"To może stwarzać zagrożenie dla niezależności trybunału. Sędzia TK przecież przez dziewięć lat nie robi praktycznie nic innego, jak właśnie ocenia pracę Sejmu. I jeśli będzie oceniał ją dobrze, to później posłowie będą go mogli niejako wynagrodzić, wybierając np. na prezesa NIK”; „Zbyt często w Polsce mieliśmy i nadal mamy do czynienia z praktyką wymiany osób piastujących funkcje publiczne w związku ze zmianą polityczną, mimo formalnej niezależności tych stanowisk od władzy politycznej”; „Istnieje poważne ryzyko, że przepis ten będzie wywoływał konflikt interesów. Będzie on zachęcał do orzekania pod władzę wykonawczą i ustawodawczą, a nie pod wolności i prawa obywatelskie”.
Kto jest autorem tych trzech ewidentnie politycznych cytatów? Waldemar Żurek, Krystian Markiewicz, a może Igor Tuleya? Otóż żaden z wymienionych sędziów. Te bowiem wyszły z ust obecnego wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka. Nie sądzę, aby wiele osób o nich pamiętało, gdyż pochodzą z okresu sprzed wejścia sędziego do resortu Zbigniewa Ziobry, czyli co najmniej sprzed dwóch i pół roku.
Dlaczego więc do nich wracam? Natchnieniem było dla mnie, niedawne posiedzenie nowej Krajowej Rady Sądownictwa, a szczególnie jedna z wypowiedzi Wiesława Johanna, sędziego Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. Reprezentant prezydenta w radzie domagał się bowiem, aby komisja etyki zajęła się przypadkami „pozasądowej, a w szczególności politycznej, działalności sędziów”. W tym kontekście padły konkretne nazwiska, wśród których nie mogło oczywiście zabraknąć wspomnianego już sędziego Żurka, który za poprzedniej rady pełnił funkcję jej rzecznika prasowego. No i o sędzim Tulei członkowie KRS też pamiętali. Nie pojawiło się za to nazwisko sędziego Piebiaka. Być może dlatego, że ten od ponad dwóch lat nie wypowiada się już krytycznie na temat poczynań rządu, a członkom obecnej KRS z biegiem czasu zatarł się obraz Łukasz Piebiaka w sposób bezkompromisowy walczącego o niezawisłe sądownictwo. Cóż, nie od dziś wiadomo, że ludzka pamięć jest zawodna. Gdyby jednak chcieli sobie odświeżyć tamten okres, to zachęcam do lektury chociażby kilku numerów DGP z lat 2012–2015. Gwarantuję – jest co poczytać.