Chociaż istnieją unormowania dotyczące przestrzegania zasad, na które umówili się członkowie UE w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej – daje on wyłączną kompetencję Radzie Europejskiej do uznania jednomyślnie, że w danym państwie członkowskim doszło do poważnego i trwałego naruszenia wartości, o jakich mowa w art. 2 traktatu – Komisja Europejska, przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel wraz z częścią krajów starej Unii dążą do pozatraktatowej zmiany tej procedury, przenosząc je do kompetencji Komisji Europejskiej i zatwierdzenia przez Radę większością kwalifikowaną.
Konkluzje zakończonego szczytu UE niestety nie zamykają dyskusji i rodzą wątpliwości, czy propozycja rozporządzenia w najbliższym czasie nie wróci. Gdyby tak się stało, to byłby bezprecedensowy akt pogwałcenia traktatów, co samo w sobie jest groteską. Forsujący tę ideę politycy w imię praworządności w blasku fleszy zamierzają na niewyobrażalną skalę tę zasadę złamać, procedując takie propozycje bez zmiany traktatów.
Pomimo oczywistego złamania traktatów propozycja jest cały czas poważnie traktowana, polska opozycja podnosi głosy, że przecież rządzący przestrzegający prawa nie powinni bać się zasady „praworządności”. Tylko że z tą praworządnością będzie jak z „mową nienawiści” czy postulatami skrajnej lewicy, jak małżeństwa jednopłciowe, adopcja dzieci jako „prawa człowieka” dla nich, pojęcia-wytrychy rodem z Orwella. Byłaby interpretowana jednostronnie, z perspektywy poglądów politycznych i bieżących interesów.
Stanowiłaby narzędzie niespotykanego nacisku na państwa członkowskie, ponieważ Komisja Europejska na podstawie swoich subiektywnych odczuć zawieszałaby państwom członkowskim wynegocjowane i należne środki budżetowe. Nie jest to teza gołosłowna, ponieważ w sporze o polską reformę sądownictwa mamy już wiele dowodów na arbitralne działania nie tylko Komisji Europejskiej, ale również Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
W toku postępowania przed TSUE w sprawie C 585/18 zakończonej słynnym wyrokiem z 19 listopada 2019 r. Komisja Europejska odkryła karty. Nie była w stanie dowieść, że zmiana sposobu wyłaniania Krajowej Rady Sądownictwa narusza niezawisłość sędziowską, w sytuacji gdy podobne modele funkcjonują bez zastrzeżeń w innych państwach UE. Zatem nie mogła dowieść, że sędziowie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego nie są niezawiśli. W pisemnym stanowisku stwierdziła, że znaczący wpływ polityków na procedury nominacyjne nie determinuje niezawisłości i bezstronności sędziów powołanych w toku tej procedury. Skoro nie było żadnego konkretnego dowodu, Komisja uznała, że z uwagi na wizerunek niezawisłości oraz wagę zaufania do sądownictwa nie sposób uznać KRS ani Izby Dyscyplinarnej SN za gwarantujące te zasady. Po prostu Komisja Europejska nie ufa i uważa, że reformy sądownictwa są niekorzystne wizerunkowo dla sądownictwa. Trudno o większe pokłady hipokryzji. Tak w istocie wyglądałoby blokowanie budżetu za braki w „praworządności”. Komisja Europejska arbitralnie podważałaby jakiekolwiek działanie państwa członkowskiego w oparciu o „wartości”, „zaufanie” czy „wizerunek”. Trudno o bardziej mętne klauzule generalne, w istocie Komisja Europejska stałaby się prawodawcą, nadając tym pojęciom prawotwórczą interpretację.
TSUE nie ujął tego w wyroku tak wprost jak Komisja, nie podjął się jednoznacznej oceny, jednak stworzył swoisty wytrych do prawnej ekwilibrystyki w ocenie czynników przy opiniowaniu praworządności. Stwierdził, że każdy podlegający ocenie element może być wprawdzie zgodny z prawem, ale „może jednak prowadzić do powzięcia wątpliwości co do niezależności organu biorącego udział w procedurze mianowania sędziów, nawet jeżeli taki wniosek nie nasuwałby się, gdyby czynniki te były rozpatrywane oddzielnie”. Czyli dochodzi kolejna klauzula: „wątpliwość”. Czy i kiedy ta kumulacja jest naruszeniem, a kiedy nie jest naruszeniem (mimo że żadna zmiana nie narusza prawa!) – rozstrzygnięcia arbitralnie dokona TSUE.
Jak to z wątpliwościami bywa, w jednym miejscu są, a w innych ich nie ma. To czysto subiektywne. Nie tak działać powinno prawo. W sporze o polskie sądownictwo polski rząd często przywoływał przykład organizacji sądownictwa w Niemczech, z uwagi na bardzo mocny wpływ polityków na obsadę stanowisk sędziowskich, większy niż w Polsce po reformie KRS. O tym, kto zostanie sędzią Sądu Najwyższego, decyduje specjalna komisja złożona z ministrów sprawiedliwości landów oraz przedstawicieli Bundestagu, w wielu landach to ministrowie sprawiedliwości obsadzają stanowiska sędziowskie.
Tak właśnie jest w Hesji. Tamtejszy sąd administracyjny w Wiesbaden (Verwaltungsgericht Wiesbaden) miał rozpatrzyć skargi na landowy parlament z zakresu dostępu do danych osobowych. Sąd jednak powziął wątpliwość, czy jest niezawisły, ponieważ pełną kontrolę nad organizacją sądów ma minister sprawiedliwości, to on decyduje o awansach, a parlament wskazuje większość członków komisji sędziowskiej. Czyli mechanizm jest podobny do polskiej KRS, z tym że politycy w analogicznej komisji mają większość nad sędziami. W związku z powyższym sąd z Wiesbaden skierował pytania prejudycjalne do TSUE. Wydawać by się mogło, że podobnie jak w sprawie polskiej Komisja Europejska oraz TSUE wyrażą wątpliwości w oparciu o kumulację czynników politycznych w funkcjonowaniu niemieckiego sądownictwa. Podobieństwo spraw powodowało, że Polska wnioskowała o połączenie jej ze sprawą C 585/18, jednak TSUE odmówił. Teraz wiemy dlaczego. 9 lipca 2020 r. TSUE sprawę rozstrzygnął. Stwierdził, że wprawdzie czynnik polityczny w organizacji pracy tego sądu jest znaczący, ale sąd nie dowiódł, że pozbawia go to niezawisłości, dlatego nie sposób podważyć takiej organizacji sądownictwa w Niemczech.
Trudno o mocniejszy dowód na hipokryzję nie tylko Komisji Europejskiej, ale i TSUE. W zbliżonych stanach prawnych, a nawet dalej idących wpływach polityków na organizację sądownictwa w Niemczech, oba te organy dokonały odmiennej oceny niż w przypadku Polski, w krótkich odstępach czasu, w klimacie dążenia przez KE do przyznania sobie uprawnień, bez podstawy traktatowej do karania niepokornych państw.
Jeśli ktoś ma zatem wątpliwości, jak działałby mechanizm budżet za „praworządność”, postawa KE i wyrok TSUE w sprawie C 272/19 te wątpliwości w sposób wystarczający usuwają.
Polska byłaby arbitralnie „ganiona” przez UE za każde wyimaginowane naruszenie, które będzie „budziło wątpliwości”, „obniżało zaufanie” czy „naruszało wartości”. Żadnych konkretów i argumentów, te kompletnie się nie liczyłyby jak w sporze o polskie sądownictwo. W ten sposób poza traktatami Bruksela i kraje starej Unii chcą pozbawić takie kraje jak Polska suwerenności. Szczyt budżetowy nie przyniósł w tym zakresie jednak ostatecznych rozstrzygnięć. Jednak nie ma wątpliwości, że w całej sprawie nie chodzi o żadną praworządność, ale o polityczne narzędzie nacisku na państwa członkowskie o niespotykanej dotychczas skali. Narzędzie, które praworządność zdefiniuje jako prawo silniejszego.