Trzeba rozliczyć autorów i uczestników afery Piebiaka. A potem na zawsze uniezależnić administrację sądową od rządu, by nie podlegała politycznym zawieruchom, by zajmowała się wymiarem sprawiedliwości, a nie polityką
Nie mają Państwo dość afery, a właściwie już kilku afer, pod uroczą nazwą „Piebiak gate” czy też „farma trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości”? Wedle marszałka sejmu Ryszarda Terleckiego z PiS to niewarte uwagi „głupstwo, które popełnił jeden z wiceministrów”, zainteresować może w Polsce z 500 osób i nie warto mu czasu poświęcać. To oznacza, że pisząc te słowa, ryzykuję, że nikt ich nie przeczyta… A jednak myślę, że warto, mimo że media od dwóch tygodni tym tematem żyją i powiedziano już bardzo dużo. Bo po pierwsze nic nie wskazuje na to, że sprawa się kończy. Przeciwnie, pojawiają się nowe wątki i bardzo możliwe, że jeszcze nie raz poczujemy się zaskoczeni (być może nawet między wysłaniem tego tekstu do druku a jego ukazaniem się). Po drugie, nie analizując szczegółowo faktów, bo to domena prasy codziennej, warto moim zdaniem podkreślić pewne wątki i procesy, a także zastanowić się po raz kolejny nad ustrojowym kształtem polskiego wymiaru sprawiedliwości, który umożliwił ten spektakl.

Rekordziści

Reklama
Pisałem kiedyś na tych łamach prześmiewczo o tym, ile prawnicy rządzącej większości wnoszą do kultury prawnej („Dumni rekordziści”, „Prawnik” z 20 marca 2018 r.). Ta passa niestety trwa. Wiemy już, że każdy prawomocny wyrok sądu można zlekceważyć, odsyłając go do pani Przyłębskiej i pana Muszyńskiego z Trybunału Konstytucyjnego. W tym wyrok sądu najwyższego, np. NSA nakazujący ujawnienie list poparcia dla kandydatów na członków Krajowej Rady Sądownictwa. Do tego trzeba dołączyć wniosek o zabezpieczenie – wpomniani się przychylą, do czasu ogłoszenia wyroku przez TK wykonanie wyroku NSA zawieszą i wtedy hulaj dusza… Bo przecież do sprawy pani Przyłębska i pan Muszyński wracać nie muszą, prawda? Może sobie leżeć w trybunalskiej poczekalni. Tak jak niejedna sprawa, którą obecny rząd wniósł do zaprzyjaźnionego TK z powodów politycznych.
W reakcji na opisane skandale, w których część z jej członków i pracowników brała udział, KRS ma teraz ustalić zasady korzystania z mediów społecznościowych. Bo trzeba to i owo uporządkować… Brak słów

Reklama
Ale może dobrze się stało? Może warto ten suspens jeszcze przez chwilę podtrzymać? Bo może się okazać, że kiedy te listy poparcia w końcu ujrzą światło dzienne, to nie będą dla nas takimi sobie, zwykłymi listami. My tam odnajdziemy wielu nowych znajomych, którzy w innych warunkach pozostaliby dla nas anonimowi. Dzięki wydarzeniom ostatnich dni poznamy w nich tych samych „polskich bohaterów”, którzy współdziałali w szczuciu na innych sędziów, publikowali materiały dostępne tylko drogą służbową, tworzyli różne zadaniowe grupy i grupki, w tym z politykami i pracownikami mediów, wspierali się wzajemnie, swoje obrzydliwe działania przyrównując do poświęcenia Inki czy Rotmistrza Pileckiego. Walcząc z krytykowaną przez wielu wcześniejszą zawodową korporacyjną solidarnością sędziów, im dopiero udało się stworzyć prawdziwą „grupę wsparcia”, w dodatku z „Hersztem” – jak banda. I może się okazać, że kiedy poznamy listy, te osoby nie będą już dla nas obce. Będą miały twarze (w jednym przypadku znacznie więcej), głosy i styl wypowiedzi, który poznajemy, czytając ich dialogi.

Nowa jakość

Jeśli chodzi o rekordy, to naprawdę czas żniw. Nie było dotąd w Polsce grupy, w której skład wchodziliby sędziowie, politycy i pracownicy mediów współpracujący ze sobą w atakowaniu innych sędziów, skądinąd broniących niezależności sądów. Grupy, która planowała strategie i akcje, w tym decydowała o rozpowszechnianiu plotek o sędziach, która – jak to sami ujmują – miała „wykończyć” kolegów. W dodatku, jak się okazuje, w dużej mierze (czy w całości, jeszcze nie wiemy) grupa ta pokrywała się z oficjalnym, powołanym przez ministra Ziobrę zespołem, który – o ironio – miał się zatroszczyć o… poziom etyczny sędziów. Tak naprawdę zrzeszał osoby będące z etyką na bakier i planujące także akcje o charakterze przestępczym, bo takie cechy ma upublicznianie dokumentów służbowych. I to z godną podziwu sprawnością. Jarosław Gwizdak, były prezes sądu rejonowego Katowice-Zachód, złożył w kadrach sądu rezygnację z urzędu w samo południe. Wystarczyły dwie godziny, by w niewybredny sposób poinformował o tym profil JusticeWatch. Dwie godziny… Widać, czym zajmowali się nasi bohaterowie w godzinach pracy.
Także we wcześniejszych latach mieliśmy do czynienia z różnymi incydentami. Głośna była prowokacja dziennikarska osoby, która podając się za pracownika rządu, skompromitowała prezesa sądu okręgowego w Gdańsku chętnego przyspieszać terminy posiedzeń. Jakież oburzenie, i słusznie, ta sprawa wywołała (sędzia został ukarany w postępowaniu dyscyplinarnym)! Czym ona jest wobec ujawnianych obecnie wydarzeń?
A pamiętają Państwo dyskusję i zarzuty wobec sędziego, który miał rzekomo (bo żadne postępowanie wciąż tego nie udowodniło) umawiać się na rozmowę z Tomaszem Lisem (skądinąd też była to prowokacja)? Oburzenie wzbudził sam fakt ewentualnej rozmowy sędziego z redaktorem. Czymże to jest wobec stałej współpracy i regularnego podrzucania materiałów prorządowym mediom przez grupę sędziów (za pośrednictwem żony jednego z nich)?
Obserwuję wymiar sprawiedliwości z bliska od ponad 20 lat. I zapewniam, nie było tak dotąd, żeby grupa sędziów popierała jednego ministra czy jedną partię polityczną. Więcej, przez cały ten czas sędziowie się na władzę skarżyli, domagali reformy, krytycznie oceniali ministrów. Oczywiście zdarzały się wyjątki, jak zachowania poszczególnych sędziów, czy to zatrudnionych w ministerstwie i skłonnych do wiernopoddańczych hołdów, czy nadmiernie ugrzecznionych wobec władzy (w stylu „Bardzo dziękujemy panu ministrowi za pieniądze przekazane na budowę nowego budynku sądu”).
Kiedyś ministrowie powoływali komisje kodyfikacyjne. Dwie działały przez dziesięciolecia – prawa cywilnego i prawa karnego. Dobierano do nich różne osoby, ale byli to eksperci. Minister Ziobro zaczął od rozwiązania komisji, zmiany prawa powstają teraz na kolanie, z dnia na dzień, wedle politycznego zapotrzebowania. A jaki nowy zespół powołał? Zespół do spraw czynności ministra sprawiedliwości podejmowanych w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i asesorów sądowych, o którego członkach dzisiaj czytamy w doniesieniach o Piebiak gate.
A informacja o sędzi Sądu Najwyższego, który nawołuje do wysyłania do pierwszej prezes tego sądu karteczek z przesłaniem, by – mówiąc oględnie, żeby nie cytować wulgaryzmu – „opuściła urząd”? Doprawdy nowa jakość. I rekord za rekordem.

Kto nabrudził?

Wiceminister, który to „głupstwo” popełnił, jest sędzią. Autorzy opisywanych działań i uczestnicy internetowych rozmów, jakie czytamy, to sędziowie. Pośredniczka między nimi a mediami, dzisiaj skruszona sygnalistka, to żona sędziego. Czyż to nie oznacza, że to wewnętrzna sprawa sędziowska? Ot, taka walka w środowisku, pranie własnych brudów, w dodatku częściowo między niegdysiejszymi kolegami ze stowarzyszenia. Tak sprawę przedstawiają dzisiaj rządzący politycy. Oczywiście naprawdę tak nie jest, cała akcja została bowiem zaplanowana przez polityków. To oni zgotowali aferę sędziom i obywatelom i ponoszą za to odpowiedzialność, czego, mam nadzieję, nie uda się zamazać. Wszystko odbyło się zresztą wedle dość prostego przepisu, który można przedstawić w czterech punktach.
1. Partia Prawo i Sprawiedliwość obejmuje władzę w wyniku demokratycznych wyborów (to pewne uproszczenie, bo wiemy, że formalnie PiS szedł do wyborów w koalicji trzech partii).
2. PiS dobiera sobie współpracowników do spraw wymiaru sprawiedliwości. Wiceministrem zostaje sędzia Piebiak, znany z walki o niezależność sądownictwa, sfrustrowany wielokrotnymi niepowodzeniami w konkursach awansowych, bohater postępowań dyscyplinarnych. Wraz z ministrem Ziobrą decyduje on w dużej mierze o polityce kadrowej dotyczącej sędziów. I dzisiaj widzimy już dokładnie, na czym ona polega, w jaki sposób minister dobiera sobie grupę współpracowników. Pośród 10 tys. sędziów odnajduje osoby sfrustrowane, nielubiane, amoralne, ludzi, na których są haki, skazywanych w postępowaniach dyscyplinarnych, w niektórych przypadkach wyraźnie słabych intelektualnie.
3. PiS „proponuje” tym osobom pewien układ. Zarabiający na rękę kilka tysięcy sędziowie z sądów rejonowych błyskawicznie awansują, robią zawrotne kariery, dostają władzę, dodatkowe płatne zajęcia, podwójne pensje (sędzia i urzędnik MS, sędzia i pracownik czy członek Krajowej Rady Sądownictwa – diety) i zarabiają już po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Mają być wierni i posłuszni, a nie pożałują. Jeszcze kilka dni temu dwaj członkowie KRS, których nazwiska pojawiają się w cytowanych przez media dyskusjach w kontekście Piebiak gate – Rafał Puchalski i Dariusz Drajewicz – zamierzali zostać sędziami Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Hop z sądu rejonowego do Sądu Najwyższego, do stworzonej przez PiS izby, w której sędziowie zarabiają o 40 proc. więcej niż pozostali? Czemu nie? A kto miał ich wybrać? Rada, której są członkami (na razie, w wyniku nagłośnienia afery KRS wstrzymała opiniowanie kandydatów w tym konkursie).
4. PiS swoim najemnikom pokazuje kierunek działań. Wskazuje wroga, którego rewolucja potrzebuje – są nim sądy i sędziowie, czyli „kasta”. PiS atakuje i niszczy Trybunał Konstytucyjny, Krajową Radę Sądownictwa, rozpoczyna wojnę z Sądem Najwyższym. Usuwa prezesów sądów powszechnych, a na ich miejsce powołuje naszych bohaterów. Wydaje publiczne pieniądze na kampanię nienawiści wobec sądów i sędziów – w czerwcu sąd orzekł, że finansowanie przez Polską Fundację Narodową hejtu na sędziów odbyło się ze złamaniem statutu fundacji. Działania najemników się w ten nurt wpisują, przy okazji wychodzi, kto jaki ma poziom, kto jak mocno się angażuje. Z relacji mediów wiemy, że niektórzy mają nawet pewne opory. Inni bez zahamowań angażują się w opluwanie innych sędziów, rozpowszechnianie plotek, zorganizowaną mowę nienawiści.
Czy to zatem sędziowie sędziom zgotowali ten los? W pewnej mierze tak, ale byli narzędziami w rękach polityków. Kierunek wskazała partia, w organizacji działań uczestniczył minister. Świadczy o tym także reakcja na aferę i jej bagatelizowanie. Sprawę ma załatwić kilka dymisji. A co z tymi, których zdymisjonować nie można, bo zajmują stanowiska sędziowskie, na które ich dzięki partii powołano? Co ze wskazanymi przez partię członkami Krajowej Rady Sądownictwa? Co z odpowiedzialnością samego ministra Ziobry? Ministra, który wyznaczył kierunki działania, który do rzekomej walki o wysokie standardy etyczne sędziów dobrał sobie ludzi, których działania są przykładem łamania tych standardów?

Pytania

Takich pytań jest sporo. Ciągle znamy tylko część prawdy, ale poznamy więcej. Zaczęło się od wyznań porzuconej i skruszonej koleżanki sędziów i żony jednego z nich. Będą kolejne osoby, które zechcą uratować choć część twarzy. Czekają zapewne na wynik wyborów parlamentarnych, bo wiedzą, że dobra władza nie opuści ich w potrzebie. Ale mleko się już rozlało, poszły w świat ich dialogi dowodzące niegodnych działań. Prawda, że to rozmowy prywatne, a posługiwanie się prywatną korespondencją nie przynosi chwały i nikt z nas nie chciałby, by jego rozmowy publikowano. Tyle że te dialogi dotyczą spraw publicznych, służbowych, a wedle karnistów wskazują na popełnianie przestępstw. Dowiemy się zatem więcej.
Będzie trzeba dokładnie opisać kariery naszych bohaterów. W trybie dostępu do informacji publicznej poznać ich dochody. Oświadczenia majątkowe, o które walczył PiS, nie pozwalają na poznanie wszystkich... Pokazują stan majątku – nieruchomości, ruchomości, dodatkowe źródła dochodów. Co wiemy np. z oświadczeń ministra Piebiaka? Że tonie w długach (dosłownie, bo przy pensji sędziego rejonowego zadłużenie na wieleset tysięcy to suma ogromna). I że dostał 150 zł za opiekę nad aplikantem. Ale ile zarabiał w Ministerstwie? Ile wynosiła druga pensja sędziego-wiceministra oraz dodatki – tego nie wiemy. W trybie dostępu do informacji publicznej można będzie się takich rzeczy dowiedzieć.
Jakie wyniki przyniosą działania prokuratury? Jeśli nie dojdzie do zmiany władzy, możemy się spodziewać, że niewielkie. Już od kilku miesięcy dysponuje przecież materiałami obciążającymi sędziów i niewiele z tego wynikło. Zresztą sprawa ta pokazuje konsekwencje upolitycznienia prokuratury. Gdzie się podziała słynna energia prokuratora generalnego, szeryfa Zbigniewa Ziobry, który co rusz grzmi w sprawach politycznych oponentów? Gdzie konferencje prasowe prokuratora Święczkowskiego obnażające kuluary sprawy?
Co proponuje minister Ziobro? Jak informuje na swojej stronie internetowej Ministerstwo Sprawiedliwości, zwrócił się on do Krajowej Rady Sądownictwa „z apelem o przygotowanie kodeksu etyki, który będzie regulował zachowanie sędziów w internetowych mediach społecznościowych”. Skąd taki pomysł? „Propozycja Ministra Sprawiedliwości związana jest z koniecznością uporządkowania sytuacji w środowisku sędziowskim. Zarówno związanej z tym, że niektórzy sędziowie, pracujący dotąd w Ministerstwie Sprawiedliwości, pomylili role, do jakich zostali powołani, jak też z licznymi przypadkami wypowiedzi o charakterze manifestów politycznych”. I tu następuje wyliczanka przykładów takich manifestów. Nie, nie pracowników ministerstwa czy KRS. W reakcji na opisane skandale, w których część z jej członków i pracowników brała udział, KRS ma teraz ustalić zasady korzystania z mediów społecznościowych. Bo trzeba to i owo uporządkować… Brak słów. Przypomina to zresztą powołanie wspominanego już ministerialnego zespołu, w skład którego weszli dzisiejsi bohaterowie mediów. Jakież szczytne zadania przed nim stawiano! Przypomnijmy, co mówił w rozmowie z PAP szef zespołu, czy Herszt, jak go nazywali współpracownicy, minister Łukasz Piebiak: „Jesteśmy obecnie w obliczu poważnych przeobrażeń wymiaru sprawiedliwości, także głębokiej reformy zasad i systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej wszystkich zawodów prawniczych, w tym sędziów i asesorów sądowych. Chodzi nam o to, aby na bieżąco, w gronie sędziowskim, obserwować, jak działa system odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów i asesorów sądowych, czy jest on optymalny, czy może należałoby go jakoś usprawnić, poprawić jego funkcjonowanie, aby ten system spełniał oczekiwania społeczne […]. Nie będzie to zespół, który będzie poszukiwał haków na niewygodnych sędziów, jak informują niektóre media. To jest jakiś nonsens. Zespół będzie prowadził systemową pracę mającą na celu optymalizację systemu odpowiedzialności dyscyplinarnej”.

Pogorzelisko

Co nam zostawiają czteroletnie rządy PiS? Atrapę Trybunału Konstytucyjnego, który służy do politycznej walki. Krajową Radę Sądownictwa, której członkowie w części opisywanych przez media działań sami brali udział i powołującą do Sądu Najwyższego bohaterów dzisiejszej afery. Osoby na stanowiskach związanych z etyką zawodową i odpowiedzialnością dyscyplinarną, które powinny same takiej odpowiedzialności podlegać, a nie brać udział w jej wymierzaniu.
Co trzeba zmienić? Co do kilku spraw nie ma wątpliwości. Połączenie stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w polskich warunkach się nie sprawdza. Trzeba wrócić do odpolitycznienia prokuratury.
System naboru do zawodu sędziego trzeba dokładnie zreformować i poddać go mocnej kontroli społecznej. Nie uda się wyeliminować ryzyka, że zdolny i pracowity kandydat, co więcej, z ideałami, zmieni się pod wpływem sytuacji, otoczenia, frustracji czy ambicji w potwora. Takie ryzyko jest zawsze. Ale może warto dlatego wybierać osoby starsze, dojrzalsze, sprawdzone przez życie. I przyglądać im się dokładnie. Zaniedbania są tu ogromne, w czym wina samego środowiska sędziowskiego, które nigdy nie wypracowało systemu porządnej oceny charakteru kandydatów oraz eliminowania osób niegodnych funkcji sędziego.
I wreszcie sprawa ustrojowo najtrudniejsza. Trzeba zakończyć nieudany eksperyment zarządzania wymiarem sprawiedliwości przez ministrów. To nasze przekleństwo, od początku przemian w 1989 r. mieliśmy ich już kilkudziesięciu, nigdy nie udało się wypracować strategii dla wymiaru sprawiedliwości, porozumieć się ponad podziałami. Mamy do czynienia z ciągłymi zmianami, eksperymentowaniem, nie ma pamięci i ciągłości instytucjonalnej. Tak nie można zarządzać żadną instytucją. To między innymi to, brak strategii, zmieniające się reguły gry, zła organizacja pracy, brak jasno określonej ścieżki kariery i przejrzystości powodują frustrację sędziów, co niestety może skutkować zachowaniami, z jakimi mamy do czynienia.
Jestem zwolennikiem rządowej administracji sądowej, rządowej, ale od rządu niezależnej i oddzielonej, by nie podlegała politycznym zawieruchom, by zajmowała się wymiarem sprawiedliwości, a nie polityką i walką z oponentami. Administracji trwałej, wyspecjalizowanej, profesjonalnej, której wyznacza się zadania, budżet, i którą się rozlicza z realizacji działań. Jest trochę wzorów do naśladowania, ale czy politycy kiedykolwiek się na to zdobędą….

Solidarność

I jeszcze jedno. Nie zapominajmy o ofiarach. O ludziach, w których wymierzone były i są ataki, pomawianych, opluwanych, o cierpieniach ich i ich rodzin. Za to, że wykazują się odwagą cywilną, za to, że bronią niezależności sądów. Profesorowie Małgorzata Gersdorf i Andrzej Rzepliński, sędziowie Krystian Markiewicz, Waldemar Żurek, Igor Tuleya i wielu innych, których zniszczyć postanowili bohaterowie „dobrej zmiany”.

ŁUKASZ BOJARSKI prezes INPRIS – Instytutu Prawa i Społeczeństwa, pracownik Wydziału Prawa Uniwersytetu w Oslo, projekt badawczy „Judges under Stress – the Breaking Point of Judicial Institutions”, były członek Krajowej Rady Sądownictwa powołany przez prezydenta RP (wrzesień 2010 – wrzesień 2015)