Świat, w tym także Polska, żyje koronawirusem. A przecież my też mamy się czym pochwalić, jeżeli chodzi o epidemie. Od ładnych paru lat, jak Polska długa i szeroka, musimy się mierzyć z tajemniczym wirusem, który wyjątkowo chętnie infekuje osoby zatrudnione w sferze budżetowej.
Być może panika z tego powodu nie wybucha w Polsce tylko dlatego, że tak naprawdę wszyscy już się do tego przyzwyczailiśmy. Co strajk – nauczycieli, policjantów czy pracowników wymiaru sprawiedliwości – epidemia wraca jak bumerang. Co prawda na razie jedynym żniwem, jakie zbiera niesklasyfikowany jeszcze wirus, są dziesiątki tysięcy zwolnień lekarskich, ale trzeba być ostrożnym. Zwłaszcza że ów wirus znów dał o sobie znać, tym razem w Sądzie Okręgowym w Olsztynie. I tak się akurat złożyło, że zaatakował jedną z sędzi, która miała zasiąść za stołem sędziowskim z Pawłem Juszczyszynem. Gwoli przypomnienia – to ten sędzia, który chciał pooglądać listy poparcia kandydatów na członków Krajowej Rady Sądownictwa. Jak jednak wiadomo, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Sędzia przekonał się o tym na własnej skórze, gdyż za swoją dociekliwość płaci zawieszeniem w czynnościach służbowych. Decyzję taką podjęła Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego. A ta – jak wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują – sądem tak naprawdę nie jest. Takiego zdania jest również sam sędzia Juszczyszyn, w związku z czym wyraził gotowość do orzekania już następnego dnia po wydaniu przez ID SN uchwały o jego zawieszeniu. Miał ku temu świetną okazję, gdyż właśnie na ten dzień wyznaczono wokandy w sprawach, w których miał orzekać w składach trzyosobowych. Licho nie śpi i ten straszny, nieprzebadany jeszcze wirus zaatakował niespodziewanie sędzię, która miała przewodniczyć akurat tym składom, w których miał/chciał zasiąść Paweł Juszczyszyn. Na całe szczęście patogen okazał się mało zjadliwy, gdyż zwolnienie opiewało jedynie na trzy dni. Jeśli się jej nie pogorszyło, to wczoraj pani sędzia powinna już była stawić się w olsztyńskim sądzie, zdrowa i gotowa do pracy.
Dziwnie to przypomina sytuację, która miała miejsce w Sądzie Najwyższym na początku 2019 r. Wówczas również dosłownie w ostatniej chwili, bo tuż przed wejściem na salę rozpraw, rozchorował się jeden z tzw. nowych sędziów SN. Kamil Zaradkiewicz. Również jego zwolnienie – zupełnym przypadkiem rzecz jasna – wybawiło przed orzekaniem w niekomfortowym dla niego składzie.
Reklama
Tak więc widać, że wirus nie odpuszcza i zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Nieodporni okazali się nawet sędziowie. Czy nie czas, aby służby epidemiologiczne zajęły się tematem? Z pomocą może przyjść im Zakład Ubezpieczeń Społecznych, który od lat przecież zapowiada, że będzie masowo sprawdzał, czy zwolnienia są prawidłowe. Czy te wystawiane sędziom przeszłyby takie sito? Tego nie wiemy. Jedno jednak jest pewne – coś w końcu trzeba z tym zrobić. W przeciwnym razie narażamy na śmieszność albo Państwową Inspekcję Sanitarną, albo ZUS. Jak na dłoni przecież widać, że któraś z tych dwóch służb powinna stanowczo zareagować.