statystyki

"Za ograniczenie adopcji zagranicznych rządzący powinni smażyć się w piekle"

autor: Mira Suchodolska21.12.2018, 07:59; Aktualizacja: 21.12.2018, 08:58
Skrzywdzone, chore, niepełnosprawne, upośledzone umysłowo dzieci potrzebują potężnych rodziców. Mających nie tylko serce, ale także pozycję i pieniądze. Bo tylko tacy ludzie są w stanie pomóc dzieciakom.

Skrzywdzone, chore, niepełnosprawne, upośledzone umysłowo dzieci potrzebują potężnych rodziców. Mających nie tylko serce, ale także pozycję i pieniądze. Bo tylko tacy ludzie są w stanie pomóc dzieciakom.źródło: ShutterStock

Kiedy dorośli adoptują dziecko, czują, że zrobili coś bardzo dobrego. I tak jest. Ale nie należy w zamian niczego oczekiwać. Niczego więcej, niż oczekiwalibyśmy od rodzonych dzieci. Poza tym, że są. To my powinniśmy być im wdzięczni, że dzięki nim mogliśmy stać się rodzicami

Z Ewą Milewską-Celińską rozmawia Mira Suchodolska

Powiedziała pani, że wybaczyłaby dobrej zmianie wszystko, nawet reformę sądów, ale nie wybaczy tego, że jeszcze bardziej ograniczyła adopcje za granicę polskich dzieci.

I że właśnie za to rządzący powinni się smażyć w piekle.

Dlaczego rząd niemal z dnia na dzień ograniczył adopcje zagraniczne? Chodzi o dramatyczną historią dwóch dziewczynek wysłanych do USA >>>>

Podtrzymuję to twierdzenie. Ale histeria na temat adopcji zagranicznych nie zaczęła się wczoraj, a trwa już trzecią dekadę. Kolejne ekipy przykładają rękę do tego, aby maluchy, które nie mają szans na to, by znaleźć rodziców w Polsce, tkwiły w domach dziecka.

Skąd się bierze nasza niechęć do zagranicznych adopcji?

Z jakiegoś powodu media zrobiły sobie z tego przed laty temat numer jeden, pojawiały się niepotwierdzone doniesienia, że polskim maluchom dzieje się krzywda. Wówczas, w latach 90., w domach dziecka było ok. 20 tys. dzieci, jakieś 100 tys. pochodziło z patologicznych rodzin. W ciągu roku dochodziło do 4 tys. adopcji, z czego na zagraniczne przypadało może 600. Nikt nie mówił ani o tych udanych, ani o tych 100 tys. dzieciaków, które nie mają szans na nowych rodziców. Wszyscy doszukiwali się patologii. I tak to trwa do dziś. Nikt nie mówi o tym, że u nas adopcja jest nadal czymś mrocznym. Kobiety, które przysposabiają niemowlaka, nim to zrobią, udają, że są brzemienne. Jeśli para bierze starsze dziecko i już nie da się symulować ciąży, to często zmienia miejsce zamieszkania, by się nikt nie dowiedział, że to nie ich.

Ile dzieci mieszkało tutaj, w państwa domu na skarpie wiślanej w Wyszogrodzie, zanim trafiło do nowych rodziców za granicę?

Damian, Sebastian, Ruda Ania, Piotruś z HIV, dziecko bez ręki, dziewczynka z kościoła… Ona wprawdzie wróciła do mamy, ale zapoczątkowała – to było 27 lat temu – tę serię maluchów potrzebujących pomocy, które schroniły się przez jakiś czas pod naszym dachem.

Pamięta pani historie wszystkich tych dzieci?

Oczywiście. Ta, która najbardziej wbiła nam się w pamięć, dotyczy pary z Włoch. Wskazano im Sebastiana i Damiana, sześć i cztery lata. Inteligentni, śliczni, powinni być rozchwytywani. Ale bracia sprawiali wręcz niewyobrażalne kłopoty. Przyszedł mi do głowy pomysł, za który dziś pewnie naraziłabym się na dyscyplinarkę. Pojechałam porozmawiać z sędzią, wtedy to było możliwe, i zaproponowałam, aby wszyscy zamieszkali na jakiś czas z nami, bo stanowimy rodzinę – ja, mąż, trójka dzieci, babcia. Będzie łatwiej. Sędzia był mądrym człowiekiem, zgodził się.


Pozostało 87% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Polecane