ma racji.