Obie dotyczą nieprawdopodobnego kryzysu, jakiego nie widziały pokolenia. Dziś nie jesteśmy w stanie nawet przewidzieć jego rozmiaru. W zasadzie nic innego się nie liczy. I chyba wszyscy jesteśmy co do tego zgodni.

A jednak. Od tygodni politycy uparcie zaprzątają nam głowę trzecią kwestią, której ciężar jest - w porównaniu z poprzednimi - śmiesznie mały. W normalnych okolicznościach wybory prezydenckie i ich termin mają oczywiście poważne znaczenie. Teraz są sprawą błahą, która powinna zaczekać.
I w tym przypadku prawie wszyscy jesteśmy zgodni.

Prawie robi jednak sporą różnicę, zwłaszcza gdy inne zdanie mają decydenci.

Nie wiemy jakie będą warunki na początku maja. Jest mało prawdopodobne, by pozwalały na bezpieczne przeprowadzenie wyborów. Dopóki nie rozprawimy się z epidemią, o pójściu do urn nie może być mowy. Odmienne podejście jest czystym szaleństwem. Trudno zresztą sobie wyobrazić, by znaleźli się wówczas ludzie skłonni oddawać głosy w lokalach wyborczych oraz gotowi tam pracować - w komisjach wyborczych. Ludzie rozsądni, a takich jest zdecydowana większość, powiedzą sobie i innym: zostań w domu.

Być może znajdzie się garstka desperatów, która zadecyduje o wyniku wyborów. Nie miałoby to jednak nic wspólnego z demokracją. Taki werdykt prawdopodobnie szybko i gwałtownie zostałby odrzucony przez resztę społeczeństwa.

Powtórzmy więc: dopóki nie rozprawimy się z epidemią o wyborach nie może być mowy. Lub będą one zupełną fikcją.

Nawet jednak gdyby do tego czasu nastąpiła jakże oczekiwana, radykalna i pozytywna dla nas wszystkich, zmiana sytuacji, wybory bez uprzedniej normalnej, żywej i swobodnej rywalizacji byłyby wydarzeniem dość kuriozalnym i mało mającym wspólnego z demokratycznymi standardami.

Oczywiście wszystko to jest jasne i oczywiste dla polityków, w tym także dla prezesa PiS. Ślepy upór - który nawet w wiernym elektoracie może wywoływać odruch wyraźnej irytacji – by nie oglądając się na nic, jednak przeprowadzić wybory w zaplanowanym terminie, ma chyba tylko jedno racjonalne wytłumaczenie.

Z jednej strony w czasie poważnego kryzysu temperatura politycznych sporów spada, następuje konsolidacja społeczna wokół władzy. Z drugiej po pewnym czasie, choćby rządzący mieli najlepsze intencje i podejmowali najsłuszniejsze decyzje, ich osiągnięcia schodzą na drugi plan, na pierwszym zaś pojawiają się choćby przez nikogo niezawinione konsekwencje i trudności wynikłe ze społecznej i gospodarczej zapaści. Zwykle prowadzi to do odebrania władzy jednym i przekazania jej innym w nadziei, choćby i pozbawionej większych podstaw, na poprawę sytuacji.

Wspomniany ślepy upór miałby więc tylko jeden cel: wyprzedzić ewentualny bieg zdarzeń i ugruntować, a przez to zachować na dłużej władzę, zanim kryzys nas mocniej dotknie. Innymi słowy, nie przesuwać wyborów, bo czas tym razem z dużym prawdopodobieństwem nie będzie grał na korzyść trzymających stery. Ale to ryzykowna strategia w tak szczególnej sytuacji, w jakiej jesteśmy. Jest tak absurdalna na tle tego, co się dzieje, i tak irytująca dla większości, że i w maju, i tym bardziej w nieco dłuższej perspektywie może się okazać politycznym samobójstwem.

Inna sprawa, zresztą nie raz już podnoszona, że tak jak nikt rozsądny nie chce wyborów w maju, tak też nikt rozsądny, urzędującego prezydenta nie wyłączając, nie chciałby chyba ani w takiej rywalizacji uczestniczyć, ani też w niej wygrać.

I ostatnia kwestia. Ludzie starsi (niekoniecznie jednak już 60-letni) powinni mieć możliwość wygodnego, np. zdalnego, głosowania w wyborach. Podobnie ludzie chorzy. Co do istoty więc zmiany w prawie wyborczym uchwalone przez Sejm nie są złe (abstrahujmy od szczegółów oraz terminu i sposobu ich przyjęcia). W żadnym razie nie rozwiązują jednak problemu organizowania wyborów w okolicznościach, w których nie powinny mieć one miejsca.

Niepotrzebnie też odciągają od tego, co zdecydowanie najważniejsze czyli od dwóch spraw wymienionych na początku: walki z epidemią oraz z jej gospodarczymi i społecznymi skutkami. Tylko tym się teraz powinniśmy zajmować.