Urząd ogłasza przetarg na IT i z góry wyznacza, czyje oprogramowanie lub sprzęt sobie życzy – to wciąż powszechna praktyka w polskiej administracji.

„Doposażenie serwerowni DEPiT na potrzeby Projektu pl.ID – polska karta ID – Etap II” – to kolejny z cyklu przetargów na elementy potrzebne do stworzenia nowych biometrycznych dowodów. Ogłosiło go w grudniu MSW, ale choć resort ten ma doświadczenie w organizowaniu przetargów na sprzęt i oprogramowanie, to nie ustrzegł się błędu.

W zamówieniu urzędnicy dokładnie wymienili, jakim oprogramowaniem są zainteresowani: DSView, iTRACS CPIM-iCDC, SolarWinds, Microsoft Windows 7, ESET Smart Security, Nero 8 Essentials.

Co prawda, przy niektórych pozycjach MSW uwzględniło możliwość zaoferowania rozwiązań równoważnych, aczkolwiek nie wymieniło w tym miejscu kryteriów porównawczych z wymienionymi z nazwy produktami. Dopiero po interwencji ekspertów z programu „Prawidłowe przetargi IT” resort poprawił warunki zamówienia.

Zamówienie na producenta

Podobne błędy, jak wynika z raportu przygotowanego przez Fundację Wolnego i Otwartego Oprogramowania, są regularnie popełniane przez urzędników.

Fundacja przyjrzała się 100 największym przetargom na IT ogłoszonym w ubiegłym roku przez administrację rządową i samorządową. 

Trzy najczęściej pojawiające się nieprawidłowości w przetargach na sprzęt i oprogramowanie to: nadużywanie trybu z wolnej ręki, lekceważenie przenoszenia praw autorskich na oprogramowanie i właśnie wskazywanie konkretnych nazw producentów i produktów. 

Wśród tych 100 przetargów aż 78 razy podano markę konkretnego producenta. – Tym samym znacznie zawężono grupę potencjalnych wykonawców i uzależniano urząd od jednego dostawcy – mówi Ryszard Michalski, ekspert i współautor raportu.

Takie uzależnienie od konkretnego dostawcy nazywa się vendor lock-in i występuje nagminne w polskiej administracji. To znacznie ogranicza konkurencję.

Zamówienia są tak formułowane, by wygrał sprzęt konkretnej firmy

Lenistwo czy przestępstwo

– Widoczna jest jedna tendencja: takie formułowanie opisu przedmiotu zamówienia, aby nabyć dokładnie taki sprzęt i o takiej konstrukcji, jak założył sobie urząd – mówi konsultant w dziedzinie zamówień publicznych Agata Michałek-Budzicz i ostro ocenia: – Czasami może to być kwestia niewiedzy i lenistwa urzędniczego.

Niestety informacje o korupcji w Centrum Projektów Informatycznych, które także stosowało podobne zabiegi w przetargach, pozwalają wnioskować, że takie praktyki mogą mieć miejsce i w innych urzędach – dodaje Michałek-Budzicz.

Za określenie producenta oprogramowania, sprzętu etc. w przetargu, czyli złamanie ustawy o zamówieniach publicznych, grożą kary od nagany po zakaz pełnienia funkcji publicznych. Nakłada je Urząd Zamówień Publicznych. Komisja Europejska natomiast może cofnąć dofinansowanie.

Tyle że urzędnicy liczą na to, że instytucje te nigdy się nie dowiedzą.