Przy okazji 21 postulatów ogłoszonych jakiś czas temu przez grupę prezydentów miast do dyskusji powrócił pomysł przekształcenia Senatu w izbę samorządową. A może pójść dalej?
Ze świecą szukać kogoś, kto byłby w stanie przekonująco udowodnić pożytki z istnienia izby wyższej naszego parlamentu. Przez jakiś czas Senat szukał jakiegoś sposobu na wytworzenie „wartości dodanej”. Próbował np. przejąć rolę instytucji inicjującej i przygotowującej zmiany legislacyjne wykonujące wyroki Trybunału Konstytucyjnego. W kończącej się kadencji parlamentu ta działalność jednak również zamarła, a Senat ma przede wszystkim nie blokować legislacyjnej luxtorpedy, zwłaszcza w sprawach o kluczowej wadze politycznej dla obecnej władzy.

Propozycja zza oceanu

Można gdybać, że rola Senatu wrośnie, jeśli po jesiennych wyborach większość w izbie wyższej będzie reprezentowała inną opcję polityczną niż ta w Sejmie. Zastanówmy się jednak, czy na dłuższą metę możemy jako obywatele mieć z Senatu jakiś pożytek. Z pomocą przychodzą nam dwaj amerykańscy badacze demokracji John Gastil i Erik Olin Wright, redaktorzy wydanej przed kilkoma miesiącami książki „Legislature by Lot” (wydawnictwo Verso Books), co można przełożyć na język polski jako „Ustawodawca z losowania”. Gastil i Wright wychodzą od dobrze znanej i powszechnie podzielanej na całym świecie diagnozy o kryzysie klasycznej demokracji przedstawicielskiej. W skrócie: wybierani przez nas reprezentanci nie realizują naszych oczekiwań i potrzeb, a po wyborze zazwyczaj tracą słuch na interesy swoich wyborców. Żeby to zmienić, możemy reformować system wyborczy, zasady kampanii wyborczej lub wzmacniać narzędzia partycypacji obywatelskiej.
Reklama
To wszystko jednak może zdaniem autorów nie wystarczyć. Warto pójść krok dalej i zmienić podstawową regułę wyboru przedstawicieli społeczeństwa. Gastil i Wright proponują więc koncepcję dwuizbowego parlamentu, w którym jedna izba – tak jak dotychczas – pochodzi z wyborów, a drugą tworzą obywatele wyłonieni w drodze losowania. Obie izby mają w tym układzie równe siły. Są wyposażone w inicjatywę ustawodawczą, a skuteczne uchwalenie każdej ustawy wymaga ich zgodnego działania. Członkowie izby pochodzącej z losowania są wyłaniani na kilkuletnią kadencję, przy czym co roku dokonuje się wymiany części składu.

Reklama
Kluczowe znaczenie ma w tym modelu sposób przeprowadzania losowania członków nowej izby. I tutaj okazuje się, że mamy już na polskim gruncie bardzo inspirujące doświadczenia. Chodzi o zapoczątkowane w Gdańsku samorządowe panele obywatelskie. To rozwiązanie, w Stanach Zjednoczonych znane już w latach 80. poprzedniego stulecia, polega na przyznaniu możliwości współdecydowania i dyskutowania o ważnych sprawach lokalnych reprezentatywnej grupie mieszkańców wyłanianej w drodze losowania.

Większa większość

Panel obywatelski to znacznie więcej niż klasyczne i często fasadowe konsultacje społeczne. Do udziału w nim losujemy mieszkańców tak, aby zapewnić reprezentację różnych grup społecznych. Przykładowo, bierzemy pod uwagę rozkład płci, wykształcenia czy miejsca zamieszkania. Trochę to przypomina konstruowanie próby na potrzeby sondażu.
Panel obywatelski nie ogranicza się jednak do zamknięcia w jednym pokoju wylosowanych mieszkańców i zadania im serii pytań. Jego nieodzownym elementem są spotkania i dyskusje z ekspertami z danej dziedziny oraz warsztaty moderowane przez ekspertów, które mają doprowadzić uczestników do wypracowania rozwiązań popieranych przez możliwie najliczniejszą ich grupę. W panelu dąży się bowiem do zbudowania wokół rozwiązań większości, która wykracza poza zwykłe „50+1”. Zakładamy, że dzięki pogłębionej, opartej na dowodach i argumentach dyskusji udaje się przezwyciężać podziały i wspólnymi siłami dochodzić do optymalnych rozwiązań.
Gdańskie panele, które zawdzięczamy prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi, miały już kilka odsłon. Dyskutowano na nich m.in. o działaniach na rzecz walki ze smogiem i poprawy jakości powietrza czy miejskiej polityce równego traktowania i przeciwdziałania dyskryminacji. Każdy panel kończył się przyjęciem kilku rekomendacji, które są obecnie realizowane przez ratusz. Oczywiście z punktu widzenia prawnego panel obywatelski jest wyłącznie formą konsultacji społecznych, a zatem jego rekomendacje nie mają charakteru wiążącego. Ignorowanie jego wyników przez władze miasta doprowadziłoby jednak prostą drogą do skompromitowania całej idei. Po co bowiem angażować spore środki i niemałą grupę mieszkańców w wielogodzinne dyskusje, skoro na koniec ich opinie i tak miałyby lądować w szufladzie?
Największe obawy związane z proponowanym modelem dotyczą tego, czy losowani reprezentanci – uwolnieni od zależności od partii politycznych czy wyborców z danego okręgu wyborczego – nie okażą się bardziej podatni na skorumpowanie przez grupy interesów albo skłonni do forsowania osobistych korzyści. To ryzyko da się ograniczyć, np. zwiększając liczbę członków takiego gremium, wprowadzając rygorystyczne wymogi co do jawności majątku czy korzyści uzyskiwanych przez członków izby. Trzeba też zadbać o wynagrodzenie tych osób. W końcu to całkiem zajmująca praca. Uczestnicy gdańskiego panelu obywatelskiego otrzymywali po kilkaset złotych, ponieważ udział w tym wydarzeniu oznaczał dla nich kilka sobót wyjętych z prywatnego kalendarza.

Bliżej Aten

Cała idea może brzmieć dla niektórych utopijnie. Chodzi bowiem o odejście od klasycznej demokracji przedstawicielskiej w stronę czegoś nowego, choć z korzeniami sięgającymi demokracji ateńskiej. Zarazem to o wiele ciekawsza i świeższa propozycja niż konwencjonalne postulaty, by z Senatu uczynić izbę samorządów terytorialnych czy zawodowych. Paradoksalnie bowiem izba pochodząca z losowania może być bardziej demokratyczna niż ciało, które składa się z osób delegowanych przez organy przedstawicielskie.