Aż 26 proc. potencjalnych wyborców nie wie, na kogo odda głos w wyborach parlamentarnych. Z sondaży wynika też, że frekwencja oscylować będzie wokół 50 proc. Można te fakty tłumaczyć młodym wiekiem naszej demokracji, niskim poziomem świadomości obywatelskiej, rozchwianiem sceny politycznej. Ale część odpowiedzialności spoczywa na samym systemie wyborczym, a w tym przypadku społeczeństwa winić się już nie da.
Dwie dekady temu zafundowaliśmy sobie wybory proporcjonalne z indywidualnym wskazaniem na liście konkretnego kandydata, czym na pewno nie ułatwiamy stabilizacji życia publicznego. Kandydaci poszczególnych komitetów, zamiast jednoczyć siły na rzecz zwycięstwa ich wspólnej listy, walczą o rzeczywiste miejsce na niej nie tylko przed dniem oficjalnego jej zarejestrowania, co jest zrozumiałe, ale także niemal do ostatniego dnia kampanii. Ostatecznie przecież o kolejności do mandatu zdecydują indywidualne preferencje wyborców. Rany zadane w tym czasie będą goić się długo po wyborach, a może pozostawią trwałe ślady. Podnosi to co prawda atrakcyjność igrzysk, ale ostatecznie osłabia zdolność do przyszłej współpracy w parlamencie.
Zaletą ordynacji proporcjonalnej jest minimalizowanie tzw. głosów straconych. W okręgach jednomandatowych stracone są wszystkie przegrane – wygrać może tylko jeden. Ale wiemy z doświadczenia roku 1991, że proporcjonalność prowadzi do rozbicia parlamentu i w konsekwencji – do trudności ze sformowaniem rządu. Aby temu przeciwdziałać, wprowadza się tzw. progi wyborcze, u nas pięcioprocentowe. W konsekwencji jednak takiej korekty wracamy niejako do punktu wyjścia, bo oto pewna część głosów okazała się też stracona, a temu chcielibyśmy przecież pierwotnie zapobiec.