Prawo trzeba umieć zmieniać. Nawet dążący do ukształtowania go pod doraźne potrzeby polityczne muszą nauczyć się analizowania konsekwencji w szerokiej perspektywie. Efekty krótkowzroczności, dyletanctwa i wiary we własną nieomylność obserwujemy na wielu płaszczyznach.
Reklama
Począwszy od ustawy o IPN i kryzysu dyplomatycznego na skalę międzynarodową, a skończywszy na decyzji Wyższego Sądu Irlandii wstrzymującego wydanie orzeczenia w sprawie wykonania Europejskiego Nakazu Aresztowania i przekazania oskarżonego do Polski przed rozstrzygnięciem pytania prejudycjalnego przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w tej sprawie. Pytania z miażdżącym uzasadnieniem, że polski wymiar sprawiedliwości po zmianach nie gwarantuje właściwego standardu praworządności z uwagi na wieloaspektowe zmiany w jego strukturze demontujące niezależność sądownictwa jako kluczowy element rządów prawa, że doszło do podporządkowania prokuratury i kierownictwa sądów ministrowi sprawiedliwości. To jasne, że treść orzeczenia TSUE w tej sprawie jest kwestią otwartą. Ale sygnał poszedł w świat.
W konsekwencji, w toku oświetlonego jupiterami procesu Polska będzie musiała wykazać przed TSUE, że jest państwem, w którym istnieją rządy prawa i każdy oskarżony ma zagwarantowane prawo do rzetelnego procesu. Dodatkowy kłopot polega na tym, że uzasadnienie Wyższego Sądu Irlandii opiera się na argumentach systemowych, od dawna akcentowanych przez dominującą część świata prawniczego, sądy, Komisję Wenecką, organy Unii Europejskiej prowadzące z tego powodu przeciwko Polsce postępowanie dotyczące naruszenia praworządności, na argumentach wskazanych w publikowanych i niepublikowanych wyrokach Trybunału Konstytucyjnego. Ostrzeżenia płynące z całego świata prawniczego traktowane były dotąd przez rządzących jako niezasadny bunt przeciwko nowej wizji politycznej. Wizji, która rzekomo miała uzdrowić niewydolny polski wymiar sprawiedliwości. Oczywiście nikt dziś nie jest w stanie wykluczyć, że w ostatecznym efekcie zmiany nie okażą się aż tak katastrofalne, jak wieszczą przeciwni im prawnicy. Problem polega jednak na tym, że choć rozmiaru ich negatywnych konsekwencji nie da się dziś dokładnie oszacować, to nie napawa jednak optymizmem fakt, że większość „reform” podważa najważniejsze zasady systemowe nowoczesnych porządków prawnych, co powoduje, że niełatwo będzie spodziewać się sądowej aprobaty dla ich kształtu.
Trzeba pamiętać, że przeciwko tym zmianom przemawiają przede wszystkim ich skala, rozmiar, jednolity kierunek oraz deklarowany przez ich autorów cel. Niektóre bowiem spośród wprowadzonych zmian z osobna wydają się możliwe do obrony. Prawdą jest, że istnieją w Europie systemy prawne, gdzie władza wykonawcza ma wpływ na obsadę prokuratury, gdzie politycy mają swój udział w powoływaniu sędziów, że możliwe jest obniżenie wieku emerytalnego sędziów, że istnieją instrumenty wzruszania prawomocnych orzeczeń, że utworzenie izby dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym wydaje się samo w sobie możliwe, że istnieją różne mechanizmy powoływania prezesów i wiceprezesów sądów, przewodniczących wydziałów, wizytatorów, że różnie kształtowany jest samorząd sędziowski, że istnieją różne modele kontroli konstytucyjności prawa. Znacznie trudniej znaleźć w europejskich systemach uzasadnienie dla przerwania konstytucyjnie określonej kadencji I prezesa SN, członków KRS, niepublikowania wbrew konstytucji orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, zignorowania publikowanych z mocą ustawy orzeczeń TK i wymiany sędziów trybunału wbrew ich treści, usunięcia orzekających sędziów pod pozorem zmiany wieku emerytalnego czy połączenia urzędów ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Choć być może każda z tych zmian z osobna nie uzasadniałaby twierdzenia, że zagrożone staje się prawo jednostki do słusznego i sprawiedliwego rozstrzygnięcia jej sprawy przez niezawisły i bezstronny sąd, to kłopot polega na tym, że wszystkie wystąpiły łącznie. Dodatkowo politycy wyraźnie deklarują, że ich uzasadnieniem jest próba przeciwstawienia się „kaście sędziowskiej”, co jest wsparte brudną kampanią przeciwko sądom. W efekcie, jeśli ktokolwiek miał wątpliwości co do intencji „reformatorów”, to politycy sami je rozwiali.
Trzeba też pamiętać, że wskazane wyżej zmiany instytucjonalne nie zostały w żaden sposób wsparte symetryczną reformą sądownictwa, która miałaby poprawić sytuację obywatela przed sądem. Nie zaproponowano nic, by merytorycznie ulepszyć model orzekania, zwiększyć jego sprawność, uczynić sądownictwo przyjaznym i proobywatelskim, ograniczyć bariery i opłaty sądowe, zminimalizować formalizm czy zwiększyć dostęp do adwokata. Jak zatem w postępowaniu przed TSUE Polska ma wytłumaczyć zasadność działań, które każdy nowoczesny prawnik postrzega jako naruszenie konstytucyjnych i międzynarodowych fundamentów? To niezmiernie trudne, choć nie chcemy twierdzić, że absolutnie niemożliwe, zważywszy że w dotychczasowej praktyce TSUE niechętnie ingerował w autonomię państw członkowskich do kształtowania instytucji wymiaru sprawiedliwości.
Pozostaje mieć nadzieję, że Trybunał nie zmieni swej zachowawczej postawy. Że nie uzna, że tym razem Polska wykroczyła poza akceptowalne w nowoczesnej Europie standardy i oskarżony o pospolite przestępstwo handlu narkotykami człowiek nie może w Polsce liczyć na uczciwy proces. Ale niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia wstydu przez rozmach naszych polityków najemy się niemało, oskarżeni przed TSUE jak ten narkotykowy przestępca. Smakować ten wstyd będziemy z kwaśnymi minami na oczach całego świata.ⒸⓅ
Przeciwko zmianom w wymiarze sprawiedliwości przemawiają przede wszystkim ich skala, jednolity kierunek i deklarowany przez ich autorów cel.