Do 1996 r. wykaz prac, do których zgodnie z prawem nie można było najmować kobiet, liczył przeszło 90 pozycji.
"Poślina czy poślica?" – pyta zafrasowany czytelnik redakcję „Poradnika Językowego” w 1919 r., po tym, kiedy w pierwszych wyborach do Sejmu w niepodległej Polsce pięć kobiet zdobywa mandaty. Przez jakiś czas spotka się jeszcze „posełkinię” i „posełkę”. Ale w 1923 r., kiedy problem wraca na łamach fachowego pisma, redakcja stanowczo odpowiada, że powoli przyjmuje się określenie „posłanka”. Wielu językoznawców sądzi, że w miarę powiększania się grona absolwentek uniwersytetów jest tylko kwestią czasu, kiedy do szerokiego użytku wejdzie „profesorka”, „adiunktka”, „doktorka”, a może nawet „adwokatka”. Paniom, które wolą tradycyjne nazwy, lingwiści zarzucają „brak cywilizacyjnej odwagi” w ujawnianiu swojej płci i chowanie się pod męskim płaszczykiem.

Świeży elektorat