W debacie na temat anonimowości w internecie musimy odróżniać prawo do zachowania kontroli nad danymi wrażliwymi użytkowników od tajności, która uniemożliwia ściganie przestępcy.
Duże portale społecznościowe, np. Facebook, toczą z internautami zażarty spór o zasadność ograniczenia anonimowości w internecie. Ta debata jest jednak oparta na złym założeniu. Jej uczestnicy nie rozróżniają bowiem prywatności (privacy) od tajności (secrecy). O ile ta pierwsza powinna podlegać ochronie, druga nie może mieć miejsca w sieci, a już szczególnie w krajach demokratycznych.
Prywatność to prawo do zachowania kontroli nad powierzonymi internetowi danymi wrażliwymi, gwarancja, że nie zostaną one udostępnione nawet małżonkowi czy dawnemu partnerowi biznesowemu. Wiadomo, że największe firmy i portale, jak Google, Yahoo czy Microsoft, rejestrują działania dokonywane przez użytkowników sieci. Wiedzą, jakich informacji poszukiwaliśmy czy na jakie strony zaglądaliśmy. Jednak informacje te nie są przekazywane stronie trzeciej. I tak musi pozostać, jeśli chcemy, aby internet nadal się rozwijał.