Odnosiłem się już do projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu wprowadzenia uproszczeń dla przedsiębiorców w prawie podatkowym i gospodarczym z 27 września 2017 r. Czegóż tam nie było! Właściwie ilość bzdur, które chciano uchwalić, nadawała się do Księgi Rekordów Guinnessa. Nie będę więc wracał do historycznego projektu zapowiadającego rozbicie na kawałki kodeksu spółek handlowych. Wracać nie ma do czego, bo zamiast projektu mamy ustawę z 9 listopada 2018 r. (Dz.U. z 2018 r. poz. 2244) o tym samym tytule. Ustawę ogłoszono 30 listopada 2018 r., a wejście w życie przepisów, którymi się interesowałem, ma nastąpić 1 marca 2019 r. Wyeliminowano część błędów, ale mimo to przy lekturze zastanawiałem się nad tym, dlaczego zamiast ulepszania w dalszym ciągu jest majsterkowanie. Przyczyn, jak sądzę, jest kilka. Pierwsza z nich to nieznajomość podstawowych zasad prawnych rządzących stosunkami gospodarczymi. Bo to generalne zasady decydują. Przykładem niech będzie historyczna już propozycja nowelizacji kodeksu spółek handlowych i stworzenia tylko dla spółek wyjątku od art. 39 k.c.


Świat oszalał na punkcie inwestycji, które przyniosą straty

Miałaby ona polegać na przyjęciu bezskuteczności zawieszonej dla czynności prawnych dokonywanych przez organ spółki kapitałowej działający bez umocowania albo przekraczających jego zakres. Mielibyśmy więc sytuację, w której dla spółek kapitałowych obowiązywałaby inna zasada niż dla wszystkich innych osób prawnych. Na szczęście ktoś poszedł po rozum do głowy, a może zwrócono się do kogoś, kto zasady zna (nie śmiem twierdzić, że moja krytyka zawarta w felietonie „Prawo z hurtowni”, DGP nr 206 z 24 października 2017 r., została dostrzeżona) i zmieniono sam art. 39 k.c.

W momencie, gdy będą Państwo czytać ten felieton, skutkiem przekroczenia granic umocowania lub braku umocowania będzie jeszcze nieważność dokonanej czynności prawnej na podstawie art. 58 k.c., i żadne czarowanie nie mogło dać efektu stosowania art. 103 k.c. Ale już za trzy miesiące od ogłoszenia ustawy (1 marca 2019 r.) sytuacja będzie diametralnie inna. Mianowicie ważność zawartej umowy przy przekroczeniu granic umocowania lub braku takiego umocowania zależeć będzie od jej potwierdzenia przez osobę prawną, w której imieniu została zawarta. Analogicznie jak w art. 103 par. 2 k.c., druga strona będzie mogła wyznaczyć osobie prawnej, w której imieniu umowa została zawarta, odpowiedni termin do jej potwierdzenia. Stanie się ona ważna po bezskutecznym upływie wyznaczonego terminu. Dodatkowo w art. 39 k.c. uregulowano obowiązki tego, kto zawarł umowę, której nie potwierdzono. W tym przypadku przejęto treść uchylanego art. 39 par. 1 k.c. Uregulowano też problem ważności jednostronnej czynności prawnej (par. 4).

Pisałem kiedyś (DGP nr 137 z 17 lipca 2018 r.), że pojawiają się jaskółki lepszego przygotowywania przepisów, a właściwie ich zmian. Na przykładzie propozycji nowej regulacji art. 39 k.c. widzę, że jaskółek jest więcej. Sama ustawa w swoim ostatecznym kształcie jest dużo lepsza, niż można było sądzić, choć jest kilka przepisów wątpliwych i niejasności.

Inną przyczyną psucia prawa jest niezrozumienie problemów, które próbują rozstrzygnąć orzecznictwo i doktryna, a chce rozwiązać urzędnik. Stąd pewna arogancja w próbie zastąpienia sądów i nauki. Do tego zapomina się o duchu normy prawnej. Proponuje się np., aby w art. 97 dotyczącym zarządu spółki partnerskiej, dodać par. 3: „Członkiem zarządu jest co najmniej jeden partner. Członkiem zarządu może być także osoba trzecia”. Przede wszystkim wylewa się dziecko z kąpielą, gdyż psuje się istniejący model prowadzenia spraw i reprezentacji oparty na przepisach o zarządzie spółki z o.o. jako alternatywy do modelu opartego na przepisach regulujących spółkę jawną. Narzucanie spółkom partnerskim konieczności udziału partnera w zarządzie abstrahuje od tego, co przyświecało ustawodawcy przy tworzeniu kodeksu spółek handlowych. Nikt nie miał wątpliwości, że członkiem zarządu mógł być wspólnik, ale by musiał nim być? A jeżeli wspólnicy nie mają pojęcia o zarządzaniu, tylko są np. wspaniałymi chirurgami, to dlaczego trzeba zmuszać ich (choćby jednego) do odłożenia skalpela na rzecz zarządzania czy podpisywania umów (o negocjowaniu już nie wspomnę)? De facto wprowadzony więc został nowy model zarządzania spółką partnerską. A już zestawienie w art. 97 par. 3 zdania pierwszego ze zdaniem drugim to purnonsens. I bez zdania drugiego oczywiste było, że członkiem zarządu mogła być osoba trzecia. Nie mogłaby być wtedy, gdyby przepis tego zakazywał.

Teorie ekonomiczne, które nie działają

Inny kwiatek związany z niezrozumieniem istoty instytucji kodeksu spółek handlowych to kwestia dnia dywidendy. W art. 193 par. 3 k.s.h. dodanie zdania drugiego powoduje pomieszanie z poplątaniem. „Jeżeli uchwała zgromadzenia wspólników nie określa dnia dywidendy, dniem dywidendy jest dzień powzięcia uchwały o podziale zysku”. Przypomnijmy jednak, że obowiązuje zasada wyrażona w par. 1 art. 193, że uprawnionymi do dywidendy za dany rok obrotowy są wspólnicy, którym udziały przysługiwały w dniu powzięcia uchwały o podziale zysku, a umowa spółki może upoważnić do ustalenia dnia dywidendy. Dzień dywidendy, a więc ustalenia listy uprawnionych z jej tytułu, to inny dzień niż dzień powzięcia uchwały o podziale zysku. Tymczasem zgodnie z ustawą, jeżeli uchwała zgromadzenia wspólników nie określa dnia dywidendy, to dniem dywidendy jest dzień powzięcia uchwały o podziale zysku. Zasadą jest, że o liście wspólników uprawnionych do dywidendy decyduje dzień podjęcia uchwały o podziale zysku (art. 193 par. 1 k.s.h.), a wyjątkowo termin ten może być przesunięty na dzień dywidendy. Nowe brzmienie przepisu zakłada zaś, jakoby dzień dywidendy był zasadą, a nie wyjątkiem. Co więcej, ustawa nazywa dniem dywidendy coś, co nim nie jest wobec niezmienionego brzmienia art. 193 par. 1 i 2 k.s.h.

Próbą uregulowania objęta została rezygnacja z członkostwa w zarządzie, gdy żaden mandat w zarządzie nie jest obsadzony. Zasługiwałoby to na uwagę, gdyby nie wykonanie. Warto zacytować dwa przepisy odnoszące się do tej kwestii. Dodany w art. 202 par. 6 zdanie 1 brzmi: „Jeżeli w wyniku rezygnacji członka zarządu żaden mandat w zarządzie nie byłby obsadzony, członek zarządu składa rezygnację wspólnikom, zwołując jednocześnie zgromadzenie wspólników, o którym mowa w art. 2331, chyba że umowa spółki stanowi inaczej” (podkr. A.K.). Zgodnie z art. 2331 w przypadku, o którym mowa w art. 202 par. 6, członek zarządu jest obowiązany (podkr. A.K.) zwołać zgromadzenie wspólników. A więc jak to jest: ma on obowiązek czy może go nie mieć? Umowa spółki może go zwolnić z obowiązku czy też obowiązek jest zawsze? Z art. 202 par. 6 zd. 1 wynika ewidentnie dyspozytywny charakter art. 2331, podczas gdy treść tego ostatniego przepisu nie budzi wątpliwości co do jej imperatywnego charakteru. Ten przykład wiąże się z kolejną przyczyną deformacji prawa, mianowicie próbą rozwiązywania problemów generalnych poprzez kazuistyczną regulację. Bez żadnej refleksji.

Może warto jeszcze spojrzeć na inną regulację, a właściwie jej brak w przyszłości, to znaczy uchylenie par. 4 w art. 231 k.s.h. Przepis ten wyłączał głosowanie pisemne w sprawach, które musiały być przedmiotem zwyczajnego zgromadzenia wspólników (art. 231 par. 2 k.s.h.), tj.: rozpatrzenia i zatwierdzenia sprawozdania z działalności spółki i sprawozdania finansowego, udzielenia członkom organów absolutorium, ewentualnie powzięcia uchwały o podziale zysku. Jeżeli w tych sprawach będzie można głosować pisemnie, to powstaje pytanie za 5 zł, jak będzie wyglądało zwyczajne zgromadzenie wspólników i czy jest ono jeszcze wymagane. Jak rozumiem, istnieje możliwość wyboru: „zwyczajne” zwyczajne zgromadzenie wspólników albo głosowanie pisemne. Ten ostatni wariant nie dotyczy wszakże tylko spółek o niewielkiej liczbie wspólników czy spółek jednoosobowych, lecz również spółek o większej ich liczbie. Tylko jak zrealizować postulat określony w par. 3 art. 231 k.s.h., gdy wspólnicy w ogóle się nie zbiorą?

To nie wszystkie prezenty – kwiatki, które otrzymaliśmy na gwiazdkę. Co prawda ze skutkiem przed Wielkanocą, ale pokazują one wyraźnie kolejną przyczynę słabości dotychczasowych regulacji: krótką ławkę specjalistów. Gdyby była dłuższa, to może trafiliby się tacy, którzy nie dopuściliby do fuszerki. Życzyłbym sobie i innym, by Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dało sobie już spokój z uproszczeniami w kodeksie spółek handlowych i aby tę rolę przejęło Ministerstwo Sprawiedliwości, z powołanym właśnie przez ministra zespołem do spraw zmian w kodeksie spółek handlowych. I niech to będą moje życzenia na święta.