Ostatnie wydarzenia w Sądzie Najwyższym pokazały, że zamiast polityki miłości i pokoju, o której tak pięknie i z zaangażowaniem mówi przy każdej okazji nowa I prezes SN Małgorzata Manowska, do sądu wkroczyła polityka przez wielkie „P”.
Zwołane na zeszły piątek Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN miało dyskutować przede wszystkim o tym, czy w trakcie majowych wyborów kandydatów na I prezesa SN wszystko odbyło się tak, jak powinno. Tak się jednak nie stało. Prezes Manowska zamknęła bowiem posiedzenie niemal natychmiast po stwierdzeniu, że nie ma wystarczającego kworum do podejmowania przez zgromadzenie uchwał. Ustawa o SN wymaga bowiem w tym celu obecności co najmniej 2/3 liczby sędziów z każdej z izb. Tak zwani starzy sędziowie próbowali jeszcze skłonić przewodniczącą do podjęcia jakiejkolwiek dyskusji oraz dowiedzieć się, jak to w ogóle możliwe, że kworum nie było, skoro członkowie zgromadzenia o posiedzeniu byli informowani z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Co istotne, absencja dotyczyła przede wszystkim tzw. nowych sędziów orzekających w Izbie Dyscyplinarnej i Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tymczasem, co należy podkreślić, udział sędziego w zgromadzeniu ogólnym jest nie tylko jego prawem, ale także obowiązkiem. „Sam pamiętam, jak byłem ściągany do pracy w środku urlopu tylko z powodu zwołania zgromadzenia” – mówił w trakcie kuluarowych rozmów jeden z tzw. starych sędziów. Pojawiły się więc pytania o to, jakim cudem tzw. nowi sędziowie mogli udać się w piątek na urlop. I kto im tego urlopu udzielił. Nowa I prezes SN w niedawnym wywiadzie dla portalu Onet.pl, odnosząc się do zastałej w SN sytuacji, mówiła o odbieraniu „niektórym osobom niezasadnych przywilejów”. No a chyba wszyscy zgodzimy się co do tego, że otrzymanie urlopu w dniu, w którym ma się odbyć zaplanowane od ponad dwóch tygodni zgromadzenie ogólne, swego rodzaju przywilejem jest. Ufam więc, że to nie prezes Manowska na te urlopy wyraziła zgodę. Ba! Mam nadzieję, że nawet nie miała o nich pojęcia. W przeciwnym razie trzeba byłoby uznać, że jej czyny nie pokrywają się ze słowami. No chyba, że nowa I prezes SN nie rozwinęła w wywiadzie swojej myśli i de facto chodziło jej o to, że (niczym legendarny Robin Hood lub, jak kto woli, bardziej swojski Janosik) zamierza jednym odbierać tylko po to, aby innym dawać.
To że nieobecni byli przede wszystkim tzw. nowi sędziowie, nie mogło nie wzbudzić podejrzeń, że było to działanie celowe, mające uniemożliwić przeprowadzenie dyskusji oraz podjęcie uchwały mogącej kłaść się cieniem na wyborze prof. Manowskiej na stanowisko I prezesa SN. Jeżeli tak rzeczywiście było, to ci, którzy sięgnęli po tę metodę, powinni pamiętać, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Na razie tzw. starzy sędziowie dysponują w trzech izbach SN wystarczającą liczbą szabli, aby móc postąpić w każdym innym przypadku tak, jak to zrobili w piątek tzw. nowi sędziowie. A w przyszłości będą przecież sytuacje, kiedy to nie samym sędziom, ale prezes Manowskiej zależeć będzie, aby zgromadzenie było władne podejmować uchwały. To bowiem organ, bez którego trudno kierować SN.
Obserwując to, co dzieje się obecnie w SN, nie można nie dostrzec analogii do tego, co działo się przy okazji zmiany na stanowisku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Tam również proces rozkładu rozpoczął się od likwidacji samorządności sędziowskiej. Wszyscy pamiętamy odsunięcie przez nową prezes TK Julię Przyłębską na boczny tor wiceprezesa TK Stanisława Biernata czy też ignorowanie składanych przez sędziów wniosków o zwołanie Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK. Podobieństw jest zresztą więcej. Bo wygląda na to, że po zmianie na stanowisku I prezesa SN to, co i kiedy będzie się działo w najważniejszym sądzie w Polsce, zależeć będzie w dużej mierze od tego, jak się ułoży kalendarz wyborczy. W piątek mówiła o tym sama prezes Manowska, tłumacząc brak wyznaczenia nowego terminu Zgromadzenia Ogólnego Sędziów SN. Jednym z powodów ma być właśnie to, że weszliśmy już w okres wyborczy. I choć można bronić tej wypowiedzi, twierdząc, że chodziło w niej o obciążenie obowiązkami sędziów IKNiSP, która to izba przecież decyduje ostatecznie o ważności wyborów, to jednak chyba wszyscy zgodzą się, że urzędującemu prezydentowi, który w obecnych wyborach ubiega się o reelekcję, nie w smak byłoby, gdyby na publiczną agendę z całym impetem wrócił temat ewentualnych nieprawidłowości w procesie powołania Małgorzaty Manowskiej na urząd I prezesa SN. To przecież oczywiste, że okres kampanii to nie czas na tego typu dyskusje. I aż dziw bierze, że tzw. starzy sędziowie jeszcze tego nie zrozumieli.